Wpisy z tagiem: gortat
środa, 30 czerwca 2010
Przyjechał do Polski Marcin Gortat. Okazuje się, że nasz skromny blogasek zdołał zaistnieć na tyle, że ktoś mnie wyguglał i zaprosił na konferencję prasową z okazji uroczystej premiery nowego limitowanego zegarka o wdzięcznej nazwie Tissot Couturier Automatic Chronograph Marcin Gortat Limited Edition. Zegarki będą kosztować 2800 PLN i będzie ich tylko 1984 (data urodzin Marcina). Co ciekawsze rzeczy sobie zanotowaliśmy: 1. Wszystko wskazuje na to, że Marcin (na razie) zostaje w Magic. Kupił ostatnio dom (3 domy od Tigera Woodsa). Odbył szczerą rozmowę ze Stanem Van Gundy i Otisem Smithem i póki co - nic nie wskazuje na to, żeby były jakieś rozmowy. Ale oczywiście panowie uprzedzili, że jeśli w trakcie sezonu pojawi się oferta transferu z udziałem jakiejś supergwiazdy, to Marcin może zostać do takiej wymiany włączony. 2. Marcin się przeprowadzki do innego klubu nie boi. Wręcz przeciwnie. Przeprowadzka oznacza klub, w którym nie ma Dwighta Howarda. A jak nie ma Dwighta, to Marcin jest przekonany, że nawet jeśli nie byłby od razu pierwszym centrem, to byłby sobie w stanie taką pozycję wywalczyć. Przy Howardzie takich szans nie ma. 3. Nie powiedział tego wprost, bo mu nie wypada, ale wygląda na to, że chciałby zostać przehandlowany. Co prawda mogłoby to oznaczać wcześniejsze wakacje - może nawet w kwietniu, ale z drugiej strony - oznaczałoby też szansę na 30-35 minut w meczu. A to byłby sportowy awans i rozwój. 4. Poznaliśmy też marzenie Marcina - chciałby kiedyś rzucić 20 pkt. w meczu. Ale to już musiałby grywać regularnie w pierwszej piątce. A w Orlando przy Dwighcie mu to raczej nie grozi. 5. Najważniejsze punkty w karierze, te, których nigdy nie zapomni - to były te debiutanckie punkty Marcina w NBA, w sezonie 2007/08. Na trybunach była mama, była feta, były łzy wzruszenia... 6. Vince nie powtórzył swojego wyczyny z 2000 z dunkiem nad Frederikiem Weisem i na treningu nad Marcinem tak nie zadunkował. Ale granie w jednej drużynie z idolem młodości, Vincem Carterem, robi na Gortacie wrażenie. Na pierwszym wspólnym treningu, nie bardzo był w stanie się skupić na tym, co mówi Van Gundy, tylko myślał sobie - wow, to jest Vince Carter.
7. A'propos Vince'a - nie zadunkował, bo Vince Carter już nie skacze tak jak kiedyś. Jak powiedział Marcinowi, kiedy ten zapytał go, dlaczego już tak nie dunkuje, jak kiedyś - dunk składa się z wyskoku i lądowania. Z wyskokiem nie ma problemu, gorzej z lądowaniem. Bo każde lądowanie po takim wyskoku oznacza o tydzień krótszą karierę... Marcin przyznał, że pod koniec sezonu sam zaczął te lądowania odczuwać. 8. W reprezentacji Marcin zagra - na 99%. Stan Van Gundy namawiał go, żeby sobie odpuścił, ale Marcin był twardy. Bo "to jest mój kraj, moja reprezentacja narodowa". 9. Mamy silniejszą ekipę niż rok temu, że dzięki korzystnemy losowaniu trafiliśmy na europejskich średniaków i z kwalifikacją do ME na Litwie nie powinno być problemów. Jeśli byłyby problemy - to znaczy, że nie mamy czego szukać na ME. 10. Zapytałem o to, komu kibicował w finale NBA. "Sędziom" - odpowiedział. I dodał: "Nienawidzę Bostonu". Drugi tytuł z rzędu dla Lakers, trochę szkoda, ale z drugiej strony - bardzo się cieszy z sukcesu Pau Gasola i z triumfu Kobe Bryanta, być może - zdaniem Marcina - najlepszego koszykarza w historii. Dlaczego nienawidzi Bostonu? Bo jest w nich tyle agresji, tyle złości: "Nie chcą ci podać ręki, za to mają ochotę urwać ci głowę." 11. Po konferencji ktoś poprosił Marcina, żeby rzucił za 3. Trafił za dziesiątym albo jedenastym razem. Ale wcześniej podczas konferencji przyznał, że nad rzutem z dystansu i półdystansu musi jeszcze popracować. 12. W przyszłym tygodniu zabieram syna na Marcin Gortat Camp. Starzy czytelnicy naszego blogaska dopominają się czasem o obiecaną kiedyś relację z ubiegłorocznego campu. Umówmy się, że zrobimy dwie relacje w jednej.
czwartek, 15 kwietnia 2010
Nastąpił szybciej, niż należało się spodziewać. Zajmijmy się więc sprawami przyziemnymi, czyli końcem sezonu zasadniczego w NBA i parami, które w weekend przystąpią do rywalizacji w playoffs. Marcin Gortat w ostatnim meczu regular season zdobył 16 pkt. w 15 min. Magic przystępują do playoffs w świetnych nastrojach. Stan Van Gundy: “I know it doesn’t mean anything going forward into the playoffs, but I can’t just discount 6 1/2 months of work that these guys have put in and say it doesn’t mean anything. It means a helluva lot.”
Świetnie zakończyli sezon Phoenix Suns - wygrali 23 z 26 meczów po Meczu Gwiazd, w tym dzisiejszy kluczowy mecz w Utah, wskoczyli na 3. miejsce na Zachodzie i zagrają z Portland. A w drugiej rundzie, o ile nie będzie niespodzianek, szykuje nam się widowiskowa rywalizacja z Mavericks. "Let’s shock the world!" - krzyczał Joakim Noah po zakończonym sukcesem finiszu Chicago Bulls, którzy zajęli ósme miejsce na Wschodzie i zagrają z Cleveland. Szok już jest, bo przy okazji wyszły na jaw awantury i podobno nawet przepychanki pomiędzy managerem Johnem Paxsonem i trenerem Vinnym Del Negro. Poszło o to, że trener zbytni eksploatował kontuzjowanego Joakima Noaha właśnie. Dziś też mu nie dał za dużo odpocząć - w zwycięskim meczu z Bobcats Noah zdobył 21 pkt. w 37 minut. Bulls uzyskali prawo do honorowego odpadnięcia z Cleveland, potem pewnie Del Negro zostanie zwolniony, bo NBA nie chciałoby przeżyć bijatyki managera z coachem. A Bobcats i Sami-Wiecie-Kto też są zadowoleni, bo pierwszy raz w historii awansowali do playoffs.
A oto wszystkie pary. Cleveland - Chicago (2-2 w regular season) Orlando - Charlotte (3-1) Atlanta - Milwaukee (2-1) Boston - Miami (3-0) Lakers - Oklahom (3-1) Dallas - San Antonio (3-1) Phoenix - Portland (1-2) Denver - Utah (3-1)
czwartek, 18 marca 2010
Świetny występ Marcina dziś w nocy. Spędził na parkiecie prawie tyle samo czasu co Dwight Howard. Howard 24 min. 9 pkt., 7 zb., 2 as., 1 bl. (+14) Gortat 22 min. 7 pkt., 10 zb., 1 as., 1 bl. (+16)
Ale najważniejsze było to, co zrobili z samym Timem Duncanem. Duncan rozegrał dziś jeden z najgorszych meczów w całej karierze. Zdobył 5 pkt., trafiając tylko 1 z 10 rzutów z gry (najgorszy procent w karierze) - w pierwszej akcji Spurs, kiedy Marcina na parkiecie jeszcze nie było. Gortat: “It’s a very good feeling. He’s a great player. If you stop a guy like that, you’re confidence is going up, and you feel good about it. It’s Tim Duncan. Everybody will have a bad game. He’s still a great player. We just played better.”
Duncan: “Just a bad night. Mainly myself. It kind of starts with me.” Magic materiałem na Mistrza NBA? Gregg Poppovich jest na TAK: “I think they are built for championships. They have everything that it takes. . . .They have all the elements there. It’s a matter of being consistent and focused. I think they have the ability to get it done.” Ale Charles Barkley - wciąż na NIE: "The Magic are going to be this generation's New York Knicks. The Knicks would have won some championships without Michael Jordan [in the league]. Because of LeBron in Cleveland and getting Jamison, [the Magic] can't beat the Cavs." A Wy jak myślicie?
poniedziałek, 08 marca 2010
Niektórzy zawodnicy Magic zachowywali się tak, jakby był to mecz nr 7 finałów NBA. Chyba bardzo wczoraj chcieli, chyba bardziej niż Lakers. Dlatego tak się cieszyli po co bardziej udanych i widowiskowych akcjach, po udanych prowokacjach (Barnes vs. Kobe, Howard vs. Pau), dlatego wreszcie tak byli podekscytowani ostatecznym rezultatem: Szczęśliwy Dwight Howard po meczu szczekał w szatni, przedrzeźniając Lakers, którzy nazywali zawodników Magic szczeniaczkami. Nie szczeniaczki ale straszliwe brytany: “Alpha dogs usually have the big bark. But since we’re so-called puppies, we won’t bark as loud.” Mecz nie był może najpiękniejszym widowiskiem - ale to zdaniem Dwighta Howarda, z uwagi na zwierzęce podteksty: “You got a team full of Pitbulls and a team full of Cane Corsos, and that’s what happens. We’re the Pitbulls. Pitbulls are a little bit shorter, and Corsos are a little bit bigger. But, hey, we got the job done.” Jakby ktoś nie wiedział, cane corso wygląda tak:
Jak wygląda pitbul - pewnie wszyscy wiedzą. My chyba wolimy cane corso:
Matt Barnes też nie stronił od porównań myśliwskich: “We can’t be the hunted any more. We got to be the hunters. We got to go at people and take it at people, no matter who it is.” A tako rzecze podjarany Vince Carter: “You could see it in everybody’s faces and everybody’s demeanor. Everybody on that floor wanted to win that game. It wasn’t just, ‘Yeah, OK, whatever.’ It was, ‘Let’s go get it.’ That game was Game 7.” Obejrzeliśmy wczorajszy mecz, jako patrioci kibicowaliśmy Marcinowi Gortatowi, bardzo nas ucieszyła jego Play of the Day, ucieszył nas też końcowy wynik. Co nie zmienia faktu, że obawiamy się, że od ubiegłego roku nic się nie zmieniło. To nie był mecz nr 7. Magic w bezpośredniej konfrontacji nie mają z Lakers szans. Ba - nie mają też szans na doprowadzenie do meczu nr 7. Dlaczego? Bo liderom drużyny, najlepszym wykonawcom rzutów wolnych - Jameerowi Nelsonowi i Vince'owi Carterowi, w decydujących momentach drżą ręce. Obaj panowie nie byli w stanie trafić obu wolnych w decydujących sekundach. Bo skoro chory Kobe, rzuca Magic bez specjalnego wysiłku 34 pkt. - to ile rzuci, jak będzie zdrowy? W końcówce, jak już Kobe wziął sprawy w swoje ręce, to poza ostatnim rzutem był bezbłędny. Robił co chciał, trafiał jak chciał. Bo Vince'owi Carterowi siły starcza dziś co najwyżej na jedną kwartę. Przez pierwsze 12 minut Vince był fantastyczny. Potem go nie było. Bo Magic mozolnie budowali przewagę a Lakers za każdym razem z dziecinną łatwością odrabiali dystans. Bo wczorajszy mecz powinien był być przez grających na własnym parkiecie Magic, prowadzących przed ostatnią kwartą 10 punktami wygrany w cuglach. A jednak losy ważyły się do ostatniego rzutu Bryanta. Kto wie, co by było, gdyby Kobe zdecydował się w końcówce pójść na całość i rzucił za 3 a nie za 2...
Bo Lakers zagrali wczoraj słaby mecz i mimo to mogli go w ostatniej akcji wygrać. Gdyby to był mecz o stawkę - Lakers by go nie przegrali. A jeśli by przegrali - to wygraliby serię. Jeśli więc chcemy emocji w finale NBA, lepiej będzie, jeśli nie dojdzie w nim do powtórki zeszłorocznego finału. PS. A tak w ogóle to bardzo fajny występ Gortata. Jeśli ktoś jeszcze nie widział Play of the Day - to voila.
PS2. Kiedy Ron Artest przychodził do Lakers, bardzo chcieliśmy w nim widzieć nowego Dennisa Rodmana. Wczoraj okazało się, że chce tego również sam Artest.
Nie tylko my mieliśmy wczoraj deja vu. Phil Jackson: "The first time I kind of looked out there on the court, I thought he was Dennis Rodman — his shoulders and hairdo and whatnot."
Nowa rodmanowska fryzura i tajemnicze napisy na głowie Artesta mają mu pomóc odzyskać umiejętności defensorskie, które trochę w Lakers zatracił. Artest nie chciał powiedzieć, co to za napisy: "Take a picture and look it up. Ask your wife. Or just google it, and find out.'' Tajemnicę zdradził Phil Jackson - to defense w trzech różnych językach - japońskim, hebrajskim i hindi. Jackson jest z nowej fryzury zadowolony: "If he gives us what's on his head, then we'll be in great shape." Wczorajszy debiut w nowej fryzurze (8 pkt., trafione 2 z 10 rzutów, bez bloków i bez przechwytów) nie był zbyt udany. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|