Wpisy z tagiem: Love Justyna
niedziela, 28 lutego 2010
Cztery lata temu na młodziutkim, dwutygodniowym blogasku Supergigant, po biegu na 30 km, napisaliśmy notkę "Brąz, który jest jak złoto", w której po raz pierwszy wyznaliśmy miłość Justynie Kowalczyk: Kochamy Cię Justyno Kowalczyk, jesteś wielka, jesteś boska, przepraszamy za to, żeśmy bzdury pisali o Twoim niepowodzeniu na koronnym dystansie. Pies trącał tych wszystkich, którzy pisali, że nie umiałaś podbiec pod górę i którzy wbijali Ci szpilki. To nie ludzie, to wilki. Jesteś cudowna, jesteś wielka, jesteś boska. A za 4 lata skopiesz tyłki tym wszystkim nojmanowym, czepałowym i smigunowym. Naprawdę w to wierzymy!
Wspominaliśmy tę notkę podczas tegorocznych igrzysk kilkakrotnie. Neumanova zakończyła karierę w 2007. Czepałową w ubiegłym roku zdyskwalifikowano za doping. Smigun wyszła za mąż za pana Vahla, urodziła dziecko, wróciła na igrzyska i nawet zdobyła srebro na 10 km łyżwą, ale to już nie była ta dwukrotnie złota Smigun z Turynu. I myśleliśmy sobie, że może szkoda, że tej nieświadomej klątwy nie rzuciliśmy wtedy jeszcze na dziewczynę z Norwegii, która w Turynie zajęła dwa czwarte miejsca, jedno osiemnaste, a jedyny medal - srebrny - zdobyła na 10 km klasykiem. Miłość wyznaliśmy Justynie Kowalczyk również po ubiegłorocznych MŚ w Libercu: Justynomanię czas zacząć. Vancouver już za rok. 15 lutego (poniedziałek) 10 km. 19 lutego (piątek) bieg łączony. Pewnie jakoś pod wieczór naszego czasu więc nie trzeba się będzie urywać z pracy. A na deser, 27 lutego (sobota) - maraton. Justyno, kochamy Cię. Jesteś fantastyczna. Dziękujemy i prosimy o jeszcze.
Przy okazji Tour de Ski przerobiliśmy dla Justyny wiersz. Pora wyznać po raz trzeci, na pewno nie ostatni. JUSTYNO, KOCHAMY CIĘ!!! Bardzo nam się nie podobało to, co się działo wokół Justyny podczas tych igrzysk. Jak przeróżni mądrale mówili, że te igrzyska to porażka Kowalczyk, ża zawodzi, że nie zdobyła srebra i brązu, tylko przegrała dwa złota (a piąte miejsce na 10 km łyżwą to klęska), że popełniła z trenerem błędy w przygotowaniach, że trzeba było nie startować w Tour de Ski, albo w sztafecie, albo na 10 km łyżwą, że nie miała prawa krytykować whistlerskich tras, że łatwe, że wypowiedź, że zdrowa przegrała z chorymi na astmę, była niedpuszczalna. Patrzyliśmy, jak szczere, prostolinijne i - OK - nie zawsze przemyślane wypowiedzi Justyny nagłaśniano i nadinterpretowywano na tysiące sposobów i opatrywano komentarzami pełnymi moralnego oburzenia.
Trafiła nam się sporsmenka wybitna, w dyscyplinie, w której tradycji nie mamy żadnych, a jednocześnie w dyscyplinie bardzo prestiżowej - i w dodatku ta wybitna sportsmenka jest kimś tak fajnym, tak normalnym, tak bezpretensjonalnym, tak szczerym, tak charakternym, tak pełnym radości życia. Mamy nadzieję, że nieprzyjemne doświadczenia z mediami (Justyna podkreśla, że pozasportowo te igrzyska będzie wspominać z niesmakiem), nie zabiją w niej tej szczerości i bezpośredniości - i że wywiady Justyny pozostaną pełne wdzięku i otwartości - jak ten dzisiejszy wywiad Roberta Błońskiego i Jakuba Ciastonia (kawałek o Irenie Szewińskiej i autografie - genialny) albo ta wypowiedź dla TVP (ja wygrałam Tour de Ski, a Marit nie). Ale ta otoczka sprawiła, że jeszcze bardziej nam wczoraj zależało, żeby Justynie się udało. Żeby tę Norweżkę, przegonić, żeby wyrwać jej to zwycięstwo z gardła, wyszarpać, wbrew tym trasom, wbrew krytykom, wbrew tej genialnej Marit Bjoergen, która była na tych igrzyskach w formie Simona Ammanna.
Różne były momenty w tym biegu. Scenariusz niesamowity. Spokojne 20 kilka km. Kilkunastoosobowa grupa, nawet z Kornelią Marek. Potem ten atak Bjoergen. Tracąca trochę dystansu Justyna. Przyznajemy - wtedy zwątpiliśmy po raz pierwszy. Kiedy widzieliśmy, jak Bjoergen łatwo odjeżdża rywalkom, Justyna niby jest jedyną, która dotrzymuje jej kroku, ale jednak traci - 3 sekundy, 4, 5, 6... Potem była euforia, jak widzieliśmy, że ten dystans się zmniejsza. W myślach liczyliśmy sobie te sekundy, które Justyna traci i było ewidentne, że jest ich coraz mniej. Pięć sekund. Cztery sekundy. Trzy sekundy. Zrzuciła gogle. Dwie sekundy. Sekunda. Już jadą razem... Znowu uwierzyliśmy. Wyprzedza. Wychodzi na prowadzenie. Oglądaliśmy w kilkanaście osób, wszyscy na stojąco, wszyscy wrzeszcząc. Ostatni podbieg. Ostatni zjazd. Stadion. I wtedy był moment, kiedy - przyznajemy - zwątpiliśmy po raz drugi. Kiedy tuż przed ostatnią prostą Bjoergen z każdym odepchnięciem kijków, zaczęła się do Justyny zbliżać. Ostatnia prosta, Bjoergen prawie najeżdża Justynie na narty, zmienia tor, zrównuje się z nią, chyba ją wyprzedza... Nie wyprzedza, wcale nie wyprzedza. Nie wczoraj, nie na 30 km, nie Justynę. :-)
Justyna, kochamy Cię!, Justyna, dzięki! Za jeden z najbardziej emocjonujących sportowych wieczorów w naszym życiu. Za pierwszego zimowego olimpijskiego Mazurka Dąbrowskiego w naszym życiu. Za ten szczery, najpiękniejszy uśmiech w polskim sporcie i rząd białych zębów na podium.
I za to, że jesteś zawsze sobą.
sobota, 20 lutego 2010
Ależ to był niesamowity bieg. Najpierw smutek, że odjechała Bjoergen a wraz z nią złoto. Potem szok, że kiedy realizatorzy pokazywali na stadionie triumfującą Bjoergen, nagle znikąd (jak to się stało? kiedy?), zza pleców, wyłoniła się Haag i zabrała nam srebro. I załamanie, kiedy Justynę wyprzedziła też Steira - i wydawało się, że zabrała nam nawet brąz.
Dygresja: mój 8-letni syn brał wczoraj udział w szkolnych zawodach narciarskich. Zajął czwarte miejsce (na 21 startujących). Podium przegrał o 0,26 sekundy. Długo był załamany, a ja długo tłumaczyłem mu, że to wspaniały wynik, że sukces, itp. Wieczorem cieszyliśmy się z piątego miejsca Weroniki Nowakowskiej. Rano obudził się i powiedział, że przemyślał sprawę i że jednak jest z czwartego miejsca zadowolony, bo przecież Weronika była piąta i szczęśliwa (przy okazji - wielkie dzięki dla pani Weroniki). Kiedy dziś, na ostatnich metrach emocjonowaliśmy się niesamowitym finiszem i zrezygnowani mruczeliśmy pod nosem "nic z tego nie będzie, tylko czwarte miejsce", syn powiedział przytomnie: "nic nie szkodzi, ja też wczoraj byłem czwarty, to dobry wynik." Po czym nastąpił ten genialny finisz. Justysi prawa stopa była ciut większa niż Steiry malutka lewa stópka.
Gdyby to był bieg lekkoatletyczny, Justyna by medal przegrała. Steira finiszowała piersią, Justyna finiszowała butem. W właściwie czubkiem buta. Czubeczkiem. To był wykop genialny, wykop rozpaczy, wykop zwycięski. Wyrzuciła nogę hen do przodu i wygrała. Bjoergen jest lepsza, to ona już jest królową tych igrzysk - ma 2 złote medale i brąz. Justyna - widać, że jej te trasy nie leżą, widać, że się straszliwie męczy, widać, że jest jej ciężko. W przedolimpijskiej asekuracji nie było w ogóle kokieterii. I tym bardziej - Justyno, jesteś wielka. To był jeden z najpiękniejszych brązowych medali w naszym życiu. Justyna go wyszarpała - wbrew tej okropnej trasie, wbrew temu jak się ten bieg nie układał, wbrew tym podobno nienajlepiej dobranym (nie znamy się - powtarzamy po ekspertach, choć czasem mamy wrażenie, że i oni się nie znają) smarom.
Po meczu Justyna się popłakała - i chyba pierwszy raz widzieliśmy pomieszanie płaczu szczęścia z wyszarpanego medalu z płaczem złości, że tutaj naprawdę nie jest w stanie osiągnąć więcej. Potem dowiedzieliśmy się, że w tych łzach bylo jeszcze trochę wściekłości na widomo niesprawiedliwej dyskwalifikacji (Jury zauważyło, jak podczas biegu klasykiem użyłam kroku łyżwowego. Wszystkie zawodniczki tak robią, ale ja nie umiem tego za bardzo ukryć). Czyż ona nie jest urocza? Justyna Kowalczyk ma na tych igrzyskach dwa medale - srebrny i brązowy. Za tydzień pora na trzeci. Mamy nadzieję, że będzie to medal, który dopełni kolekcję. Justynie się to naprawdę należy.
PS. Ktoś może nam wyjaśnić klucz dobierania celebrytów do relacji olimpijskich w TVP? Dlaczego np. dziś był Karol Strasbourger, który raczył nas takimi światłymi uwagami jak: "Ależ ona sobie poradziła na tak trudnej trasie" (Justyna wielokrotnie podkreślała, że jak na warunki olimpijskie - ta trasa jest zdecydowanie za łatwa, przygotowana dla turystów, a nie dla zawodników). Albo: "Mam nadzieję, że to smarowanie będzie dobre" (to przed biegiem na 30 km)? Albo dlaczego przez studio olimpijskie przewinęli się akurat tacy wybitni specjaliści od sportów zimowych, jak Magda Schejbal, Pawel Pochwała, Krzysztof Hołowczyc, Jacek Wszoła, Tomasz Majewski, Szymon Kołecki, czy (sic!) Cezary Żak. Rozumiemy, że chodzi o to, że musi być celebryt. I że zaproszenie go bynajmniej nie oznacza, że musi mieć coś ciekawego do powiedzenia na temat komentowanej dyscypliny. Dlaczego zatem nie zaproszą np. Dody? Albo Jana Rokity? Maryli Rodowicz? Łukasza Fabiańskiego? Zbyszka Bońka? Seweryna Krajewskiego? Janusza Gajosa? Jerzego Urbana? Andrzeja Wajdy? PS2. Trzy medale na igrzyskach, i to przed półmetkiem? Nie przyzwyczajajacie się - takiej Olimpiady zimowej chyba jeszcze nie było. Za naszego życia - na pewno nie. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|