Wpisy z tagiem: gasol

piątek, 04 czerwca 2010

Pierwszy mecz wygrali Lakers. Łatwo wygrali. Wygrali, bo Phil Jackson fantastycznie odrobił lekcję, której nie odrobili Mike Brown i Stan Van Gundy. Te elementy gry, gdzie Celtics mieli mieć przewagę zostały perfekcyjnie zneutralizowane. Te, w ktorych dominować mieli Lakers - nie.

1. Determinacja

Już w 25. sekundzie Lakers udowodnili, że odpuścić nie zamierzają. Artest wdał się w przepychankę z Paulem Piercem, w ruch poszly łokcie, obaj panowie zostali ukarani przewinieniami technicznymi. W finale nie ma miejsca na delikatesy. Było ostro, było twardo, było ciężko. Ale to Lakers byli mocniejsi. Doc Rivers: “They were the more physical team by far. “They were more aggressive. They attacked us the entire night. I didn’t think we handled it very well.” Gasol: “I knew it was going to be physical. That’s a given. (...) You’ve got to compete, and you’ve got to match that physicality, that aspect of the game to be successful.”


2. Rondo

Phil Jackson słusznie uznał, że Derek Fisher powstrzymać Rajona nie będzie w stanie. I posłał do boju Kobe Bryanta. Kobe skutecznie uprzykrzał życie Rondo: 13 pkt., z czego tylko 3 w drugiej połowie. Rajon trafił 6 z 14 rzutów, miał 8 asyst.

3. Ray Allen

Jak Jax pośle Bryanta na Rondo to Ray zaszaleje - cieszyli się przed meczem kibice Celtics. Ray zaszaleć nie zdążył, bo po drugiej stronie parkietu szalał Kobe. Allen kompletnie sobie z Bryantem nie poradził, szybko złapał dwa faule i już do końca meczu zmagał się z problemem z przewinieniami. W sumie załapał 12 pkt. w 27 min.

4. Garnett

Dwa lata temu zniszczył Pau Gasola. Ale to już nie jest ten Garnett, no i to nie jest ten sam Gasol. KG: 16 pkt. i tylko 4 zb. Gasol 23 pkt. i 14 zb. Lakers wygrali walkę na tablicach 42-31. Rivers: "Gasol was more aggressive. He attacked us. I thought he was the best player on the court. He shot when he should shoot. If you heard for two years what you couldn't do . . . he proved a lot tonight ."


5. Pierce

Gdzie Rondo, Allena i Garnetta nie może, tam Pierce'a pośle? Nie tym razem. Niby zdobył swoje 24 pkt. ale z tego aż połowę - z rzutów wolnych. Odpowiedzią na Prawdę był Ron Artest, który od wspomnianej pierwszej akcji meczu skutecznie uprzykrzał życie Pierce'owi. Kobe: “I think he does a great job for us of setting the tone defensively with his intensity and with his energy. I was just letting him know it was well appreciated.”


6. Ławka

Miała Lakers zmiażdżyć a zdobyła tylko o punkt więcej. 16-15. Owszem - Odom nie zagrał swoich zawodów. Owszem - przebłyski miewał Rasheed Wallace. Ale to wszystko za mało. Ławka Lakers miała więcej powodów do zadowolenia.

7. Obrona

Celtics powstrzymali Dwyane'a Wade'a, LeBrona Jamesa i Dwighta Howarda. Na Kobego na razie lekarstwa nie znaleźli. 30 pkt., 7 zb., 6 as. a w trzeciej kwarcie, kiedy Lakers odjechali na 20 pkt. - pure jordanesque.

47-0. Kiedy drużyna Phila Jacksona wygrywa pierwszy mecz rywalizacji, to zazwyczaj wygrywa całą serię. Zazwyczaj oznacza w tym przypadku 47 na 47 razy.

Rasheed Wallace: 'That's just media stuff. That don't mean nothing to me.'' Ray Allen: "I know when I go to the free-throw line, the odds of me missing one grow if I haven't missed one in a while. 'So I'll think of it like that.'' Jackson: “I wish I had put it in the bank, so to speak.”


Przez całą serię z Magic Celtics wysłuchiwali mantry, że każda seria musi się kiedyś skończyć. Teraz to jest ich własna mantra.

czwartek, 20 maja 2010

Czy dynastia - to się jeszcze okaże. Fani Lakers już skandują "We want Boston! We want Boston!" ale wcale nie jesteśmy przekonani, czy to Celtics (pomimo home court advantage) są dla Lakers idealnym finałowym przeciwnikiem, zwłaszcza po kompletnie bezradnych Phoenix Suns.

Po pierwszym meczu Steve Nash zauważył, że Lakers są od Suns znacznie wyżsi i że to się raczej nie zmieni. Miał rację - nie zmieniło się. Po drugim meczu Grant Hill dodał: "I really don't know what the answer is."


W pierwszym meczu Kobe rzucił bezradnym Słońcom 40 pkt., więc w meczu nr 2 był podwajany. Efekt? 13 asyst - playoffowy rekord życiowy Bryanta. Gasol 29 pkt. (11/19) i 9 zb. Odom z ławki 19 pkt. (7/10) i 11 zb.

Dwa lata temu napisaliśmy Fruwając pod koszem, które chyba dobrze pasuje, żeby je dziś, kiedy Lakers znów rozgnietli Suns w Finale Konferencji, przypomnieć.

Tak rodzi się nowa dynastia

Brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, ropucha w śliczną księżniczkę, a Los Angeles Lakers w najlepszą drużynę w NBA.


Jeszcze pół roku temu byli beznadziejni. Mogą załapać się na ostatnie miejsce w play-off - taki był consensus w ocenie Lakers przed tegorocznym sezonem.

Kilka głosów z październikowego sondażu ESPN:

Nawet jeśli Kobe zostanie, to nie wystarczy, aby ta ekipa awansowała do play-off. Kontuzje znów są problemem, a atmosfera w drużynie jest - i pozostanie - koszmarna.

Zgody z Kobe Bryantem nie będzie. Trzeba było zdecydować się na transfer w okolicach draftu. Teraz muszą go sprzedać, żeby uratować twarz. A w międzyczasie sezon pójdzie na marne.

Lakers będą cudownie przeciętni.


Nawet wśród menedżerów NBA - którzy powinni wiedzieć lepiej - nie znalazł się ani jeden śmiałek, który postawiłby na awans Lakers do finałów ligi.

Poniekąd słusznie. Przecież rok temu Lakersi odpadli w słabym stylu już w pierwszej rundzie play-off, przecież w składzie nie zaszły większe zmiany, a w dodatku sfrustrowany Kobe rozpowiadał wszem i wobec, że się wynosi - choćby na Plutona.

A dziś... Lakers grają najlepszą koszykówkę w NBA. W dwóch pierwszych meczach finałów Zachodu upokorzyli broniących tytułu San Antonio Spurs. I choć wciąż możliwe jest, że starzy mistrzowie wstaną z kolan, Manu Ginobili wyleczy bolącą kostkę i w finałach zobaczymy po raz piąty Tima Duncana - to jakoś trudno nam uwierzyć, by w najbliższych pięciu meczach Lakers zdołali wygrać tylko raz.

Brzydkie kaczątko wyrosło. Ale dlaczego nikt tego wcześniej nie przewidział?


1. Nikt nie dostrzegł, że Lakers mają plan

Cały ten układ wydawał się bezsensowny. Samolub Bryant. Trener Jackson, ślepo przywiązany do swej "triangle offense" i przywykły do prowadzenia dream teamów. Szczypiorek Andrew Bynum niegotowy do gry na wielkim poziomie. I bezimienna ławka rezerwowych. To przecież w nic się nie składało. Albo Lakersi chcą wygrywać teraz - a wtedy powinni dać sobie spokój z wychowywaniem młodzieży - albo stawiają na przyszłość, a wtedy niech lepiej Phil Jackson odejdzie leczyć swe schorowane biodra, bo szkoda życia na te męki.

Tymczasem plan był: tak prosty, że aż niewidzialny. Dzieciaki pod okiem Jacksona od trzech lat uczyły się "triangle offense" - systemu zabójczo skutecznego, ale też wymagającego samodzielności i doświadczenia, które przychodzi po miesiącach praktyk. A ze wzmocnieniami czekano na dogodne okazje.

2. Nikt nie docenił Mitcha Kupchaka

Nieporadność menedżera Lakers sprawiła, iż zaczął trafiać na listy najgorszych GM-ów NBA. Przez kilka lat, zdawało się, nie zrobił nic - za wyjątkiem jednego fatalnego transferu (Kwame Brown).

Tymczasem cechą wielkich menedżerów jest cierpliwość. Kupchak czekał. Ciułał malutkie wzmocnienia, wynajdywał w drafcie rodzynki, które - jego zdaniem - pasowały do triangle offense: Jordana Farmara, Saszę Vujacicia, Ronny Turiafa. Wyrzucał tych, którzy nie pasowali (Smush Parker). Latem 2007 skorzystał z okazji i zatrudnił ponownie Dereka Fishera. I, przede wszystkim, odrzucał propozycje.

Nie zdecydował się (co omal nie doprowadziło do odejścia Bryanta) wziąć do LA starzejącego się Jasona Kidda. Nie kupił Jermaine'a O'Neala. Nie oddał Bynuma. Czekał.

Okazja nadarzyła się w lutym 2008 r. Memphis Grizzlies wystawili na sprzedaż Pau Gasola, Lakers zaatakowali błyskawicznie i, co ważniejsze - w zamian nie oddali nic wartościowego. Ot, dwa niepotrzebne wybory w drafcie, rozgrywającego z głębokich rezerw, beznadziejnego Kwame Browna. Rywale byli w szoku. "Powinni tego zabronić" - krzywił się menedżer San Antonio.

A Gasol okazał się być nabytkiem idealnym. Szybki, wszechstronny, dobrze podający i rzucający z półdystansu - czy jest w NBA skrzydłowy, który lepiej niż on pasowałby do ataku trójkątów?

3. Wszyscy zapomnieli, że Phil Jackson wielkim trenerem jest

Po zeszłorocznym play-off, najgorszym w biografii Jacksona, można było uznać, że wielki trener już się wypalił.

Ale dziś wydaje się, że nie tylko tamta seria, ale ostatnie cztery lata były elementem jakiegoś dalekosiężnego planu. Najpierw roczna banicja, podróż na Antypody, ładowanie akumulatorów. Potem dwa sezony, gdy Kobe Bryant dostał wolną rękę, mógł wyszaleć się za wszystkie czasy - i dostrzec, że strzeleckie rekordy szczęścia nie dają.

Wreszcie: stoicki spokój jesienią zeszłego roku, gdy wrzawę wokół transferu Bryanta trener skwitował lekceważącym jednym zdaniem: "Myślę, że tu nic się nie kończy".


Jackson gwarantuje Lakersom stabilność. Wiadomo, że go nie zwolnią - i że grą LA rządzić będzie przez lata "triangle offense". Wiadomo więc, pod jakim kątem rekrutować nowych graczy. I wiadomo, że każdemu z nich Jackson przypisze odpowiednią rolę.

4. A w dodatku Lakers mieli szczęście

Po siódmym meczu półfinałów Zachodu wracający z Nowego Orleanu San Antonio Spurs spędzili noc w samolocie, bo maszyna miała awarię, a wszystkie hotele w mieście były zajęte. I w pierwszym meczu finałów Spurs zaczęli świetnie, ale w trzeciej kwarcie opadli z sił. Przypadek?

Raczej karma, bo szczęście sprzyja Lakersom przez cały sezon. Przed jego rozpoczęciem naprawdę myśleli o sprzedaniu Bryanta. Agent Kobego dwoił się i troił, żeby skroić jakiś dobry deal. Nic z tego nie wyszło. I dziś nikt tego nie żałuje.

Albo kontuzja Bynuma. Rzecz przykra, ale - bądźmy szczerzy - nie mogła zdarzyć się w lepszym momencie. Gdyby młody center uszkodził kolano wcześniej, nie zdołałby rozkwitnąć, Lakers tkwiliby w przeciętności, sezon spisano by na straty.

Gdyby Bynum był zdrów - raczej nie kupiono by Gasola, bo właściciel Lakers nie wydałby kilkudziesięciu milionów dolarów na kogoś, kto "może się przydać", ale nie jest niezbędny.

Antyfani Lakers, czeka was siedem chudych lat. W ekipie z LA nikt (może poza Derekiem Fisherem) nie planuje jeszcze emerytury. Kobemu stuknęła dopiero trzydziestka. Odom ma 29 lat, Gasol 28. Rezerwy są jeszcze młodsze: Jordan Farmar ma 22 lata, Sasza Vujacić 24, Ronny Turiaf 25. A Bynum, który ma wrócić jesienią, ledwie 21.

Pomyślcie, co by było, gdyby w Chicago Bulls obok Michaela Jordana, Scottie Pippena i Horace'a Granta grał jeszcze na centrze Patrick Ewing? Czy ktokolwiek byłby w stanie podjąć z nimi walkę? A to właśnie, po powrocie Bynuma, może zdarzyć się w LA.

Rodzi się nowa dynastia.

Kronika towarzyska

Ostatnio w dobrym tonie jest przyznać się, że się kiedyś paliło trawkę. Najpierw uczynił to Josh Howard z Mavericks, potem Donald Tusk, a ostatnio właściciel Mavericks, Mark Cuban, który jednak - podobnie jak nasz premier - zastrzegł się, że w ogóle mu się to nie podobało i że strasznie po tym kaszlał.

Kobe Bryant poszedł z kolegami z drużyny na kolację w ekskluzywnej (i bardzo drogiej) restauracji w Los Angeles. Kiedy przyszło do płacenia, koledzy zaczęli skandować "MVP! MVP!". Nie było wyjścia - Kobe zatroszczył się o rachunek.

W ramach podziękowań za pierwszy w karierze tytuł MVP Kobe kupił kolegom z drużyny luksusowe szwajcarskie zegarki firmy Jaeger - LeCoultre. Zegarki z wygrawerowaną datą i nazwiskiem każdego z kolegów, przyleciały specjalnym transportem prosto ze Szwajcarii, każdy kosztował podobno ok. 9 tys. dolarów.

A Dwayne Wade kupił prezent swojej mamie. Jolinda Wade jest pastorem więc dostała kościół w Chicago.

Ciekawostki

Przed rozpoczęciem drugiej rundy, trenerzy Phil Jackson i Gregg Popovich mieli w sumie na koncie 287 zwycięstw w play-off (Jackson 187, Popovich 100), co czyni serię Lakers - Spurs najbardziej utytułowanym pojedynkiem trenerskim w historii.

Od momentu, kiedy Spurs prowadzili w połowie trzeciej kwarty pierwszego meczu z Lakers 65:45, Lakers wygrali końcówkę tego meczu i cały następny mecz 145:91. Ciekawe, prawda?

Niezłe numery

1 - z takim numerem będą wybierali w tegorocznym drafcie Chicago Bulls.

1, 4, 8, 2, 4, 2, 7, 3, 7, 4, 13, 9 - z takimi numerami Bulls wybierali w ostatnich dziesięciu latach (dzięki transferom czasem mieli do dyspozycji dwa wybory). Ale nowej dynastii nie zbudowali.

1,7% - tyle wynosiły szanse na wylosowanie przez Bulls numeru 1.

Złota myśl

"To był mecz mamby przeciwko karaluchom" - Buck Harvey, felietonista z San Antonio, po drugim meczu Lakers - Spurs.

wtorek, 18 maja 2010

Wyjątkowa wyluzowana atmosfera panuje przy okazji serii Lakers - Suns. Tak jakby karty zostały rozdane już przed jej rozpoczęciem. Suns i tak zrobili w tegorocznych playoffs więcej, niż ktokolwiek oczekiwał, są z siebie zadowoleni, wygląda na to, że wielkiej walki nie zobaczymy. Więcej strachu mogliby chyba napędzić Lakersom Mavericks, Nuggets, może Spurs.

Generalnie jest wesoło i wszyscy są w dobrych humorach, ale emocji wielkich raczej tu nie będzie.

Niby tradycyjnie zaczęło się od prowokacji Phila Jacksona - tym razem nawet niespecjalnie wyrafinowanych. Trafiło na Steve'a Nasha, któremu trener Lakers zarzucił notoryczne robienie kroków - bo rzekomo nosi piłkę podczas kozłowania: "It's difficult to prepare, because you can't carry the ball like he does in practice. You can't pick that ball up and run with it."

Nash się zarzutami nie przejął, odpowiadając z uśmiechem, że takie zarzuty słyszy po raz pierwszy w życiu i nawet (wink, wink) najlepszy trener na świecie, nie zgłaszał zastrzeżeń: “It’s news to me. I’m fortunate. I don’t know if I’ve been called for a carry yet. I’ve never heard anyone accuse me of carrying it. I mean, the best coach in the league Gregg Popovich didn’t have a problem with it last week.


I wykorzystal okazję, żeby podlizać się sędziom: We have the best officials in the world. I’ll just leave it up to them.”

Alvin Gentry też obśmiał Jacksonowe gadanie:You guys got to admire Phil. C’mon, the stuff that he throws out there, I mean I think it’s great. He’s very creative. There’s a reason. But I think you’ve got to understand that there’s kind of a method to his madness. If you let it affect you, then it will.”

Amare też się nie przejął: “Typical Phil.”

Dziennikarze próbowali rozniecić ogień, przypominając Gentry'emu siódmy mecz Suns - Lakers z 2006 roku, po którym Kobe był oskarżany o sabotowanie wysiłków drużyny. Gentry odpowiedział rozbrajająco: "Can you get him to do that the next four?"

Pytany czy pamięta dwie przegrane serie sprzed 3 i 4 lat, Kobe odpowiedział pytaniem: "What do you think?". Potem dopytywany, czy to dobra okazja do zemsty, tylko się uśmiechał: "It's never personal with me."

Kobe wykorzystał kilkudniową przerwę po sweepie z Utah na rehabilitację kolana. Lekarze usunęli mu wodę z kolana, czuje się jak młody Bóg: "Feels a little lighter. I lost a couple pounds. Now I feel I have two legs to play with.''"

40 pkt., z czego 21 w trzeciej kwarcie, w której Lakers odjechali na bezpieczną odległość.

Lakers zniszczyli Suns pod koszem - Odom szalał na tablicy (19 pkt., 19 zb.), Gasol trafiał prawie wszystko (21 pkt. na skuteczności 10/13). Lampka zapala się tylko przy Andrew Bynumie, który wciąż narzeka na ból kolana.

Co dalej? Steve Nash jest przynajmniej szczery: "They're a lot bigger than us, and they're probably going to continue to be taller than us as the series goes on."


Thanks for coming, Phoenix Suns - napisał Los Angeles Times.

sobota, 01 maja 2010

Ale Lakers i tak wygrali mecz nr 6 i są w drugiej rundzie.

Phil Jackson: “This is the playoffs. This is what it’s about.”

Gasol trafił w drugiej połowie tylko jeden rzut. Lepszego momentu wybrać nie mógł.

Król strzelców, Kevin Durant w 6 meczach serii z Lakers tylko raz przekroczył 30 pkt. Trafiał ze skutecznością 34,9% - kolejno 7/24, 12/26, 8/24, 6/12, 5/14, 5/23. Miał w sumie 22 straty. Ron Artest rulez.

Durant nie wyeliminował Kobego. Nie w tym roku, może jeszcze nie w przyszłym. Ale w końcu jego czas nadejdzie. Michael też długo przegrywał z Isiah Thomasem. Idą fajne czasy dla NBA - czasy wielkiej rywalizacji Króla z Durantulą.

PS. Gratulacje dla Utah Jazz - nie wierzyliśmy a dali radę.

REKLAMA