Wpisy z tagiem: Kobe
piątek, 18 czerwca 2010
Kilka zdań tytułem wstępu - notkę poprzednią napisaliśmy na szybko, na gorąco, przed wyjściem do pracy. Owszem - jesteśmy skłonni przyznać, że być może za szybko. Swoich opinii nie poparliśmy żadnymi cyferkami, ani konkretnymi argumentami, tylko odczuciami. Rozumiemy złość i rozgoryczenie niektórych czytelników, choć niektóre Wasze reakcje (nie tylko "rutkowski ty pierdoło weź się nie popłacz", ale również te "tę notkę mógł dać rozżalony 13-letni gimnazjalista", "przy następnej takiej okazji przestaję czytać SG") uważamy za znacznie przesadzone. Będą się na tym blogu pojawiać tezy kontrowersyjne. Czasem - z braku czasu (zwłaszcza rano) - nie argumentowane. Ale jeśli szum będzie duży, to tak jak teraz - wywołani do odpowiedzi - odpowiadamy. Przede wszystkim, kochani czytelnicy, błagam, czytajcie ze zrozumieniem. Nie napisaliśmy, że Kobe nie zasłużył na MVP Finałów. Wręcz przeciwnie - napisaliśmy, że zasłużył (cytat: "bez dwóch zdań to on był MVP Lakers"). W LA nie było nikogo bardziej wartościowego. Nie próbujemy umniejszać jego osiągnięcia, nie napisaliśmy, że Kobe nie jest wielki. Jest wielki. Jest 5-krotnym mistrzem NBA. Niewielu ludzi może to o sobie powiedzieć. Oczywiście, że kibicowaliśmy Celtics, ale uważamy, że Lakers wygrali zasłużenie. Gratulujemy zwycięzcom, współczujemy pokonanym. Powtarzamy akapit, który wzbudził najwięcej kontrowersji: "Czy Michael Jordan zagrał kiedyś równie nieskuteczne finały? Czy w ogóle zagrał kiedyś równie nieskuteczną serię w playoffs? Czy zagrał kiedykolwiek tak katastrofalnie w G7? Czy w ogóle w historii NBA był kiedykolwiek MVP Finałów z niższą skutecznością? Czy Kobe Bryant był najmniej wartościowym MVP Finałów ever?" Napisaliśmy tylko (bez sprawdzania), że być może był to najmniej wartościowy MVP Finałów ever. Teraz sprawdziliśmy ostatnie 30 lat. Jeśli chodzi o skuteczność - mieliśmy rację. Jeśli chodzi o liczbę meczów na skuteczności poniżej 50% - również. Rozgrywający - Billups i Tony Parker mieli nawet 50%+. Nawet Paul Pierce, któremu raz przytrafiło się 2 z 14, miał ponad 43%. Wytykacie nam MJa A.D. 1996, który miał 41.5%. Rzeczywiście - to drugi najsłabszy występ MVP Finałów. Ale to jednak ciut lepszy. Napisaliśmy, że że Michael, do którego porównywany bywa Kobe - chyba nigdy w playoffach takiej nieskutecznej serii. I serii, w której ANI RAZU nie trafił ze skutecznością 50%+ rzeczywiście póki co nie znaleźliśmy. I na razie nikt nam nie udowodnił, że jest inaczej. Co najwyżej są wyjmowane z kontekstu pojedyncze mecze, w których MVP finałów ceglił. Nie o tym dyskutujemy - dyskutujemy o całości. Nie sprawdzaliśmy w statsach, pisaliśmy na szybko, podkreślamy, że możemy się mylić. Ale na razie wygląda na to, że nas intuicja nie zawiodła. Dodatkowo problem polega też na tym, że nawet jeśli uznać przykład MJ-a za wystarczający (bo co to za różnica 1%), to występ Kobe Bryanta na marnym procencie w Finale nie jest niestety wyjatkiem. I na tym, że sytuacja, kiedy drży mu ręka w meczach przesądzających o tytule, nie zdarzyła się po raz pierwszy. W 2004 z Detroit trafił 38% rzutów (i tylko 7 z 21 w clincherze). 2 lata temu, kiedy przegrywali z Bostonem - 40,5% (w tym tylko 6 z 19 w kluczowym meczu nr 4 w LA i 7 z 22 w clincherze). A w swoich pierwszych finałach, w 2000, z Indiana Pacers, trafił 36,7% rzutów. 50% przekroczył w Finale tylko raz - gdy razem z Shaqiem rozbijali New Jersey Nets, w najbardziej jednostronnych finałach jakie pamiętamy. Ale jeśli już spojrzeć na G7 niesamowitej serii z Sacramento w tym samym roku, nazywanej powszechnie przedwczesnym finałem, to znowu nie wygląda to imponująco. 10/26. Skuteczność Bryanta w całej tamtej serii 41,8%. A przecież Kings do tytanów obrony nie należeli. Przez ciekawość sprawdziliśmy jeszcze siódmy mecz z Houston w ubiegłym roku. Lakers zmietli wtedy Rockets, ale rękami Pau Gasola (21/18). Kobe trafił 4 z 12 rzutów. Podsumujmy naszą tezę: Kobe Bryant, wybitny koszykarz, pewnie najwybitniejszy w tej dekadzie, pięciokrotny mistrz NBA, w finałach NBA grywa zazwyczaj gorzej niż w niefinałach, ma też często problemy ze skutecznością w meczach kluczowych (G7 i mecze kończące serię). I w tych kategoriach - w porównaniu z Michaelem Jordanem, najwybitniejszym koszykarzem lat 90-tych, wypada blado. A nawet bardzo blado. Zestawiliśmy skuteczność obu panów w Finałach NBA. Kobe 2000 (Indiana, 22 lata): 15,6 pkt., 36,7% Michael 1991 (Lakers, 28 lat): 31,2 pkt., 55,8% To już są suche cyferki, tu nie ma miejsca na manipulację. Od Bryanta oczekuje się więcej, tak jak oczekiwało się tego od Michaela. Jest megastarem, miewał serie 40, 50-punktowe, bywał królem strzelców. W playoffach, a zwłaszcza w finałach powinien wznosić się na absolutne Himalaje. Nie wznosi się. Powinien wyraźnie poprawiać swoje zdobycze punktowe z regular season. Udało mu się to trzykrotnie na 7 prób. A wyraźnie lepszy od osiągów z regular season był tylko raz - w 2009 (32,4 vs. 26,8). Michael - odwrotnie, tylko raz (z Seattle) miał średnią w finałach gorszą od tej z regular season. Fajnie, gdyby Kobemu zdarzały się mecze wielkie, w których sam poprowadzi Lakers do zwycięstwa. Jak Wade 4 lata temu, jak Michael w każdych swoich finałach. Ale się nie zdarzają. W tegorocznych finałach nie było takiego meczu ani jednego. Było półtorej kwarty, kiedy zdobył bodaj 23 pkt. Lakers z rzędu. Ale znowu - akurat tamten mecz Lakers przegrali. Aha, ci, którzy twierdzą, że w czasach MJa nikt tak nie bronił jak Celtics w tym roku, najwyraźniej nie pamiętają Detroit Pistons. Nie pamiętają New York Knicks. Co więcej - od tamtych czasów przepisy się zmieniły - na korzyść atakujących. Sorry. Tyle wyjaśnień, nie łudzimy się, wiemy, że czekają nas kolejne flejmy. Ale prosimy tym razem - więcej argumentów merytorycznych, mniej argumentów ad personam. Kobe Bryant, MVP Finałów. Hollywoodzka historia z happy endem.
Zamykacz po katastrofalnych 3 i pół kwarty, kiedy rzucał cegłę za cegłą i gubił piłkę niczym nastolatek, w końcówce sprytnie i po profesorsku wymuszał faule, bezbłędnie trafiał ważne wolne, no i w kluczowym momencie raz pięknie trafił fadeawaya. Piąty tytuł mistrza NBA, do Michaela brakuje mu tylko jednego pierścionka. Na pewno przeszczęśliwy: "I got one more than Shaq. You know how I am, I don't forget anything." Jedna z gwiazd porno napisała na swoim twitterze "Kobe is gonna get the fuck of his life." If I was his wife he would be rushing home and not stopping at the hotel w the laker whores."
Ale jak opadnie euforia, to Kobe będzie musiał się zmierzyć z porównaniami kobesque vs. jordanesque. Kobe - no Michael i takie tam. Kobe Bryant w siedmiu meczach tegorocznych finałów ani razu nie miał skuteczności 50%. 10/22, 8/20, 10/29, 10/22, 13/27, 9/19, no i katastrofalne 6/24 dzisiaj. To daje skuteczność ledwo powyżej 40%. Czy był kiedykolwiek w NBA MVP Finałów, który ani razu nie rzucał 50%+? Dodajmy do tego 27 strat (blisko 4 na mecz). No i to, że absolutnie najgorszy mecz finałów zagrał dziś w nocy, w meczu nr 7.
Co ciekawe - oba mecze, w których Kobe tak niemiłosiernie ceglił (G3 i G7), Lakers wygrali. Za pierwszym razem uratował go Derek Fisher. Za drugim Fisher (THE THREE), Gasol (THE REBOUND) i Vujacic (THE FREE THROWS). No i Ray Allen, który całą fantastyczną ciężką pracę wykonaną na Bryancie w obronie zaprzepaścił w ataku, nie trafiając kluczowych rzutów z czystych pozycji. Czy Michael Jordan zagrał kiedyś równie nieskuteczne finały? Czy w ogóle zagrał kiedyś równie nieskuteczną serię w playoffs? Czy zagrał kiedykolwiek tak katastrofalnie w G7? Czy w ogóle w historii NBA był kiedykolwiek MVP Finałów z niższą skutecznością? Czy Kobe Bryant był najmniej wartościowym MVP Finałów ever?
Nie podejmujemy się odpowiedzieć na te pytania, bo zdajemy sobie sprawę, że Kobe zagrał niesamowite playoffy. Że bez dwóch zdań to on był MVP Lakers - również w tych finałach. Że w finale trafił na najlepiej broniącą drużynę w NBA, która dodatkowo wspięła się w tym finale na swoje absolutne Himalaje defensywy. I że choć Celtom udało się powstrzymać Kobe Bryanta, to nie udało im się powstrzymać Lakers. A przecież tylko to ma znaczenie.
czwartek, 17 czerwca 2010
Już za 12 godzin...
ONE GAME TO RULE THEM ALL Bill Plaschke, LA Times: "Game Seven. Game Heaven. Game Hell." Kobe Bryant: "Life or death... But not that extreme." Lamar Odom: "It's what we live with around here. It's what you expect. It's what makes us." Andrew Bynum: “It’s the last game. I just got to go out and give the best effort.” Phil Jackson: “I can’t imagine myself going through this again. It’s not only a lot of fun, but it’s a lot of stress and pain and anxiety, etc. But it’s something you get acclimated to. The job has to get done.” Big Baby Davis: "I love it. This is what it's all about. It's what you guys are going to talk about for years. You guys are going to remember this moment. You're going to remember Thursday forever. I can't wait. I can't wait to step up on the floor and win here in L.A. We've got a Game 7. This is not faith. This is free will. We've got to go get it. You can't pray to God and say, 'Oh God, help me' and hope that we win. That's why I say you've got to go get it." Ray Allen: ”That’s where we’re supposed to be. When it comes to Game 7, it's like this is what we were born to do. It's like if we were born, [and] our mothers said we would be in Game 7 of the NBA Finals some day and nobody would blink an eye because we would say that's where we're supposed to be.'” Rajon Rondo: "It’s Lakers-Celtics, the biggest rivalry in NBA basketball – seven games.” Paul Pierce: “I just love the pressure, truthfully, man. I love the fact that I get to play against the Lakers in a Game 7 on the road. I love the fact that if I don’t win multiple championships that I probably won’t be mentioned amongst the other guys in Celtic history that’s done it before. That type of stuff motivates me. That type of stuff, I think, helps me play at my best when I’m put to that type of test. To win another championship would be the best thing that can ever happen.’’’ Rasheed Wallace: “Other guys have been in Game 7s, but it’s that know-how. Every possession counts.’’ Kendrick Perkins (zerwał dwa więzadła, nie zagra dziś w nocy) "It's the last practice of the season, the last game of the season. My teammates, my coaches, I wanted to be around these guys, especially after a tough loss like last night." Doc Rivers: "This is the ultimate player game. It's the game that all the things you've worked on all year, you have to do it and execute it and trust and play. You know, there's going to come a time maybe where a timeout is important and an adjustment may be important. Chuck Daly always said it's the make/miss game. It comes down to makes and misses. And on the misses, on their misses, make sure they don't get another opportunity to have a make, and that's what they come down to." Chris Broussard, ESPN: "It's all so perfect. The historic franchises. The incomparable star power. The great competitiveness." Magic Johnson: “The world stops on Thursday because it’s Game 7. You look so forward to it. You know everybody’s watching. You know every possession is a big possession. You know every shot is a big shot. You know every free throw is a big free throw. You know every rebound is a big rebound. You just look forward to being in a game like this because this is something that you talk about for the next 40, 50 years.” Kevin McHale: “It’s going to come down to heart, soul and the team that wants it the most.” Cedric Maxwell: “Your emotions are so high and so raw that it’s almost like cutting into a thousand-volt line. You hook yourself into it, you wet your fingers and you touch it.” John Havlicek: "You’re going on adrenaline because you can’t wait to get started.’ You want to come out of this game saying you’ve done everything you possibly could have done.’ It’s black and white. There’s no gray here." Bob Ryan, Boston Globe: "Game 7. The pinnacle, the ultimate. This will be a great night in the history of one of these teams. Whoever gets the job done will be wearing the hats and drinking the champagne." Mike Breshanan, LA Times: "The losers are forgotten. History is kinder to the winners." I Plaschke raz jeszcze: "Game Seven. Raise your voice. Hold your breath."
środa, 16 czerwca 2010
1. W Finałach NBA było dotychczas 16 meczów nr 7. Gospodarze wygrywali 13 razy. Goście ostatnio wygrali finałowy mecz nr 7 ponad 30 lat temu. Czyli mistrzem będą Lakers. 2. W Finałach NBA 25 razy po czterech meczach było 2-2, po czym zwycięzca meczu nr 5 sięgał po tytuł 19-krotnie. Czyli mistrzem będą Celtics. 3. Drużyny prowadzone przez Phila Jacksona 47 razy obejmowały w playoffs prowadzenie 1-0. Zawsze potem wygrywały. Czyli mistrzem będą Lakers. 4. Celtics w tegorocznych playoffs w każdej serii wygrywali dwukrotnie na wyjeździe. W Finałach - póki co tylko raz. Czyli mistrzem będą Celtics.
5. Doc Rivers 6 razy w karierze prowadził drużynę w Game 7. Trzykrotnie przegrał, z czego 2 razy u siebie. Na wyjeździe grał Game 7 raz. Przegrał. Phil Jackson prowadził swoją drużynę w meczu nr 7 ośmiokrotnie. Wygrał 5 razy, przegrał 3 razy. U siebie na 4 razy nie przegrał nigdy. Czyli mistrzem będą Lakers. 6. Celtics przed dzisiejszą klęską tylko dwukrotnie w tegorocznych playoffs przegrywali mecz różnicą ponad 20 punktów. Mecz nr 3 z Cleveland i mecz nr 5 z Orlando. Ale w obu przypadkach kolejny mecz już wygrywali. Czyli mistrzem będą Celtics. I być może jedyna statystyka, która ma sens: Każdy z 6 meczów finałowych wygrywała drużyna, która lepiej zbierała. Ciekawe, prawda? PS. Dzisiejszy 67-punktowy występ to najgorszy pod względem liczby zdobytych punktów mecz Celtics w historii ich meczów finałowych. PS2. Phil Jackson wygrał dziś swój 224. mecz w playoffs. Żaden trener, nie tylko w NBA, ale w żadnej innej lidze zawodowej, nie ma na koncie więcej zwycięstw. PS3. Chcieliśmy siedmiu meczów - i jest siedem meczów. Nie wiem, czy się zgodzicie, ale naszym zdaniem jesteśmy w 6/7 najlepszych finałów od 1998 roku (co zabawne - rozgrywanych równolegle z najgorszym Mundialem od dwudziestu lat). Najbardziej zaciętych, najbardziej emocjonujących, najbardziej nieprzewidywalnych, najbardziej hitchcockowskich, z największą ilością zwrotów akcji, oczekiwanych i nieoczekiwanych bohaterów, a jednocześnie z udziałem najbardziej ekscytujących drużyn i gwiazd. Aż szkoda, że nie można przyznać dwóch tytułów mistrza NBA.
PS4. Klucz do meczu nr 7 ma na imię Rajon i boli go broda. Jeśli zagra wielki mecz - w czwartek będzie zielono. Jeśli zagra, jak przez 5/6 tej serii - będzie purpurowo złoto.
PS5. Chociaż cholera wie - a może ten klucz jest gdzieś indziej?
PS6. 8 miesięcy grania w koszykówkę średnio co drugi dzień, setki godzin spędzonych na treningach ponad 100 długich meczów, hektolitry potu wylane na treningach, poobijane łokcie i kolana (a czasem nawet brody), zwiotczałe mięśnie, powykręcane stawy i kostki, siniaki, guzy, strupy, zwichnięte kończyny. Ale o tym, kto przejdzie do legendy zadecyduje dyspozycja dnia przez 2 i pół godziny w jeden jedyny czwartek 17 czerwca. I jak tu nie kochać sportu?
środa, 09 czerwca 2010
Brzydki trzeci mecz w Bostonie. Trochę nam się dziś przypomniały finały Knicks - Rockets kilkanaście lat temu a Ray Allen przypomniał nam Johna Starksa. Obie drużyny zagrały wybitnie w obronie. Bohaterem - Derek Fisher. Fisher King. Bodaj 11 pkt. w decydujących momentach, w czwartej kwarcie. Kobe powiedział po meczu: "(That was) just Derek being Derek. He makes big plays all the time. He never ceases to amaze me." Nas również nie przestaje zadziwiać. Przecież on karierę w LA skończył w 2004 roku (miał wtedy już 30 lat, spadł do rezerw, starzał sie w oczach). Potem było Utah i wzruszający come back do Los Angeles. Rok temu Fish wygrał dla Lakers kluczowy, czwarty mecz finałów. Teraz zarządził w czwartej kwarcie, gdy Bryantowi nic nie szło. Lat ma 36. Posturą i fryzurą przypomina raczej Amisza, niż rozgrywającego pierwszej drużyny NBA. Ale nie zdziwimy się, jeśli Lakers będą go odkurzać na play offy jeszcze przez kilka lat. Dziadek daje radę.
Wszyscy wiedzieliśmy, że Ray Allen już nie zagra w tych finałach drugiego takiego meczu, jak mecz nr 2. Ale nikt nie przypuszczał, że nie trafi dziś ani jednego z 13 rzutów. W tym tych dwóch trójek w końcówce. Doc Rivers trzymał go na boisku, jak pewnie zrobiłby każdy z nas. Liczył pewnie, że jego super strzelec wreszcie się przełamie. I na 54 sekundy przed końcem, przy 4-punktowej przewadze Lakers, Allen dostał piłkę, na czystej pozycji za linią za trzy. W każdym hollywoodzkim filmie by trafił. Ale dziś spudłował. Kontra Lakers, punkty, game over.
Bodaj najbardziej upokarzające było pudło nr 14, po gwizdku przy faulu Garnetta w ataku, na pół minuty przed końcem, kiedy Allen nie trafił layupa sam na sam z koszem. Celtics przez całą drugą połowę gonili, gonili dzielnie. Najlepszy mecz w serii zagrał Garnett (25 pkt., 11/16), bohaterem czwartej kwarty był Glen "Big Baby" Davis.
Odrabiali mozolnie punkt po punkcie. Zaczynało się od różnicy 17 pkt. Dochodzili na 3 pkt., na 1 pkt., na 4 pkt., na 2 pkt. Przy różnicy jednopunktowej mieli piłkę, ale Rondo niedokładnie podał do Davisa, który zrobił faul w ataku. Come back prawie się udał. Prawie. Kropki nad i gospodarze postawić nie potrafili. Lakers po profesorsku dowieźli prowadzenie do końca; jak Byki za najlepszych czasów udowodnili, że można wygrać nawet wtedy, kiedy nie idzie. Potrafili wygrać pomimo gorszej dyspozycji strzeleckiej dobrze powstrzymywanego przez Tony Allena Kobego (10 z 29, chyba tylko 2 pkt. w czwartej kwarcie) i mniejszej aktywności Gasola (13 pkt.). Wygrali dzięki Fisherowi (16 pkt.), który przyćmił dzisiaj Rondo, i dzięki Lamarowi Odomowi (12 pkt., 5/5). Ta seria jeszcze się nie rozstrzygnęła, ale Lakers zrobili dzisiaj ogromny krok do przodu. Statystycy przypominają, że na 11 przypadków, kiedy było 1-1, drużyna która wygrywała mecz nr 3, zawsze sięgała po tytuł. Paul Pierce na pewno musi odszczekać swoją obietnicę wykrzyczaną do kibiców Lakers po meczu nr 2 ("Nie wrócimy do Staples Center!"). Ta obietnica może się teraz ziścić tylko w jeden sposób.
A końcówkę dzisiejszego meczu dedykujemy Seppowi Blatterowi. W ciągu ostatnich dwóch minut sędziowie trzykrotnie korzystali z powtórek video. Nie bali się zmienić pierwotnych decyzji (choć raz chyba i tak popełnili błąd - na korzyść Celtics). I jakoś nie wpłynęło to na "poziom emocji i płynność gry".
piątek, 04 czerwca 2010
Pierwszy mecz wygrali Lakers. Łatwo wygrali. Wygrali, bo Phil Jackson fantastycznie odrobił lekcję, której nie odrobili Mike Brown i Stan Van Gundy. Te elementy gry, gdzie Celtics mieli mieć przewagę zostały perfekcyjnie zneutralizowane. Te, w ktorych dominować mieli Lakers - nie. 1. Determinacja Już w 25. sekundzie Lakers udowodnili, że odpuścić nie zamierzają. Artest wdał się w przepychankę z Paulem Piercem, w ruch poszly łokcie, obaj panowie zostali ukarani przewinieniami technicznymi. W finale nie ma miejsca na delikatesy. Było ostro, było twardo, było ciężko. Ale to Lakers byli mocniejsi. Doc Rivers: “They were the more physical team by far. “They were more aggressive. They attacked us the entire night. I didn’t think we handled it very well.” Gasol: “I knew it was going to be physical. That’s a given. (...) You’ve got to compete, and you’ve got to match that physicality, that aspect of the game to be successful.”
2. Rondo Phil Jackson słusznie uznał, że Derek Fisher powstrzymać Rajona nie będzie w stanie. I posłał do boju Kobe Bryanta. Kobe skutecznie uprzykrzał życie Rondo: 13 pkt., z czego tylko 3 w drugiej połowie. Rajon trafił 6 z 14 rzutów, miał 8 asyst.
3. Ray Allen Jak Jax pośle Bryanta na Rondo to Ray zaszaleje - cieszyli się przed meczem kibice Celtics. Ray zaszaleć nie zdążył, bo po drugiej stronie parkietu szalał Kobe. Allen kompletnie sobie z Bryantem nie poradził, szybko złapał dwa faule i już do końca meczu zmagał się z problemem z przewinieniami. W sumie załapał 12 pkt. w 27 min.
4. Garnett Dwa lata temu zniszczył Pau Gasola. Ale to już nie jest ten Garnett, no i to nie jest ten sam Gasol. KG: 16 pkt. i tylko 4 zb. Gasol 23 pkt. i 14 zb. Lakers wygrali walkę na tablicach 42-31. Rivers: "Gasol was more aggressive. He attacked us. I thought he was the best player on the court. He shot when he should shoot. If you heard for two years what you couldn't do . . . he proved a lot tonight ."
5. Pierce Gdzie Rondo, Allena i Garnetta nie może, tam Pierce'a pośle? Nie tym razem. Niby zdobył swoje 24 pkt. ale z tego aż połowę - z rzutów wolnych. Odpowiedzią na Prawdę był Ron Artest, który od wspomnianej pierwszej akcji meczu skutecznie uprzykrzał życie Pierce'owi. Kobe: “I think he does a great job for us of setting the tone defensively with his intensity and with his energy. I was just letting him know it was well appreciated.”
6. Ławka Miała Lakers zmiażdżyć a zdobyła tylko o punkt więcej. 16-15. Owszem - Odom nie zagrał swoich zawodów. Owszem - przebłyski miewał Rasheed Wallace. Ale to wszystko za mało. Ławka Lakers miała więcej powodów do zadowolenia.
7. Obrona Celtics powstrzymali Dwyane'a Wade'a, LeBrona Jamesa i Dwighta Howarda. Na Kobego na razie lekarstwa nie znaleźli. 30 pkt., 7 zb., 6 as. a w trzeciej kwarcie, kiedy Lakers odjechali na 20 pkt. - pure jordanesque.
47-0. Kiedy drużyna Phila Jacksona wygrywa pierwszy mecz rywalizacji, to zazwyczaj wygrywa całą serię. Zazwyczaj oznacza w tym przypadku 47 na 47 razy. Rasheed Wallace: 'That's just media stuff. That don't mean nothing to me.'' Ray Allen: "I know when I go to the free-throw line, the odds of me missing one grow if I haven't missed one in a while. 'So I'll think of it like that.'' Jackson: “I wish I had put it in the bank, so to speak.”
Przez całą serię z Magic Celtics wysłuchiwali mantry, że każda seria musi się kiedyś skończyć. Teraz to jest ich własna mantra.
niedziela, 30 maja 2010
Czasem pisaliście, że brakuje Wam Fruwając pod koszem w niedzielne popołudnia. A zatem, w spóźnionym prezencie na Dzień Matki, albo przedwczesnym na Dzień Dziecka, albo bardzo wczesnym na Dzień Ojca. Enjoy :-) Finał Wszystkich Finałów Jest! Ziścił się. Trochę nieoczekiwanie - bo przecież Finałem Marzeń miał być wielki, wyczekiwany od zeszłego roku pojedynek Kobe vs. LeBron. Albo ewentualnie wielki rewanż za finał zeszłoroczny. Na powtórkę finału sprzed dwóch lat nie stawiał nikt przy zdrowych zmysłach.
Ale smaczków i tak będzie aż nadto. 1. Wielki rewanż za finał sprzed dwóch lat Lakers zostali wtedy upokorzeni i z pewnością to upokorzenie doskonale pamiętają - byli faworytem finału, przegrywali wygrane mecze, pudłowali decydujące rzuty. Kontuzja i comeback Paula Pierce'a w meczu nr 1. Przypadkowy bohater Leon Powe w meczu nr 2. Zmarnowana gigantyczna przewaga w meczu nr 4. I wreszcie wielka 40-punktowa masakra w meczu nr 6. Cały zeszły sezon grali z kompleksem Celtów. Cały sezon pałali żądzą rewanżu (przypomnijcie sobie mecz bożonarodzeniowy). Zdobyli tytuł, ale Celtów nie pokonali. Boston przegrał wtedy z kontuzją Kevina Garnetta. Kobe: "Now is a chance to see how much we've grown."
2. Magiczna historia podstarzałego zielonego kopciuszka Przed rozpoczęciem playoffs nie wierzył w nich nikt poza najbardziej zagorzałymi fanami. W sezonie zasadniczym przegrali nawet z New Jersey a w końcówce bez walki oddali trzecie miejsce na Wschodzie Atlancie. W playoffach mieli przegrać już z Dwyanem Wadem. Potem mieli polec z LeBronem. Przegrać z Dwightem Howardem. Mieli wreszcie zostać pierwszą drużyną w historii NBA, która przegrała serię, mimo że wygrała pierwsze 3 mecze. Teraz mają przegrać z Kobe Bryantem i spółką. Don't ever underestimate the heart of a champion...
3. Powrót do przeszłości To już dwunasty taki finał. Russell kontra Baylor. Magic kontra Bird. Dziś Kobe kontra Ray. Pau kontra KG. Dwie najbardziej wszechstronne i kompletne drużyny w NBA. No i Jax kontra Doc. Bill Plaschke z LA Timesa: "Them again. The ugly uniforms, the obnoxious fans, the chippy players, and that damn cigar. Love it and loathe it, the Lakers are once again going green."
4. The Rondo Dwa lata temu był tylko nieopierzonym młokosem, dodatkiem do Wielkiej Trójcy. Dziś jest Wielki Kwartet a Rajon Rondo stał się MVP Boston Celtics i jednym z najwybitniejszych obrońców w NBA, najlepszą maszynką od triple double wśród rozgrywających NBA. Derek Fisher nie da rady, więc może Jackson puści na niego Bryanta albo Artesta? Tylko kto wtedy powstrzyma Raya Allena i Paula Pierce'a?
5. Home court advantage Dwa lata temu to Celtics grali z przewagą własnego parkietu. Teraz jest odwrotnie, choć Lakers przed playoffs pogodzili się, że będą w finale zaczynali od meczów wyajzdowych (mieli gorszy bilans i od Cavs, i Magic). Będzie dużo gadania o statystykach. Phil Jackson nigdy nie przegrał, kiedy wygrywał mecz nr 1 (na 40 kilka prób). Chyba tylko raz przegrał (finał 2004 z Detroit), gdy jego klub grał z przewagą własnego parkietu. Lakers wygrali w tym sezonie wszystkie playoffowe mecze u siebie... Dla odmiany Celtics wygrywali mecze wyjazdowe w każdej rundzie. Z Orlando rozpoczęli nawet od dwóch zwycięstw. Z punktu widzenia dyskusji nt. statystyk kluczowy może się okazać już mecz nr 1. 6. Kobe w swoim siódmym finale NBA Właśnie przeskoczył Michaela Jordana. Wow. Ma szansę na piąty pierścień - wciąż mniej niż Michael, ale już tylko o oczko. Miałby tyle, co Jabbar. I w pojedynku z LeBronem objąłby prowadzenie 5-0: "A championship's a championship. It'll be my fifth ring if I'm fortunate to get it." Trzeci z rzędu finał, drugi z rzędu tytuł mistrzowski - można byłoby spokojnie ogłosić nową dynastię.
7. Czapeczka z napisem XI Gdzieś tam schowana czeka sobie cierpliwie na Phila Jacksona. W zeszłym roku ta z X była najbardziej chodliwym towarem po decydującym zwycięskim meczu finałów. Kontrakt Jaxa się kończy po tegorocznym sezonie, Jerry Buss podobno zaproponował znaczącą obniżkę. Czapeczka z XI byłaby bardzo dobrym argumentem negocjacyjnym przy rozmowach o ewentualnym przedłużeniu. A w najgorszym razie piękną pamiątką na emeryturze.
8. RonRon Po tym jak dobitką w meczu nr 5 i 25 punktami w meczu nr 6 zabił marzenia Phoenix Suns, nikt już go nie pyta o Trevora Arizę, ani o ten kretyński niecelny rzut za 3, który oddał kilkadziesiąt sekund przed gamewinnerem. Między decydującymi został ukarany grzywną, bo spóźnił się na trening. Cały Ron. Nie było go w Lakers podczas finałów 2 lata temu, kiedy Lakers nie mogli sobie poradzić z wszechstronnym atakiem Celtów. Dziś ma jedyną w karierze szansę, żeby stać się ogniwem decydującym.
9. Killer Instinct Lakers często spotykają się z krytyką. Tak jak w zeszłym roku krytykowano ich po męczarniach z Houston, tak teraz doubters powtarzają - Lakers nie mają instynktu zabójcy. Dwukrotnie ich rywale wyciągali z 0-2 na 2-2. Męczyli się i z Oklahomą, i z Phoenix, choć w obu przypadkach byli zdecydowanymi faworytami. Pomagało im szczęście (dobitka Gasola, dobitka Artesta). Mieli łatwą drogę do finału, łatwiejszą połówkę. Groźniejszych potencjalnie rywali (Denver, Dallas, Spurs) eliminowali za nich inni. Dla odmiany droga Celtics do finału to prawdziwa droga przez mękę. Miami, Cleveland, Orlando. Ale Celtics nie męczyli się specjalnie z nikim. Z Miami i Orlando szybko i niespodziewanie łatwo odjeżdżali i obejmowali prowadzenie 3-0. W najtrudniejszym boju z Cleveland, w kluczowym wyjazdowym meczu nr 5 przy stanie 2-2 zmasakrowali rywali 120-88.
10. The Team Pierce, Allen, Pierce, Rondo, Allen, Rondo, Allen, Garnett, Rondo, Allen, Garnett, Allen, Pierce, Davis, Pierce, Wallace, Pierce. To liderzy strzeleccy Boston Celtics w kolejnych meczach tegorocznych playoffs. A Lakers? Kobe, Kobe, Kobe, Gasol, Gasol, Kobe, Kobe, Kobe, Kobe, Gasol, Kobe, Gasol, Kobe, Kobe, Kobe, Kobe. Celtics są nieprzewidywalni. 6 liderów, z czego żaden dwa razy z rzędu. W Lakers dwóch, z czego jeden dwunastokrotnie, drugi - cztery razy. Lakers są drużyną Kobe Bryanta. Celtics są Drużyną.
Kronika towarzyska Carmelo Anthony się żeni. Szczęśliwą wybranką jest Lala Vasquez, wesele odbędzie się we wrześniu. Melo chyba pozazdrościł Lamarowi Odomowi zainteresowania mediów jego ubiegłorocznymi zaślubinami z Khloe Kardashian, więc jego ślub odbędzie się w konwencji reality show. Pięć odcinków dokumentujących przygotowania, kupowanie sukni ślubnej i tortu, sam ślub i wesele. Transmisja na żywo z nocy poślubnej nie jest przewidziana. Na razie.
Nie LeBron. Nie Derrick Rose. Nie Rajon Rondo. Na okładce NBA 2k11 będzie sam... Michael Jordan. "Będzie można nim być?" - zapytał mój syn. Podobno będzie można. Nareszcie.
Podczas meczu nr 5, Alvinowi Gentry zaszkodziła sałatka ze smażonego awokado.
Kiedy dziennikarze powiedzieli mu, że wszystko się nagrało, odpowiedział: "Just tell everyone that it was Kobe making me sick."
Free Darko uważa, że The Klaps przejdzie do historii NBA, tak jak The Shrug Michaela Jordana. Tako ćwierka Shaq "To change is difficult. Not to change is fatal. Not everything that is faced can be changed But nothing can be changed until it is faced"
Ciekawostki
To dwunasty taki finał. Pierwsze 8 wygrali Celtics. Dwa kolejne - Lakers. Ostatni - znowu Celtics. Celtics są siedemnastokrotnymi mistrzami NBA. Lakers - piętnastokrotnymi. I to mimo, że Lakers mają na koncie o 10 występów w finale NBA więcej niż Celtics. Te 32 tytuły Celtics i Lakers to ponad połowa z 63 tytułów mistrzów NBA. Pięciokrotnie finały z udziałem Lakers i Celtics kończyły się wynikiem 4-2. Czterokrotnie 4-3. Raz było 4-1 i raz 4-0. W sezonie zasadniczym obie drużyny spotykały się 272 razy. 152 razy wygrywali Celtics, 120 razy Lakers. 39-punktowe zwycięstwo Celtics w szóstym meczu finałów przed dwoma laty to najwyższe w historii NBA zwycięstwo w finałowym meczu kończącym. W sezonie zasadniczym Lakers i Celtics spotkali się dwukrotnie. W Bostonie wygrali Lakers. W Los Angeles - Celtics. W obu przypadkach o wyniku zadecydował jeden punkt. Ciekawe, prawda? Złota myśl "In the playoffs last year, I ran into Paul Pierce in a complex . . . in L.A., I said, 'Get it back, we want to meet you in the Finals.' So here it is." - Phil Jackson.
PS. W przyszłym tygodniu w kioskach nowe MVP, a w nim tekst "Królestwo za Króla", z którego fani naszego supergigantowego LeBron watcha dowiedzą się, gdzie naszym zdaniem osiądzie latem Król.
czwartek, 20 maja 2010
Czy dynastia - to się jeszcze okaże. Fani Lakers już skandują "We want Boston! We want Boston!" ale wcale nie jesteśmy przekonani, czy to Celtics (pomimo home court advantage) są dla Lakers idealnym finałowym przeciwnikiem, zwłaszcza po kompletnie bezradnych Phoenix Suns.
Po pierwszym meczu Steve Nash zauważył, że Lakers są od Suns znacznie wyżsi i że to się raczej nie zmieni. Miał rację - nie zmieniło się. Po drugim meczu Grant Hill dodał: "I really don't know what the answer is."
W pierwszym meczu Kobe rzucił bezradnym Słońcom 40 pkt., więc w meczu nr 2 był podwajany. Efekt? 13 asyst - playoffowy rekord życiowy Bryanta. Gasol 29 pkt. (11/19) i 9 zb. Odom z ławki 19 pkt. (7/10) i 11 zb.
Dwa lata temu napisaliśmy Fruwając pod koszem, które chyba dobrze pasuje, żeby je dziś, kiedy Lakers znów rozgnietli Suns w Finale Konferencji, przypomnieć. Tak rodzi się nowa dynastia Brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, ropucha w śliczną księżniczkę, a Los Angeles Lakers w najlepszą drużynę w NBA. Jeszcze pół roku temu byli beznadziejni. Mogą załapać się na ostatnie miejsce w play-off - taki był consensus w ocenie Lakers przed tegorocznym sezonem.
Kilka głosów z październikowego sondażu ESPN: Nawet jeśli Kobe zostanie, to nie wystarczy, aby ta ekipa awansowała do play-off. Kontuzje znów są problemem, a atmosfera w drużynie jest - i pozostanie - koszmarna. Zgody z Kobe Bryantem nie będzie. Trzeba było zdecydować się na transfer w okolicach draftu. Teraz muszą go sprzedać, żeby uratować twarz. A w międzyczasie sezon pójdzie na marne. Lakers będą cudownie przeciętni. ![]() Nawet wśród menedżerów NBA - którzy powinni wiedzieć lepiej - nie znalazł się ani jeden śmiałek, który postawiłby na awans Lakers do finałów ligi. Poniekąd słusznie. Przecież rok temu Lakersi odpadli w słabym stylu już w pierwszej rundzie play-off, przecież w składzie nie zaszły większe zmiany, a w dodatku sfrustrowany Kobe rozpowiadał wszem i wobec, że się wynosi - choćby na Plutona. A dziś... Lakers grają najlepszą koszykówkę w NBA. W dwóch pierwszych meczach finałów Zachodu upokorzyli broniących tytułu San Antonio Spurs. I choć wciąż możliwe jest, że starzy mistrzowie wstaną z kolan, Manu Ginobili wyleczy bolącą kostkę i w finałach zobaczymy po raz piąty Tima Duncana - to jakoś trudno nam uwierzyć, by w najbliższych pięciu meczach Lakers zdołali wygrać tylko raz. Brzydkie kaczątko wyrosło. Ale dlaczego nikt tego wcześniej nie przewidział? ![]() 1. Nikt nie dostrzegł, że Lakers mają plan Cały ten układ wydawał się bezsensowny. Samolub Bryant. Trener Jackson, ślepo przywiązany do swej "triangle offense" i przywykły do prowadzenia dream teamów. Szczypiorek Andrew Bynum niegotowy do gry na wielkim poziomie. I bezimienna ławka rezerwowych. To przecież w nic się nie składało. Albo Lakersi chcą wygrywać teraz - a wtedy powinni dać sobie spokój z wychowywaniem młodzieży - albo stawiają na przyszłość, a wtedy niech lepiej Phil Jackson odejdzie leczyć swe schorowane biodra, bo szkoda życia na te męki. Tymczasem plan był: tak prosty, że aż niewidzialny. Dzieciaki pod okiem Jacksona od trzech lat uczyły się "triangle offense" - systemu zabójczo skutecznego, ale też wymagającego samodzielności i doświadczenia, które przychodzi po miesiącach praktyk. A ze wzmocnieniami czekano na dogodne okazje. ![]() 2. Nikt nie docenił Mitcha Kupchaka Nieporadność menedżera Lakers sprawiła, iż zaczął trafiać na listy najgorszych GM-ów NBA. Przez kilka lat, zdawało się, nie zrobił nic - za wyjątkiem jednego fatalnego transferu (Kwame Brown). Tymczasem cechą wielkich menedżerów jest cierpliwość. Kupchak czekał. Ciułał malutkie wzmocnienia, wynajdywał w drafcie rodzynki, które - jego zdaniem - pasowały do triangle offense: Jordana Farmara, Saszę Vujacicia, Ronny Turiafa. Wyrzucał tych, którzy nie pasowali (Smush Parker). Latem 2007 skorzystał z okazji i zatrudnił ponownie Dereka Fishera. I, przede wszystkim, odrzucał propozycje. Nie zdecydował się (co omal nie doprowadziło do odejścia Bryanta) wziąć do LA starzejącego się Jasona Kidda. Nie kupił Jermaine'a O'Neala. Nie oddał Bynuma. Czekał. Okazja nadarzyła się w lutym 2008 r. Memphis Grizzlies wystawili na sprzedaż Pau Gasola, Lakers zaatakowali błyskawicznie i, co ważniejsze - w zamian nie oddali nic wartościowego. Ot, dwa niepotrzebne wybory w drafcie, rozgrywającego z głębokich rezerw, beznadziejnego Kwame Browna. Rywale byli w szoku. "Powinni tego zabronić" - krzywił się menedżer San Antonio. A Gasol okazał się być nabytkiem idealnym. Szybki, wszechstronny, dobrze podający i rzucający z półdystansu - czy jest w NBA skrzydłowy, który lepiej niż on pasowałby do ataku trójkątów? ![]() 3. Wszyscy zapomnieli, że Phil Jackson wielkim trenerem jest Po zeszłorocznym play-off, najgorszym w biografii Jacksona, można było uznać, że wielki trener już się wypalił. Ale dziś wydaje się, że nie tylko tamta seria, ale ostatnie cztery lata były elementem jakiegoś dalekosiężnego planu. Najpierw roczna banicja, podróż na Antypody, ładowanie akumulatorów. Potem dwa sezony, gdy Kobe Bryant dostał wolną rękę, mógł wyszaleć się za wszystkie czasy - i dostrzec, że strzeleckie rekordy szczęścia nie dają.
Wreszcie: stoicki spokój jesienią zeszłego roku, gdy wrzawę wokół transferu Bryanta trener skwitował lekceważącym jednym zdaniem: "Myślę, że tu nic się nie kończy". ![]() Jackson gwarantuje Lakersom stabilność. Wiadomo, że go nie zwolnią - i że grą LA rządzić będzie przez lata "triangle offense". Wiadomo więc, pod jakim kątem rekrutować nowych graczy. I wiadomo, że każdemu z nich Jackson przypisze odpowiednią rolę. 4. A w dodatku Lakers mieli szczęście Po siódmym meczu półfinałów Zachodu wracający z Nowego Orleanu San Antonio Spurs spędzili noc w samolocie, bo maszyna miała awarię, a wszystkie hotele w mieście były zajęte. I w pierwszym meczu finałów Spurs zaczęli świetnie, ale w trzeciej kwarcie opadli z sił. Przypadek? Raczej karma, bo szczęście sprzyja Lakersom przez cały sezon. Przed jego rozpoczęciem naprawdę myśleli o sprzedaniu Bryanta. Agent Kobego dwoił się i troił, żeby skroić jakiś dobry deal. Nic z tego nie wyszło. I dziś nikt tego nie żałuje. Albo kontuzja Bynuma. Rzecz przykra, ale - bądźmy szczerzy - nie mogła zdarzyć się w lepszym momencie. Gdyby młody center uszkodził kolano wcześniej, nie zdołałby rozkwitnąć, Lakers tkwiliby w przeciętności, sezon spisano by na straty. Gdyby Bynum był zdrów - raczej nie kupiono by Gasola, bo właściciel Lakers nie wydałby kilkudziesięciu milionów dolarów na kogoś, kto "może się przydać", ale nie jest niezbędny. Antyfani Lakers, czeka was siedem chudych lat. W ekipie z LA nikt (może poza Derekiem Fisherem) nie planuje jeszcze emerytury. Kobemu stuknęła dopiero trzydziestka. Odom ma 29 lat, Gasol 28. Rezerwy są jeszcze młodsze: Jordan Farmar ma 22 lata, Sasza Vujacić 24, Ronny Turiaf 25. A Bynum, który ma wrócić jesienią, ledwie 21. Pomyślcie, co by było, gdyby w Chicago Bulls obok Michaela Jordana, Scottie Pippena i Horace'a Granta grał jeszcze na centrze Patrick Ewing? Czy ktokolwiek byłby w stanie podjąć z nimi walkę? A to właśnie, po powrocie Bynuma, może zdarzyć się w LA. Rodzi się nowa dynastia. Kronika towarzyska Ostatnio w dobrym tonie jest przyznać się, że się kiedyś paliło trawkę. Najpierw uczynił to Josh Howard z Mavericks, potem Donald Tusk, a ostatnio właściciel Mavericks, Mark Cuban, który jednak - podobnie jak nasz premier - zastrzegł się, że w ogóle mu się to nie podobało i że strasznie po tym kaszlał. Kobe Bryant poszedł z kolegami z drużyny na kolację w ekskluzywnej (i bardzo drogiej) restauracji w Los Angeles. Kiedy przyszło do płacenia, koledzy zaczęli skandować "MVP! MVP!". Nie było wyjścia - Kobe zatroszczył się o rachunek. W ramach podziękowań za pierwszy w karierze tytuł MVP Kobe kupił kolegom z drużyny luksusowe szwajcarskie zegarki firmy Jaeger - LeCoultre. Zegarki z wygrawerowaną datą i nazwiskiem każdego z kolegów, przyleciały specjalnym transportem prosto ze Szwajcarii, każdy kosztował podobno ok. 9 tys. dolarów. A Dwayne Wade kupił prezent swojej mamie. Jolinda Wade jest pastorem więc dostała kościół w Chicago. ![]() Ciekawostki
wtorek, 11 maja 2010
Tydzień temu Kobe Bryant wystąpił w sesji zdjęciowej dla niedzielnego magazynu Los Angeles Timesa i udzielił wywiadu. Dowiedzieliśmy się, jakie restauracje lubi, czego się boi (pszczół i psów), no i o czym myśli, kiedy leci prywatnym helikopterem na mecz (żeby nie stać w korkach), albo na sesję taką jak poniższa: “I think about a lot of things. I think about driving around the streets of Philadelphia as a kid and looking at all the tall buildings downtown and just wanting to be a great basketball player. And then I fast-forward, and here I am, in a helicopter over a city I’ve been playing in for 14 years. That’s pretty surreal. I think about all the fans we have, the houses I’m flying over. Especially when I’m heading to a game, I’m like, How many will watch us play for the next two hours and be pulling for us? That helps motivate me. But most of the time...I just sleep.” Sesja był dosyć, hm, ciekawa:
Kapturek $695. Kamizelka $1080. Spodenki $650. Twórczość internautów zainspirowana sesją - bezcenna.
Więcej przykładów tutaj. Kobe tłumaczy, że nie rozpoznaje siebie na tych zdjęciach, że zostały trochę podrasowane w Photoshopie i są trochę "too artsy". W rywalizacji z Utah, zakończonej dziś w nocy sweepem, mu to nie przeszkodziło. Co nie zmienia faktu, że przydałoby się trochę więcej dystansu. Jeden z felietonistów LA Timesa napisał: "Kobe, my man, when you wear the hijab, wear it with pride! Tread down the runway like you storm down the court! Give us a little femme, but spare us the fatale."
sobota, 01 maja 2010
Ale Lakers i tak wygrali mecz nr 6 i są w drugiej rundzie.
Phil Jackson: “This is the playoffs. This is what it’s about.” Gasol trafił w drugiej połowie tylko jeden rzut. Lepszego momentu wybrać nie mógł.
Król strzelców, Kevin Durant w 6 meczach serii z Lakers tylko raz przekroczył 30 pkt. Trafiał ze skutecznością 34,9% - kolejno 7/24, 12/26, 8/24, 6/12, 5/14, 5/23. Miał w sumie 22 straty. Ron Artest rulez. Durant nie wyeliminował Kobego. Nie w tym roku, może jeszcze nie w przyszłym. Ale w końcu jego czas nadejdzie. Michael też długo przegrywał z Isiah Thomasem. Idą fajne czasy dla NBA - czasy wielkiej rywalizacji Króla z Durantulą.
PS. Gratulacje dla Utah Jazz - nie wierzyliśmy a dali radę. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|