Wpisy z tagiem: F1

sobota, 12 listopada 2011

W zeszłym sezonie, ku radości około pięciu czytelników Supergiganta i irytacji pozostałych, zakochaliśmy się w F1 (przynajmniej połowicznie – lepsza połowa SG nie ma czasu na F1, bo znienacka została himalaistą).

 

Po wypadku Kubicy F1 wróciła do kategorii sportów drugoligowych, a my – z racji na ogólne lenistwo – zamilkliśmy „w tym temacie”. Ale znów nadszedł listopad, więc można sobie podsumować sezon.

Momenty były, ale ogólnie kończy się ziewaniem.

Zapowiedzi były wyśmienite, także dzięki kilku wprowadzonym w tym roku nowinkom.  Pierwszą z nich jest DRS (czyli ruchome tylne skrzydło). Info dla normalsów: w określonych miejscach na torze, kierowca może unieść płat skrzydła, dzięki czemu samochód przyspiesza nawet o 10-15 km. Z DRS skorzystać może tylko zawodnik goniący i mający poniżej 1 sekundy straty, więc – prawie jak w kolarstwie – opłaca się czaić za plecami poprzednika.

DRS pozwala uniknąć sytuacji takich, jak w kończącym zeszły sezon wyścigu w Abu Zabi, gdy Fernando Alonso przegrał tytuł, bo utknął za plecami Witalija Pietrowa i nie zdołał go wyprzedzić chyba przez 40 okrążeń. Na każdym z nich był ciut-ciut szybszy, ale to ciut-ciut nie wystarczało aby wskoczyć przed Rosjanina. Dziś Fernando podwinąłby skrzydełko i wyminął Pietrowa bez większego trudu, bo różnica w prędkościach sięga do 20 km/h.

Za sprawą DRS wyprzedzanie stało się w F1 znacznie powszechniejsze, ktoś policzył że liczba wyprzedzeń wzrosła ponaddwukrotnie, a wyścigi typu „procesja” zdarzają się znacznie rzadziej.

Kolejną, i chyba nawet ważniejszą zmianą, była wymiana dostawcy opon. Pożegnano się z Bridgestone’em, a przywitano z Pirellim. Nowy dostawca dostał prikaz, by zrobić opony szybkie, ale nietrwałe, łuszczące się już po kilku okrążeniach. Marketingowo, wyglądało to na samobój – cóż to za opony, które wymieniać trzeba po kwadransie? – ale Pirelli zadania się podjął i wykonał je celująco.

Po pierwsze zadbał o to, by różnice pomiędzy oponami o różnym stopniu twardości były naprawdę wyraźne (nawet 2 sek. na okrążeniu) a po drugie o to, aby szybsze opony były naprawdę nietrwałe i by u kresu żywota porządnie dawały w kość kierowcom. Popularne w poprzednim sezonie strategie „na jeden pit-stop” stały się więc wyjątkiem, normą zaś trzy- czy nawet czterokrotne zjazdy do boksu. Więcej pit stopów to generalnie więcej emocji, nie można więc narzekać.

Ale chyba największą korzyścią z opon Pirelli jest, że przywróciły urok końcówkom wyścigów. Ostatnie okrążenia nie są już defiladą znużonych rajdowców, bo właśnie w końcówce zdarte opony dają o sobie znać, i kierowcy którzy bardziej się o nie troszczyli, zaczynają nagle wielkimi susami gonić liderów. W Grand Prix Chin Lewis Hamilton prześcignął Sebastiana Vettela na pięć okrążeń przed końcem; w deszczowym Montrealu Jenson Button dorwał Vettela na ostatnim kółku; w Japonii to Button uciekał, ale w końcówce niemal doścignął go wolniejszy, ale lepiej dbający o opony Fernando Alonso.

Super opony i DRS miały jednak niezbyt miły skutek uboczny: likwidację niespodzianek. W poprzednich sezonach, przy męczącym wyprzedzaniu, zdarzało się że nieudane kwalifikacje czy przedłużony pit-stop grzebały szanse na wysoką pozycję; odrobina szczęścia i sprytu pozwalała kierowcom ze słabszych teamów (jak np. Kubicy) zaliczać podia. Teraz pewnie by takich szans nie mieli: szybki bolid + szybkie opony + DRS na prostej sprawiały, że czołówka z wyścigu na wyścig była coraz bardziej przewidywalna.

Tylko w dwóch pierwszych wyścigach na podium stanęli zawodnicy spoza triumwiratu Red Bull – McLaren – Ferrari (Heidfeld i Pietrow z Renault). Od trzeciego wyścigu medalowe miejsca dzieliła między siebie już tylko piątka kierowców z trzech najlepszych teamów (piątka – bo odstawał Felipe Massa). Szczytowym osiągnięciem pozostałych była czwarta lokata Michaela Schumachera w ulewie montrealskiej.

W ogóle stawka rozciągnęła się znacznie bardziej, niż w sezonie 2010. Do grona słabeuszy (HRT, Virgin, Lotus) dołączył Williams; niższą klasę średnią stanowią Toro Rosso, Sauber, Force India i niestety Renault. Mercedes jest na przewidywalnym, czwartym miejscu – bez żadnego podium, ale z ponaddwukrotnością punktów Renault. Trzecie jest Ferrari (bardzo słaby rok, tylko jedno zwycięstwo), drugi McLaren, a pierwszy - z olbrzymią i niepodważalną przewagą – Red Bull.

No i właśnie ta dominacja Red Bulla odebrała F1 sporą część uroku. Rok temu o wyprzedzanie w pojedynczych wyścigach było trudno, za to czołówka kierowców tasowała się po każdym Grand Prix. Alonso, Webber, Button, Hamilton i wreszcie Vettel – wszyscy mieli realne szanse na mistrzostwo. A teraz jest odwrotnie: w wyścigach maluczcy wyprzedzają się bez liku, za to w generalce wieje nudą. Od pierwszej do ostatniej rundy prowadzi Sebastian Vettel.

Nawet wielbicielom młodego Niemca powinny się już nudzić jego piski radości, i wystawiane w górę po każdym triumfie, paluszki. Na 17 wyścigów – zwyciężył w 11, w kolejnych 5 stał na podium. 14-krotnie zdobywał pole position (wyrównany rekord Nigela Mansella). Pobił też jakiś rekord największej liczby okrążeń na czele, a w klasyfikacji ma 134 punkty przewagi nad drugim Jensonem Buttonem.

Ma ciągle Sebastian swoich krytyków, którzy przebąkują, że w takim aucie, górującym nad innymi o klasę, nie sztuka być czempionem. I faktem jest, że styl Vettela – bezbłędne kwalifikacje, pole position, szpula do przodu na starcie i tyle mnie widzieli – do najbardziej porywających nie należy. Od mistrza świata F1 oczekuje się wszak, że czasem mógłby, hm, wyprzedzić kogoś? Vettelowi zdarza się to rzadko.

Ale pomruki rozczarowania giną w chórze zachwytów nad perfekcjonizmem i dojrzałością Niemca. Jeszcze w zeszłym roku Vettel był po trosze jeźdźcem bez głowy, któremu nieraz zdarzały się manewry i zachowania bezmyślne – głupie zderzenie z Markiem Webberem w Turcji, nieudane wyprzedzanie Jensona Buttona, kara za gapiostwo podczas jazdy za samochodem bezpieczeństwa. W tym roku Vettel jeździ z głową. A na dodatek bolid Red Bulla jest nie tylko szybki, ale niezawodny (ani jednej awarii!).

Scenariusz jest więc od wielu miesięcy przewidywalny, emocji dostarczają tylko epizody – frustracje Lewisa Hamiltona i seria jego wyścigowych incydentów z Massą; piękna i płynna jazda Jensona Buttona; przedwczesny schyłek Marka Webbera; doskonałość i konsekwencja Fernando Alonso, usadowionego w bardzo przeciętnym bolidzie Ferrari; momenty przebłysków Schumachera.

Jutro, na zjawiskowym torze Abu Zabi będzie pewnie podobnie. I wypada życzyć, że tak jak wyścig kończy się o zmierzchu, tak może i czas uber dominacji Red Bulla też mógłby się w tym roku skończyć.

wtorek, 16 listopada 2010

Najfajniejsi na blogasku sa jego czytelnicy :)

Mieliśmy napisać co dalej z Kubicą - nie było kiedy. A dziś Sport.pl donosi, że na skutek rozlicznych intryg Robert może zamienić się z Massą i wylądować w Ferrari.

Oczywiście plotek będzie jeszcze mnóstwo. Jakie są opcje dla Kubicy i czemu nasz rodak jest tak w F1 ceniony? Wszystko o tym, poniżej - według Killy'ego - którego komentarze do notki o Vettelu re-postujemy z małymi skrótami.

A skoro już przy Kubicy - jakie macie typy wobec niego na przyszłość?

Moim zdaniem jeśli zmieni się układ właścicielski teamu/nazwa i będzie mógł Roberto szukać sobie nowego klubu - should go for it, przecież umożliwia mu to kontrakt. Bo Renault dzisiaj wygląda mało perspektywicznie na przyszły rok, a wszystkie te zakulisowe ruchy Renault, zawirowania własnościowe oznaczają brak stabilności w zimie, a to oznacza brak spokojnych przygotowań, a to oznacza rzeźbienie w gumnie na chybcika w styczniu. Czyli lipa straszna:/ no i mimo wszystko brak partnera w czołówce nie pomaga, strasznie nie pomaga:/ pod tym względem Ferrari i Mclaren mają układ idealny.

Bo jak nie Renault to co?

Ferrari wsadźmy na razie między bajki. Banco di Santander i cały tłum hiszpańskich sponsorów dba z całych sil, żeby było dobrze, do czego drugi latynoski kierowca (w dodatku południowoamerykański) pasuje bardziej niż idealnie. Ofc, będzie Massa giermkiem i tak ma być. Myślę, że ten wypadek = trwale spadła mu lekko forma. ale to "lekko" oznacza, że Brazylijczyk nie będzie już chyba nigdy kandydatem na mistrza. Może za to być wspaniałym, idealnym giermkiem. Tylko w takiej roli mógł zostać w Ferrari z taką formą, jaką ma. On już to wie. Zgodził się już dawno. Bieżący sezon pokazał to nie raz.

Mclaren - dwóch Brytoli, cud-miód dla brytyjskiej firmy, która znów ruszyła w road cars i szykuje tu MEGA ofensywę (3 modele w 2-3 lata czy jakoś tak?). Button swoje zdobył. Myślę, ze jemu już się nawet nie chce ziemie poruszać by urwać tytuł. On już swój ma. Po latach w BARze i tak ugrał z tej dyscypliny więcej niż chyba sam kiedykolwiek się spodziewał. Wygląda zresztą na dość rozrywkowego człowieka i taki tryb życia chyba mu odpowiada. Dobrze (!) opłacona "spokojna emerytura" to wszystko, co może z niego być. Heh, no ba, oczywiście, ze mrugamy tu okiem i dodajemy: "spokojna emerytura" na rzecz Hamilton Team. A jak się przy okazji uda ugrać 1 czy 2 kolejne zwycięstwa w GP czy pudla - tez cool. Kolesiowi, co przez pierwsze 8 lat kariery wywalczył 1 przypadkowa wygrana, 3 pola, 15 podiów i sezon przed mistrzostwem skończył na 18. miejscu (!) to dziś lotto. Mistrzowskiej roli i tak nikt mu nigdzie nie da.

I co z tym Robertem? Red Bull po Webberze. Czuwać, czyhać, negocjować i dorwać za wszelką cenę. Nie wiem, co na to red bull (Kubica nie śmiga po paddocku na skrzydłach z 3 mulatkami u boku; to jeszcze większy mruk niż Webber; marketingowo dla red bulla - katastrofa), co na to Vettel, czy Kubicy daliby w ogóle wyściubić czubek nosa przed Vettela w trakcie wyścigu (bo że Robert to lepszy kierowca, to chyba się zgadzamy?). Ale innej opcji Kubica nie ma. Jeździć tam za pół darmo, bo dynastie w Ferrari i McLarenie potrwają lata (3? 4? 5?), Kubica jest za mądry, żeby się łudzić, że z doskoku trafi tam wcześniej.

Generalnie strasznie, strasznie wk***iające, że o tytuł biją się Webbery, Hamiltony, Vettele i Alonsa, a Kubica podpiera ściany.

Bo moim zdaniem Robert w Ferrari/McLarenie/Red Bullu wygrałby sezon(y?) w cuglach...

Nie o chodzi o opinie determinowane przez patriotyczne uniesienia. Dla mnie mógł się urodzić pod jakąkolwiek szerokością geograficzną, a i tak kibicowałbym mu z całego serca od jego może nie pierwszego, ale powiedzmy 50. dnia w Formule 1.



Bo ja pamiętam reakcje w auto świecie z jego gokartowych wojaży do Włoch, pokątnego mieszkania tam w ciągu całego sezonu, bo tylko tam mógł ścigać się z elitą. To chłopak, który doszedł ciężką pracą do tego co dziś ma. Taki Webber bis, tylko trochę bardziej utalentowany.

I ten charakter w pewien sposób kształtował od małego jego najwspanialsze cechy jako (dziś) kierowcy F1.

1) mechanik - w czasach gokartowych i nierzadko późniejszych Kubica z powodu ograniczonych możliwości finansowych (łykał Hamiltona w Makao, gdy ten Hamilton od niemal przedszkola był sponsorowany przez McLarena - to dlatego Hamilton do dziś szanuje Kubicę jak rzadko kogo w paddocku) musiał sam sobie być sterem, żeglarzem i okrętem. To dlatego jego wiedza techniczna jest kolosalna i była chwalona od zawsze, zachwycał się nią licznie publicznie nawet Theissen, w styczniu w superlatywach tonął Boullier i zespół mechaników Renault. To dlatego Kubica nawet teoretycznie słabszy samochód potrafi wyciagnąć swoimi uwagami co do ustawień na 2. miejsce w kwalifikacjach, na podium, ba, na podia, w wyścigu. Wyniki jego kumpli z teamów - to jest prawdziwa jakość jego aut, i BMW, i Renault. Wszystko ponad - jest zasługą ustawień bolidu i jego umiejętności. Ale nie tylko umiejętności.

2) pracowitość - drugiego takiego tytana pracy chyba w paddocku dziś nie ma.

3) bezbłędność - on nie miał prawa w tamtym BMW tak długo prowadzić w mistrzostwach świata. NIE MIAŁ PRAWA. A prowadził chyba delikatnie ponad pół sezonu. Bo ma niesamowicie bezbłędny styl jazdy. Pamiętam tylko 1 jego wyścig przez całe te 3 lata, który zawalił sam - tegoroczne Chiny (chyba?). Tylko to nie był to błąd, że wturlal się z impetem w bandę, co jest standardowym błędem dla Hamiltona (!), Webbera, Vettela (!), Alonso, Raikkonena, Schumachera (i kiedyś, i dziś). Był to błąd mimo wszystko dość subtelny, kosztujący stratę 1 pozycji. Kubica miał tylko jeden poważny wypadek - ofc Kanada, gdy wyfrunął po tym, jak Trulli delikatnie wypchnął go toyotą na tarkę (nie zobaczysz tego na powtórkach, tylko opisane w relacjach z wyścigu)
Temperamentu w wyścigu Kubica ma zero. Wsiada i jedzie. Posłuchaj jego wywiadów - to nie jest tylko jazda, to jest wszystko. drugiego tak racjonalnie, spokojnie, z dystansem myślącego kierowcy f1 nie ma od dawna. Dlatego Roberto za kierownicą jest jak Ghost Dog z filmu Jarmuscha - cichy morderca, skoncentrowany wyłącznie na swoim celu. Podobnie bezbłędnego pamiętam tylko Hakkinena. Dzis równie bezbłędny jak Kubica jest tylko Button.

Ale wystarczy prześledzić same jego wyniki z kwalifikacji w tym sezonie z uwzględnieniem klasy jego auta, by było jasne, że Button jest po prostu słabszym kierowcą niż Kubica. I zdarzało się nie raz, że Button co prawda nie szarżował, bo prawie nigdy tego nie robi, ale nie potrafił obronić swojej pozycji, nie mógł kogoś wyprzedzić etc.

4) talent/umiejętności. Kubica musi mieć mnóstwo "talentu", bo inaczej nie wygrywałby od małego z dzieciakami mającymi większe możliwości finansowe, lepiej znającymi dany tor (włoscy czy niemieccy kartingowcy znali je od urodzenia, a kubica przyjeżdżał i z nimi wygrywał, jak nie za pierwszym to za drugim razem), pochodzącymi z krajów o lepszej kulturze motorsportu (baza treningowa, dieta, fachowcy itp) i mającymi nierzadko wsparcie techniczne największych tego sportu (rzeczony Hamilton). Inna sprawa, w jakim stopniu ten "talent" jest pokłosiem czegoś wrodzonego, a w jakim - wypracowanych w pocie czoła do perfekcji... umiejętności. Tego nie potrafię zupełnie rozstrzygnąć.

Każdy ten czynnik czyni Kubicę kierowcą wyjątkowym. Czy najlepszym dziś w stawce? Moim zdaniem nie jest to wykluczone, zresztą takie opinie pojawiają się na blogach/w artach różnych fachowców. Myślę, że z Hamiltonem są gdzieś w pobliżu pod względem potencjału; nie mam za to wątpliwości, że Kubica jest lepszy od Alonso, Buttona, Webbera, Massy i Rosberga. Jedyną konkurencją przy konkurencyjnym aucie mógłby być tylko Hamilton.

Killy

A skoro juz przy Kubicy - jakie macie typy wobec niego na przyszlosc? moim zdaniem jesli zmieni sie uklad wlascicielski teamu/nazwa i bedzie mogl roberto szukac sobie nowego klubu - should go for it, przeciez umozliwia mu to kontrakt. bo renault dzisiaj wyglada malo perspektywicznie na przyszly rok (imho), a wszystkie te zakulisowe ruchy Renault, zawirowania wlasnosciowe oznaczaja brak stabilnosci w zimie, a to oznacza brak spokojnych przygotowan, a to oznacza rzezbienie w gumnie na chybcika w styczniu. czyli lipa straszna:/ no i mimo wszystko brak partnera w czolowce nie pomaga, strasznie nie pomaga:/ pod tym wzgledem ferrari i mclaren maja uklad idealny.
bo jak nie renault to co?

ferrari wsadzmy na razie miedzy bajki. banco di santander i caly tlum hiszpanskich sponsorow dba z calych sil, zeby bylo dobrze, do czego drugi latynoski kierowca (w dodatku poludniowoamerykanski) pasuje bardziej niz idealnie. ofc, bedzie massa giermkiem i tak ma byc. mysle, ze ten wypadek = trwale spadla mu lekko forma. ale to "lekko" oznacza, ze Brazylijczyk nie bedzie juz chyba nigdy kandydatem na mistrza. moze za to byc wspanialym, idealnym giermkiem. tylko w takiej roli mogl zostac w ferrari z taka forma, jaka ma. on juz to wie. zgodzil sie juz dawno. biezacy sezon pokazal to nie raz.

mclaren - dwoch brytoli, cud-miod dla brytyjskiej firmy, ktora znow ruszyla w road cars i szykuje tu MEGA ofensywe (3 modele w 2-3 lata czy jakos tak?). button swoje zdobyl. mysle, ze jemu juz sie nawet nie chce ziemie poruszac by urwac tytul. on juz swoj ma. po latach w BARze i tak ugral z tej dyscypliny wiecej niz chyba sam kiedykolwiek sie spodziewal. wyglada zreszta na dosc rozrywkowego czlowieka i taki tryb zycia chyba mu odpowiada. dobrze (!) oplacona "spokojna emerytura" to wszystko, co moze z niego byc. heh, no ba, oczywiscie, ze mrugamy tu okiem i dodajemy: "spokojna emerytura" na rzecz Hamilton Team. A jak sie przy okazji uda ugrac 1 czy 2 kolejne zwyciestwa w GP czy pudla - tez cool. Kolesiowi, co przez pierwsze 8 lat kariery wywalczyl 1 przypadkowa wygrana, 3 pola, 15 podiow i sezon przed mistrzostwem skonczyl na 18. miejscu (!) to dzis lotto. mistrzowskiej roli i tak nikt mu nigdzie nie da.

I co z tym Robertem? Red bull po Webberze. czuwac, czyhac, negocjowac i dorwac za wszelka cene. nie wiem, co na to red bull (Kubica nie smiga po paddocku na skrzydlach z 3 mulatkami u boku; to jeszcze wiekszy mruk niz webber; marketingowo dla red bulla - katastrofa), co na to vettel, czy kubicy daliby w ogole wysciubic czubek nosa przed vettela w trakcie wyscigu (bo ze to lepszy kierowca robert, to chyba sie zgadzamy?). ale innej opcji kubica nie ma. jezdzic tam za poldarmo. bo dynastie w ferrari i mclarenie potrwaja lata (3? 4? 5?), kubica jest za madry, zeby sie ludzic, ze z doskoku trafi tam wczesniej. generalnie strasznie, strasznie wk***iajace, ze o tytul bija sie webbery, hamiltony, vettele i alonsa, a kubica podpiera sciany. strasznie przykro sie na to pa3. bo moim zdaniem robert w ferrari/mclarenie/red bullu wygralby sezon(y?) w cuglach...
niedziela, 14 listopada 2010

Miał Vettel pomóc Webberowi, a stało się odwrotnie: to Webber pomógł Vettelowi zostać mistrzem świata F1.

Nie poprzez swoją jazdę - przez cały weekend nic mu nie wychodziło - ale dlatego, że odwiódł uwagę Ferrari.

Gdyby Ferrari nie zagapiło się na Webbera, to Fernando Alonso dojechałby pewnie do mety na czwartym miejscu (za Vettelem, Hamiltonem i Buttonem), nieefektownym ale w zupełności wystarczającym do mistrzostwa.

Gdy jednak Webber zjechał na szybki pit stop, ktoś w Ferrari musiał policzyć, że Australijczyk, jadąc na nowych oponach, nadrobi sekundę straty i przy swoim pit stopie Alonso być może spadnie na piąte, nie mistrzowskie miejsce.

Ferrari zesłało więc Hiszpana na zmianę opon tuż po Australijczyku. Co za katastrofa! Po wyjeździe z boksu Alonso utknął za Witalijem Pietrowem, i jechał za nim przez 30 okrążeń na trudnym do wyprzedzania torze Abu Zabi.

Nie tylko Ferrari pomogło wczoraj Red Bullom.

Pomógł też wczoraj Michael Schumacher - robiąc piruet na pierwszym okrążeniu i zderzając się z bolidem Force India (konsekwencją tego wypadku było, że po pit stopach Alonso znalazł się za Pietrowem).

Pomogły samochody Renault - Pietrow przytrzymał Alonso, a Kubica - Lewisa Hamiltona, jedynego dziś kierowcę, który mógł z Vettelem powalczyć o zwycięstwo.

Ale gdyby Webber nie zagrał przynęty, gdyby Ferrari nie dało się na nią złapać, gdyby Alonso nie pogonił za złym kierowcą, to Sebastian Vettel nie byłby dziś  mistrzem świata.

Comeback Vettela, spisanego na straty już kilka razy w tym sezonie był niesamowity: ani razu w tym roku Vettel nie prowadził w klasyfikacji kierowców. Ani razu - do dziś.

Szefowie Red Bulla bali się zapeszyć i pewnie dlatego podczas wyścigu nic Vettelowi nie mówili. Dopiero gdy Vettel dojechał na pierwszym miejscu, a Alonso na siódmym, inżynier wykrzyknął "Weltmeister", a Vettel zapłakał jak pięcioletni chłopczyk.

Jesteśmy wzruszeni. Do widzenia.

***

PS. Dla tych z Was, którzy z trudem znoszą obecność F1 na Supergigancie, mamy dwie wiadomości, dobrą i złą.

Dobra:macie spokój do marca. Teraz NBA i Adam Małysz.
Zła: w 2011 będziemy się jarać nie tylko F1, ale także MotoGP.

http://supergigant.blox.pl/2010/11/Glupie-zakonczenia.html
sobota, 13 listopada 2010

Czy Vettel przepuści Webbera? - dumał przez cały tydzień motorowy światek, wiedząc że przy całkiem prawdopodobnej kolejności Vettel - Webber - Alonso właśnie od wspaniałomyślności młodego Niemca zależeć będzie, czy Webber zdobędzie tytuł mistrza świata.

Wygląda jednak na to, że Vettela miną trudne wybory moralne. On sam spisał się w sobotę na medal, zdobywając dziesiąte w tym roku pole position, ale Webber spaprał kwalifikacje i wystartuje z piątego pola. Żeby Vettel mógł go przepuścić, najpierw musiałby to zrobić Fernando Alonso.

Alonso wystarczy do mistrzostwa trzecia lub czwarta pozycja, przy założeniu że Webber pozostanie z tyłu. Kończący sezon wyścig może się więc okazać rozczarowaniem... Vettel swoim zwyczajem wystartuje jak z procy, za nim Hamilton, Webber swoim zwyczajem zagubi się gdzieś na starcie, a Alonso bezpiecznie dotoczy się do tytułu na trzecim miejscu.

Ale może być też inaczej...

Wyobraźmy sobie:

Tuż po starcie, Jenson Button, strartujący z czwartego miejsca, wyprzedza Alonso. Pierwsza trójka to Vettel-Hamilton-Button, a Fernando znajduje się tuż przed Markiem Webberem. Australijczyk atakuje go wściekle raz po razie, ale bez skutku. Czwarte miejsce Alonso gwarantuje mu tytuł...

Ale w końcu Webberowi się udaje! Spycha Hiszpana na piąte miejsce, i choć sam nie ma już szans ani na zwycięstwo w Abu Zabi, ani w całym Grand Prix, to tym manewrem daruje tytuł... Vettelowi. Role się odwracają, Niemiec jest mistrzem, Australijczyk - człowiekiem honoru.

Albo inaczej:

Tuż po starcie, Jenson Button, strartujący z czwartego miejsca, wyprzedza Alonso. Pierwsza trójka to Vettel-Hamilton-Button, a Fernando znajduje się tuż przed Markiem Webberem. Australijczyk atakuje go wściekle raz po razie, ale bez skutku. Jest coraz bardziej zdesperowany i sfrustrowany, dostrzega niemal niezauważalną lukę... i na jednym z zakrętów ładuje się wprost w bolid Hiszpana. Koniec wyścigu dla obydwu.

Vettel spokojnie mknie po kolejne zwycięstwo i tytuł mistrza świata, gdy na dziesięć okrążeń przed końcem jego bold zaczyna przeraźliwie zwalniać. Awaria silnika, jak w Korei. Kierowca Red Bulla zjeżdża na bok, a mistrzem świata sezonu 2010 zostaje... Lewis Hamilton, któremu przed ostatnim wyścigiem brakowało do Alonso 24 punktów. Za zwycięstwo na pustyni zbiera 25.

Głupie? No jasne. Ale przecież dwa lata temu Hamilton zdobył mistrzostwo nawet nie w ostatnim wyścigu, nawet nie na ostatnim okrążeniu, ale na ostatnim zakręcie.


L'ultimo giro ad Interlagos

Oby jutro też coś się zdarzyło.

poniedziałek, 08 listopada 2010

Najfajniejszy w niedzielnym wyścigu o Grand Prix Brazylii nie był sam wyścig, ale to co przed - i co po.

Przed były kwalifikacje. A przed kwalifikacjami był trening wygrany przez Kubicę (ale na szczęście nie było kiedy się w nim podjarać). A w kwalifikacjach sensacyjny nr 1 dla Nico Hulkenberga, który najlepiej trafił z oponami na szybko schnącym po deszczu torze, pierwsze pole position dla teamu Williamsa od pięciu lat.

Hulkenberg promieniał, a kierowcy Red Bulla przyglądali się mu jak śniadanku, które zamierzają następnego dnia schrupać.

No i schrupali. Mieliśmy nadzieję, że Hulkenberg nie da się tak łatwo, ale nie znamy się. Początek wyścigu przypominał starcie małej sarenki ze stadem wilków. I to głodnych wilków.

Już na pierwszym zakręcie pożarł Hulka-sarenkę Vettel, chwilę później Webber w drugim Red Bullu, po kilkunastu próbach przedarł się Alonso, a potem i Hamilton.

Dopiero gdy za plecami Hulkenberga znalazł się Kubica, Niemiec mógł trochę odpocząć :) Kubica jechał za nim przez kilkadziesiąt okrążeń, ale ani razu nawet nie spróbował ataku. Aż w końcu obaj dali się zdublować.

Z przodu też nie działo się wiele ciekawego, za wyjątkiem nieznaczącego ale zabawnego przypadku Nico Rosberga, którego mechanikom pomyliły się wszystkie kółka na pit stopie. Vettel uciekł Webberowi, Alonso nie nadążył za Red Bullami, a Hamilton za Alonso.

I tak dojechali.

W klasyfikacji kierowców:

Fernando Alonso ma 246 punktów
Mark Webber 238 pkt.
Sebastian Vettel - 231 pkt.
Lewis Hamilton - 222 pkt.

Po wyścigu wszyscy sięgnęli po kalkulatory i zaczęli rozważać, co zdarzyć się musi za tydzień.

Dla Alonso sprawa jest prosta. W ostatnim Grand Prix usi dojechać na 1. lub 2. pozycji, i tytuł jest jego, niezależnie od tego jak spiszą Red Bulle.

Z kolei czwarty w klasyfikacji Hamilton może sięgnąć po tytuł tylko wskutek jakiegoś niebywałego zbiegu okoliczności (np. karambolu, w którym wylecieliby z trasy Alonso i Webber, a Vettel doturlałby się do mety na odległej pozycji).

W przypadku Red Bulli sprawa jest bardziej skomplikowana.

Webberowi do mistrzostwa świata wystarczy zwycięstwo - i jednoczesne powstrzymanie Alonso przed zajęciem drugiego miejsca. Niech sobie Alonso dojedzie na 3 czy 4 pozycji. Aby tylko nie był drugi...

Vettel ma większą stratę i musi mieć więcej szczęścia. Jeśli zwycięży, na pewno wyprzedzi Webbera. Ale jeśli Alonso dojedzie 3 czy 4 - mistrzem świata jest Hiszpan...

I tak dochodzimy do największego paradoksu Abu Zabi: jeśli na pustyni powtórzyłby się wynik z Brazylii, a więc 1. miejsce dla Vettela, 2. dla Webbera, 3. dla Alonso, to... mimo dominacji Red Bulli mistrzem świata zostałby kierowca Ferrari.

A taki układ jest całkiem prawdopodobny. Tor w Emiratach sprzyja Red Bullom, rok temu wygrał tam Vettel przed Webberem. Dziś niby kolejność może się odwrócić, ale w ostatnich wyścigach Webber jest od swego kolegi wyraźnie wolniejszy. Z kolei Alonso ma najszybszy (oprócz Red Bulli) samochód w stawce, i trzecie - czwarte miejsce powinien dowieźć bez większych problemów.

Losy tytułu mogą więc zależeć od tego, czy młody Vettel, poróżniony ze swym o dekadę starszym kolegą, zjedzie na bok i pozwoli Markowi Webberowi pognać po jego pierwszy tytuł mistrza świata.

Jeszcze kilka dni temu Webber skarżył się, że jest w teamie szykanowany, a Vettel szydził: "Jeśli Mark potrzebuje pomocy, to niech wezwie ambulans".

Czy teraz to się zmieniło?

"Jadę do Abu Zabi, postaram się wypaść jak najlepiej i zobaczymy" - mówił Vettel na konferencji prasowej po zwycięstwie. - "Co chcecie usłyszeć? Mogę tylko powiedzieć, że w scenariuszu, który wspominacie, to jest coś o czym będę myśleć. To chyba jasne."

Jasne - niejasne. Czy przepuści Webbera, jeśli trzeba będzie?

"Gdy byłem mały, nie lubiłem, gdy moi rodzice drażnili się ze mną i nie odpowiadali na pytania. A teraz ja mogę się podrażnić z Wami" - odparł Niemiec.

REKLAMA