Wpisy z tagiem: Sebastian Vettel

sobota, 12 listopada 2011

W zeszłym sezonie, ku radości około pięciu czytelników Supergiganta i irytacji pozostałych, zakochaliśmy się w F1 (przynajmniej połowicznie – lepsza połowa SG nie ma czasu na F1, bo znienacka została himalaistą).

 

Po wypadku Kubicy F1 wróciła do kategorii sportów drugoligowych, a my – z racji na ogólne lenistwo – zamilkliśmy „w tym temacie”. Ale znów nadszedł listopad, więc można sobie podsumować sezon.

Momenty były, ale ogólnie kończy się ziewaniem.

Zapowiedzi były wyśmienite, także dzięki kilku wprowadzonym w tym roku nowinkom.  Pierwszą z nich jest DRS (czyli ruchome tylne skrzydło). Info dla normalsów: w określonych miejscach na torze, kierowca może unieść płat skrzydła, dzięki czemu samochód przyspiesza nawet o 10-15 km. Z DRS skorzystać może tylko zawodnik goniący i mający poniżej 1 sekundy straty, więc – prawie jak w kolarstwie – opłaca się czaić za plecami poprzednika.

DRS pozwala uniknąć sytuacji takich, jak w kończącym zeszły sezon wyścigu w Abu Zabi, gdy Fernando Alonso przegrał tytuł, bo utknął za plecami Witalija Pietrowa i nie zdołał go wyprzedzić chyba przez 40 okrążeń. Na każdym z nich był ciut-ciut szybszy, ale to ciut-ciut nie wystarczało aby wskoczyć przed Rosjanina. Dziś Fernando podwinąłby skrzydełko i wyminął Pietrowa bez większego trudu, bo różnica w prędkościach sięga do 20 km/h.

Za sprawą DRS wyprzedzanie stało się w F1 znacznie powszechniejsze, ktoś policzył że liczba wyprzedzeń wzrosła ponaddwukrotnie, a wyścigi typu „procesja” zdarzają się znacznie rzadziej.

Kolejną, i chyba nawet ważniejszą zmianą, była wymiana dostawcy opon. Pożegnano się z Bridgestone’em, a przywitano z Pirellim. Nowy dostawca dostał prikaz, by zrobić opony szybkie, ale nietrwałe, łuszczące się już po kilku okrążeniach. Marketingowo, wyglądało to na samobój – cóż to za opony, które wymieniać trzeba po kwadransie? – ale Pirelli zadania się podjął i wykonał je celująco.

Po pierwsze zadbał o to, by różnice pomiędzy oponami o różnym stopniu twardości były naprawdę wyraźne (nawet 2 sek. na okrążeniu) a po drugie o to, aby szybsze opony były naprawdę nietrwałe i by u kresu żywota porządnie dawały w kość kierowcom. Popularne w poprzednim sezonie strategie „na jeden pit-stop” stały się więc wyjątkiem, normą zaś trzy- czy nawet czterokrotne zjazdy do boksu. Więcej pit stopów to generalnie więcej emocji, nie można więc narzekać.

Ale chyba największą korzyścią z opon Pirelli jest, że przywróciły urok końcówkom wyścigów. Ostatnie okrążenia nie są już defiladą znużonych rajdowców, bo właśnie w końcówce zdarte opony dają o sobie znać, i kierowcy którzy bardziej się o nie troszczyli, zaczynają nagle wielkimi susami gonić liderów. W Grand Prix Chin Lewis Hamilton prześcignął Sebastiana Vettela na pięć okrążeń przed końcem; w deszczowym Montrealu Jenson Button dorwał Vettela na ostatnim kółku; w Japonii to Button uciekał, ale w końcówce niemal doścignął go wolniejszy, ale lepiej dbający o opony Fernando Alonso.

Super opony i DRS miały jednak niezbyt miły skutek uboczny: likwidację niespodzianek. W poprzednich sezonach, przy męczącym wyprzedzaniu, zdarzało się że nieudane kwalifikacje czy przedłużony pit-stop grzebały szanse na wysoką pozycję; odrobina szczęścia i sprytu pozwalała kierowcom ze słabszych teamów (jak np. Kubicy) zaliczać podia. Teraz pewnie by takich szans nie mieli: szybki bolid + szybkie opony + DRS na prostej sprawiały, że czołówka z wyścigu na wyścig była coraz bardziej przewidywalna.

Tylko w dwóch pierwszych wyścigach na podium stanęli zawodnicy spoza triumwiratu Red Bull – McLaren – Ferrari (Heidfeld i Pietrow z Renault). Od trzeciego wyścigu medalowe miejsca dzieliła między siebie już tylko piątka kierowców z trzech najlepszych teamów (piątka – bo odstawał Felipe Massa). Szczytowym osiągnięciem pozostałych była czwarta lokata Michaela Schumachera w ulewie montrealskiej.

W ogóle stawka rozciągnęła się znacznie bardziej, niż w sezonie 2010. Do grona słabeuszy (HRT, Virgin, Lotus) dołączył Williams; niższą klasę średnią stanowią Toro Rosso, Sauber, Force India i niestety Renault. Mercedes jest na przewidywalnym, czwartym miejscu – bez żadnego podium, ale z ponaddwukrotnością punktów Renault. Trzecie jest Ferrari (bardzo słaby rok, tylko jedno zwycięstwo), drugi McLaren, a pierwszy - z olbrzymią i niepodważalną przewagą – Red Bull.

No i właśnie ta dominacja Red Bulla odebrała F1 sporą część uroku. Rok temu o wyprzedzanie w pojedynczych wyścigach było trudno, za to czołówka kierowców tasowała się po każdym Grand Prix. Alonso, Webber, Button, Hamilton i wreszcie Vettel – wszyscy mieli realne szanse na mistrzostwo. A teraz jest odwrotnie: w wyścigach maluczcy wyprzedzają się bez liku, za to w generalce wieje nudą. Od pierwszej do ostatniej rundy prowadzi Sebastian Vettel.

Nawet wielbicielom młodego Niemca powinny się już nudzić jego piski radości, i wystawiane w górę po każdym triumfie, paluszki. Na 17 wyścigów – zwyciężył w 11, w kolejnych 5 stał na podium. 14-krotnie zdobywał pole position (wyrównany rekord Nigela Mansella). Pobił też jakiś rekord największej liczby okrążeń na czele, a w klasyfikacji ma 134 punkty przewagi nad drugim Jensonem Buttonem.

Ma ciągle Sebastian swoich krytyków, którzy przebąkują, że w takim aucie, górującym nad innymi o klasę, nie sztuka być czempionem. I faktem jest, że styl Vettela – bezbłędne kwalifikacje, pole position, szpula do przodu na starcie i tyle mnie widzieli – do najbardziej porywających nie należy. Od mistrza świata F1 oczekuje się wszak, że czasem mógłby, hm, wyprzedzić kogoś? Vettelowi zdarza się to rzadko.

Ale pomruki rozczarowania giną w chórze zachwytów nad perfekcjonizmem i dojrzałością Niemca. Jeszcze w zeszłym roku Vettel był po trosze jeźdźcem bez głowy, któremu nieraz zdarzały się manewry i zachowania bezmyślne – głupie zderzenie z Markiem Webberem w Turcji, nieudane wyprzedzanie Jensona Buttona, kara za gapiostwo podczas jazdy za samochodem bezpieczeństwa. W tym roku Vettel jeździ z głową. A na dodatek bolid Red Bulla jest nie tylko szybki, ale niezawodny (ani jednej awarii!).

Scenariusz jest więc od wielu miesięcy przewidywalny, emocji dostarczają tylko epizody – frustracje Lewisa Hamiltona i seria jego wyścigowych incydentów z Massą; piękna i płynna jazda Jensona Buttona; przedwczesny schyłek Marka Webbera; doskonałość i konsekwencja Fernando Alonso, usadowionego w bardzo przeciętnym bolidzie Ferrari; momenty przebłysków Schumachera.

Jutro, na zjawiskowym torze Abu Zabi będzie pewnie podobnie. I wypada życzyć, że tak jak wyścig kończy się o zmierzchu, tak może i czas uber dominacji Red Bulla też mógłby się w tym roku skończyć.

niedziela, 14 listopada 2010

Miał Vettel pomóc Webberowi, a stało się odwrotnie: to Webber pomógł Vettelowi zostać mistrzem świata F1.

Nie poprzez swoją jazdę - przez cały weekend nic mu nie wychodziło - ale dlatego, że odwiódł uwagę Ferrari.

Gdyby Ferrari nie zagapiło się na Webbera, to Fernando Alonso dojechałby pewnie do mety na czwartym miejscu (za Vettelem, Hamiltonem i Buttonem), nieefektownym ale w zupełności wystarczającym do mistrzostwa.

Gdy jednak Webber zjechał na szybki pit stop, ktoś w Ferrari musiał policzyć, że Australijczyk, jadąc na nowych oponach, nadrobi sekundę straty i przy swoim pit stopie Alonso być może spadnie na piąte, nie mistrzowskie miejsce.

Ferrari zesłało więc Hiszpana na zmianę opon tuż po Australijczyku. Co za katastrofa! Po wyjeździe z boksu Alonso utknął za Witalijem Pietrowem, i jechał za nim przez 30 okrążeń na trudnym do wyprzedzania torze Abu Zabi.

Nie tylko Ferrari pomogło wczoraj Red Bullom.

Pomógł też wczoraj Michael Schumacher - robiąc piruet na pierwszym okrążeniu i zderzając się z bolidem Force India (konsekwencją tego wypadku było, że po pit stopach Alonso znalazł się za Pietrowem).

Pomogły samochody Renault - Pietrow przytrzymał Alonso, a Kubica - Lewisa Hamiltona, jedynego dziś kierowcę, który mógł z Vettelem powalczyć o zwycięstwo.

Ale gdyby Webber nie zagrał przynęty, gdyby Ferrari nie dało się na nią złapać, gdyby Alonso nie pogonił za złym kierowcą, to Sebastian Vettel nie byłby dziś  mistrzem świata.

Comeback Vettela, spisanego na straty już kilka razy w tym sezonie był niesamowity: ani razu w tym roku Vettel nie prowadził w klasyfikacji kierowców. Ani razu - do dziś.

Szefowie Red Bulla bali się zapeszyć i pewnie dlatego podczas wyścigu nic Vettelowi nie mówili. Dopiero gdy Vettel dojechał na pierwszym miejscu, a Alonso na siódmym, inżynier wykrzyknął "Weltmeister", a Vettel zapłakał jak pięcioletni chłopczyk.

Jesteśmy wzruszeni. Do widzenia.

***

PS. Dla tych z Was, którzy z trudem znoszą obecność F1 na Supergigancie, mamy dwie wiadomości, dobrą i złą.

Dobra:macie spokój do marca. Teraz NBA i Adam Małysz.
Zła: w 2011 będziemy się jarać nie tylko F1, ale także MotoGP.

http://supergigant.blox.pl/2010/11/Glupie-zakonczenia.html
sobota, 13 listopada 2010

Czy Vettel przepuści Webbera? - dumał przez cały tydzień motorowy światek, wiedząc że przy całkiem prawdopodobnej kolejności Vettel - Webber - Alonso właśnie od wspaniałomyślności młodego Niemca zależeć będzie, czy Webber zdobędzie tytuł mistrza świata.

Wygląda jednak na to, że Vettela miną trudne wybory moralne. On sam spisał się w sobotę na medal, zdobywając dziesiąte w tym roku pole position, ale Webber spaprał kwalifikacje i wystartuje z piątego pola. Żeby Vettel mógł go przepuścić, najpierw musiałby to zrobić Fernando Alonso.

Alonso wystarczy do mistrzostwa trzecia lub czwarta pozycja, przy założeniu że Webber pozostanie z tyłu. Kończący sezon wyścig może się więc okazać rozczarowaniem... Vettel swoim zwyczajem wystartuje jak z procy, za nim Hamilton, Webber swoim zwyczajem zagubi się gdzieś na starcie, a Alonso bezpiecznie dotoczy się do tytułu na trzecim miejscu.

Ale może być też inaczej...

Wyobraźmy sobie:

Tuż po starcie, Jenson Button, strartujący z czwartego miejsca, wyprzedza Alonso. Pierwsza trójka to Vettel-Hamilton-Button, a Fernando znajduje się tuż przed Markiem Webberem. Australijczyk atakuje go wściekle raz po razie, ale bez skutku. Czwarte miejsce Alonso gwarantuje mu tytuł...

Ale w końcu Webberowi się udaje! Spycha Hiszpana na piąte miejsce, i choć sam nie ma już szans ani na zwycięstwo w Abu Zabi, ani w całym Grand Prix, to tym manewrem daruje tytuł... Vettelowi. Role się odwracają, Niemiec jest mistrzem, Australijczyk - człowiekiem honoru.

Albo inaczej:

Tuż po starcie, Jenson Button, strartujący z czwartego miejsca, wyprzedza Alonso. Pierwsza trójka to Vettel-Hamilton-Button, a Fernando znajduje się tuż przed Markiem Webberem. Australijczyk atakuje go wściekle raz po razie, ale bez skutku. Jest coraz bardziej zdesperowany i sfrustrowany, dostrzega niemal niezauważalną lukę... i na jednym z zakrętów ładuje się wprost w bolid Hiszpana. Koniec wyścigu dla obydwu.

Vettel spokojnie mknie po kolejne zwycięstwo i tytuł mistrza świata, gdy na dziesięć okrążeń przed końcem jego bold zaczyna przeraźliwie zwalniać. Awaria silnika, jak w Korei. Kierowca Red Bulla zjeżdża na bok, a mistrzem świata sezonu 2010 zostaje... Lewis Hamilton, któremu przed ostatnim wyścigiem brakowało do Alonso 24 punktów. Za zwycięstwo na pustyni zbiera 25.

Głupie? No jasne. Ale przecież dwa lata temu Hamilton zdobył mistrzostwo nawet nie w ostatnim wyścigu, nawet nie na ostatnim okrążeniu, ale na ostatnim zakręcie.


L'ultimo giro ad Interlagos

Oby jutro też coś się zdarzyło.

REKLAMA