Wpisy z tagiem: Lakers
środa, 09 czerwca 2010
Brzydki trzeci mecz w Bostonie. Trochę nam się dziś przypomniały finały Knicks - Rockets kilkanaście lat temu a Ray Allen przypomniał nam Johna Starksa. Obie drużyny zagrały wybitnie w obronie. Bohaterem - Derek Fisher. Fisher King. Bodaj 11 pkt. w decydujących momentach, w czwartej kwarcie. Kobe powiedział po meczu: "(That was) just Derek being Derek. He makes big plays all the time. He never ceases to amaze me." Nas również nie przestaje zadziwiać. Przecież on karierę w LA skończył w 2004 roku (miał wtedy już 30 lat, spadł do rezerw, starzał sie w oczach). Potem było Utah i wzruszający come back do Los Angeles. Rok temu Fish wygrał dla Lakers kluczowy, czwarty mecz finałów. Teraz zarządził w czwartej kwarcie, gdy Bryantowi nic nie szło. Lat ma 36. Posturą i fryzurą przypomina raczej Amisza, niż rozgrywającego pierwszej drużyny NBA. Ale nie zdziwimy się, jeśli Lakers będą go odkurzać na play offy jeszcze przez kilka lat. Dziadek daje radę.
Wszyscy wiedzieliśmy, że Ray Allen już nie zagra w tych finałach drugiego takiego meczu, jak mecz nr 2. Ale nikt nie przypuszczał, że nie trafi dziś ani jednego z 13 rzutów. W tym tych dwóch trójek w końcówce. Doc Rivers trzymał go na boisku, jak pewnie zrobiłby każdy z nas. Liczył pewnie, że jego super strzelec wreszcie się przełamie. I na 54 sekundy przed końcem, przy 4-punktowej przewadze Lakers, Allen dostał piłkę, na czystej pozycji za linią za trzy. W każdym hollywoodzkim filmie by trafił. Ale dziś spudłował. Kontra Lakers, punkty, game over.
Bodaj najbardziej upokarzające było pudło nr 14, po gwizdku przy faulu Garnetta w ataku, na pół minuty przed końcem, kiedy Allen nie trafił layupa sam na sam z koszem. Celtics przez całą drugą połowę gonili, gonili dzielnie. Najlepszy mecz w serii zagrał Garnett (25 pkt., 11/16), bohaterem czwartej kwarty był Glen "Big Baby" Davis.
Odrabiali mozolnie punkt po punkcie. Zaczynało się od różnicy 17 pkt. Dochodzili na 3 pkt., na 1 pkt., na 4 pkt., na 2 pkt. Przy różnicy jednopunktowej mieli piłkę, ale Rondo niedokładnie podał do Davisa, który zrobił faul w ataku. Come back prawie się udał. Prawie. Kropki nad i gospodarze postawić nie potrafili. Lakers po profesorsku dowieźli prowadzenie do końca; jak Byki za najlepszych czasów udowodnili, że można wygrać nawet wtedy, kiedy nie idzie. Potrafili wygrać pomimo gorszej dyspozycji strzeleckiej dobrze powstrzymywanego przez Tony Allena Kobego (10 z 29, chyba tylko 2 pkt. w czwartej kwarcie) i mniejszej aktywności Gasola (13 pkt.). Wygrali dzięki Fisherowi (16 pkt.), który przyćmił dzisiaj Rondo, i dzięki Lamarowi Odomowi (12 pkt., 5/5). Ta seria jeszcze się nie rozstrzygnęła, ale Lakers zrobili dzisiaj ogromny krok do przodu. Statystycy przypominają, że na 11 przypadków, kiedy było 1-1, drużyna która wygrywała mecz nr 3, zawsze sięgała po tytuł. Paul Pierce na pewno musi odszczekać swoją obietnicę wykrzyczaną do kibiców Lakers po meczu nr 2 ("Nie wrócimy do Staples Center!"). Ta obietnica może się teraz ziścić tylko w jeden sposób.
A końcówkę dzisiejszego meczu dedykujemy Seppowi Blatterowi. W ciągu ostatnich dwóch minut sędziowie trzykrotnie korzystali z powtórek video. Nie bali się zmienić pierwotnych decyzji (choć raz chyba i tak popełnili błąd - na korzyść Celtics). I jakoś nie wpłynęło to na "poziom emocji i płynność gry". |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|