Wpisy z tagiem: kochamy Adama Małysza
niedziela, 27 lutego 2011
Od kilku tygodni coraz częściej pojawiają się w mediach plotki, że 5 marca, po zakończeniu MŚ Adam potwierdzi to, czego się wszyscy spodziewamy. Że to już jego ostatni sezon.
Na 26 marca w Zakopanem szykowana jest wielkie show z udziałem Adama. Skok do celu - nie do końca wiemy, na czym to ma polegać - ale chyba nie na tym, żeby skoczyć najdalej, tylko w punkt. Za zbyt daleki skok będzie dyskwalifikacja. Imprezę organizuje Red Bull, więc na pewno pojawią się Morgenstern i Schlierenzauer, ale zaproszenia dostanie cała czołówka i może kilku skoczków, którzy już karierę zakończyli. Kto wie - przy takim nietypowym regulaminie - może uda się nawet namówić na ponowne przypięcie nart Roberta Mateję. Małysz ucina spekulacje, jakoby impreza miała być jednocześnie jego pożegnaniem. Twierdzi, że wszystko było planowane od dawna, miało się to przecież odbyć w ubiegłym roku. Ale z drugiej strony - z wywiadów Małysza można wywnioskować, że to już rzeczywiście koniec. W wywiadzie z Robertem Błońskim przyznał, że decyzję podjął już dawno, przed MŚ. Czyli wczorajszy medal - lub jego ewentualny brak - nie miałby na to wpływu.
W kolejnym wczorajszym wywiadzie, ze skijumping.pl - podkreśla, z jakim trudem przychodzi mu, żeby wciąż pozostawać na szczycie. Wysyła sygnały, że jest już zmęczony, że wiele go kosztuje, żeby dotrzymać kroku młodszym wilczkom.
I w zasadzie trudno mu nie przyznać racji. Przyjrzyjmy się innym 30-kilku latkom, bohaterom końca XX wieku i pierwszej dekady XXI wieku, równolatkom Małysza. Gdzie oni dziś są? Martin Schmitt, 34. Janne Ahonen, 34. Primoz Peterka, 32. Kazuyoshi Funaki, 36. Martin Hollwarth, 37. Andreas Widholzl, 34. Jakub Janda, 32. Sven Hannawald, 36. Roar Ljokelsoy, 34. Sigurd Petersen, 31. Tommy Ingebrigtsen, 33. Risto Jussilainen, 35. Andreas Kuttel, 32. Wolfgang Loitzl, 31. Michael Uhrmann, 32. Lars Bystoel, 32.
Każdy z tych panów miał okres w karierze, kiedy regularnie bywał na podium, kiedy regularnie bywał faworytem zaowdów Pucharu Świata, czy imprez mistrzowskich. Dziś wszyscy są albo emerytami, albo telepią się gdzieś w drugiej, czy trzeciej dziesiątce. Skoki to nie jest sport dla starych ludzi. Chyba, że stary człowiek nazywa się Adam Małysz.
Dlatego tym bardziej się cieszymy z tego wczorajszego podium. Dlatego tym bardziej mamy nadzieję, że dowiezie do końca sezonu podium w Pucharze Świata. I dlatego tym bardziej będziemy dziś trzymać kciuki za pana Kamila, a zwłaszcza panów Stefana i Piotra, bo o Adama jesteśmy spokojni. A gdyby mu się dziś udało to coś, co nie udało mu się jeszcze nigdy, to wszystko by się spięło piękną klamrą i dopełniło.
I jeśli to ma być zakończenie kariery Adama Małysza, to niech będzie to równie piękne zakończenie, jak cała kariera. Na jego warunkach.
poniedziałek, 22 marca 2010
Przeczytaliśmy wywiad z Adamem Małyszem. Smutny wywiad, po którym jednak jeszcze bardziej Małysza uwielbiamy i szanujemy. Planica w ten weekend to była równia pochyła - najpierw w piątek euforia po pierwszym skoku i - wreszcie - przeskoczeniu Simona. Potem wciąż wielka radość po drugim skoku - i tylko trochę złości na sędziów za noty niższe od lądującego na dwie nogi Ammanna. Po pierwszym dniu byliśmy absolutnie pewni, że Małysz wreszcie Ammanna dogonił, że w sobotę powalczą o złoto a reszta stoczy pojedynek o zaszczytne trzecie miejsce. Po pierwszym sobotnim skoku wiedzieliśmy już, że z Ammannem znowu nie uda się wygrać. Trochę baliśmy się depcącego po piętach Schlierenzauera, ale najgorszego nie przeczuwaliśmy.
0,4 pkt. Tyle zabrakło do brązowego medalu. Wystarczyła lepsza o pół punkta ocena w jednej z 12 not od któregoś z sędziów. Albo pół metra więcej w jednym z 4 skoków. Na mamucie to nic. Tylko jakie to ma znaczenie? Kto dziś pamięta, że Finowie narzekali w Predazzo na wysokie noty Małysza i odebrany rzekomo Matti Hautamaekiemu złoty medal? Czwarte, najgorsze miejsce - w przypadku Małysza zabolało wyjątkowo. Bo ten sezon był tak niesamowity, bo nigdy - nawet gdy był na szczycie i wygrywał wszystko - nie zdobył medalu w lotach, bo wmawiano mu wielokrotnie, że w lotach jest słabszy, bo taki medal na zakończenie tego magicznego sezonu idealnie by go dopełnił happy endem absolutnym. Nie udało się.
Była niespodziewana szansa, żeby zatrzeć ten niesmak w niedzielę - pod nieobecność Japończyków, przy słabiutkich Niemcach, Finach bez Ahonena, z chimerycznym Ollim, niedoświadczonym Muotką, przeciętnym Hautamaekim i znakomitych lotach Stocha - była realna szansa na - pierwszy w historii zawodów o taką stawkę - medal drużynowy. Niestety - tym razem w roli Roberta Matei wystąpił Łukasz Rutkowski, może przy drobnej pomocy sędziów, którzy puścili go w katastrofalnych warunkach... Mógł Małysz wrócić z Mistrzostw Świata w lotach dwoma medalami - wraca z niczym. Szkoda. Przypomnieliśmy sobie w sobotę i niedzielę, że skoki bywają okrutne i niesprawiedliwe. I nawet nie możemy sobie specjalnie ponarzekać na sędziów (jeśli chodzi o Małysza - więc narzekamy przy Rutkowskim) i na tę nieszczęsną nową punktację - bo akurat w tej czwartej serii i Jacobsen, i Schlierenzauer, i Adam, i Ammann skakali z tej samej belki, no i nikt Małysza z belki nie ściągał. Ot - zwykły pech - akurat jak skakali Anders, Gregor i Simon - to wiało mocno i płynnie, a jak na belce siadał Adam - wiać przestawało albo wiało w sposób szarpany.
Ale Małysza uwielbiamy również za to, że on do nikogo pretensji nie ma. Ani do sędziów, ani do wiatru, ani do punktacji. Tylko do siebie. Żal we mnie siedzi, ale pretensje za skoki w Planicy mogę mieć i mam tylko do siebie. Fantastyczny sezon Adam Małysz kończy trochę smutny: Jestem bardzo zawiedziony, szansę na medal miałem ogromną. Ona może się już nigdy nie powtórzyć. (...) W życiu bym nie przypuścił, że wypadnę z trójki. Nie wiem, co w ogóle się stało, jestem w szoku. Ambicje miałem dużo większe. Chciałem zdobyć medal i uzupełnić kolekcję, chyba nawet ucieszyłbym się z brązowego. To najgorsze zakończenie pięknego dla mnie sezonu. Sobota trochę stępiła mi tę całą radość. Smutny jestem jak diabli. (...) Czwarte miejsce to mój najlepszy wynik na MŚ w lotach, ale w ogóle mnie nie cieszy. Dekoracja była dla mnie męczarnią. Przez myśl przemknęło mu nawet zakończenie kariery: Czasem jestem wszystkim zmęczony. Najbardziej to wychodzi po porażkach, wtedy przychodzą zniechęcenie, rezygnacja i bezsilność. (...) Po tym sobotnim konkursie przeleciało mi przez głowę dużo różnych, głupich myśli. A może to już jest za dużo, może coś nie tak, może przekroczyłem swoją barierę... Ale przecież gdyby przed rozpoczęciem sezonu - albo nawet w jego trakcie - po Turnieju Czterech Skoczni - ktoś powiedział nam, że Adam przywiezie z Vancouver 2 srebrne medale, że od końca stycznia (Klingenthal) nie zejdzie już z podium Pucharu Świata, że w Planicy od medalu będą go dzieliły centymetry - kupilibyśmy to w ciemno. Sezon skończył się lekkim potknięciem - ale to był fantastyczny sezon. Najlepszy sezon od 3 lat, kiedy na zakończenie, w Planicy wygrywał z Jacobsenem. Adam Małysz wciąż jest wielki. 26 lutego 2011, sobota, skocznia normalna. 3 marca 2011, czwartek, skocznia duża. I 5 marca 2011, sobota, konkurs drużynowy. Do zobaczenia za 11 miesięcy, Adamie.
A potem - jeśli Ci się nie znudzi - to też. Najbliższa szansa na medal Mistrzostw Świata w lotach - na przebudowanej skoczni w Vikersund, gdzie podobno będzie można skakać 250 m - już za 2 lata.
poniedziałek, 15 marca 2010
Obejrzeliśmy wczoraj kolejny odcinek cyklu pod tytułem: Walter Hofer i Miran Tepes przedstawiają: jak zrobić taki konkurs skoków, żeby kompletnie nie było wiadomo, kto jest najlepszy.
Część tegorocznych zawodów w skokach narciarskich polega w dużej mierze na testowaniu nowych przepisów. Zamiast - tak jak dotychczas - oceniać tylko odległość i styl, do oceny dochodzi przedziwny algorytm. Każdy kolejny skoczek jest oceniany dodatkowo za wiatr oraz za belkę, z której przyszło mu skakać. Zamiast dwóch zmiennych mamy cztery zmienne. W dodatku sędziowie co chwila podejmują decyzję o zmianie belki, co sprawia, że skoki poszczególnych zawodników są nieporównywalne. Jak ktoś skoczy daleko, natychmiast belkę obniżamy. Potem kilku facetów skacze bliżej - znowu się belkę podnosi. Defaultowo belka jest obniżana przed skokiem Małysza - bo Małysz jest dobry, więc a nuż skoczy za daleko. Do tego dochodzi nerwówka ze zdejmowaniem zawodnika z belki, z uwagi na zmienny wiatr - i akurat tak się składa, że znowu - bardzo często przytrafia się to Małyszowi. Tak było na igrzyskach, tak było przed tygodniem w konkursie drużynowym, w którym po skoku Małysza spadliśmy poza podium, tak bywało w tym tygodniu, no i tak było wczoraj. Nie jesteśmy zwolennikami spiskowej teorii dziejów - zwłaszcza, że szczęśliwie zazwyczaj koniec końców i tak wygrywa Ammann przed Małyszem - czyli ci dwaj, którzy wygrywali i w Vancouver, gdzie punktowano tradycyjnie. Wyniki nie są więc chyba do końca wypaczone (choć wczoraj można było mieć wątpliwości). Ale oglądać się tego naprawdę nie daje. Założenie może i słuszne - organizatorzy chcieli wyeliminować losowość i przypadek - żeby odebrać punkty, jak komuś za mocno dmuchnie. Ale nie mamy pojęcia, jak i w którym momencie jest ten podmuch mierzony. Wczoraj np. w pierwszej serii Małysz ewidentnie dostał jakiś podmuch przedziwny - zachwiało nim w powietrzu, zawirowało, oddał skok słabszy, wylądował na 128 metrze, po czym jeszcze dostał bodaj 15 pkt. w plecy za rzekomo świetne warunki. Skaczący chwilę później Kofler miał warunki idealne, odleciał na 139 m, karę za wiatr dostał mniejszą niż Małysz, a po jego skoku rozbieg jeszcze obniżono, więc Amman - mimo, że skoczył 4 m bliżej, to po pierwszej serii prowadził. Małysz był dopiero 13.
W drugiej serii wiatr zwrócił to, co odebrał w pierwszej. Małysz dostał podmuch, wykorzystał go, pofrunął na 137 m, nikt się nawet do tego osiągnięcia nie zbliżył, Małysz wyprzedzał kolejnych rywali i wyprzedził go dopiero Ammann, mimo że skoczył o 12 m bliżej. Niby wszystko OK, ale widowisko na tym traci. Dawniej wszystko było jasne - jak ktoś skoczył najdalej i wylądował telemarkiem, to zazwyczaj wygrywał. Zdarzało się, że się wiatr zmieniał w trakcie zawodów, zdarzały się konkursy przypadkowe, zdarzali się zwycięzcy jednorazowi (Wojciech Fortuna, anyone?). Ale na tym też polegał urok tej dyscypliny. Zdarzało się, że ktoś skoczył daleko, że obniżano belkę - ale wówczas wszyscy skakali raz jeszcze - z obniżonej. Przynajmniej jeśli chodzi o belkę - warunki były równe. Karty rozdawał tylko wiatr. Teraz ktoś napisał niedoskonały algorytm, próbując wyliczyć, ile się zyskuje a ile traci - i na wietrze, i na belce. Problem w tym, że tego się wyliczyć nie da. Jeden zyskuje więcej, inny mniej. To pewnie kwestia dziesiątek rzeczy - wagi, budowy ciała, sposobu wybicia, pozycji przyjmowanej w locie, rozstawu nart, itp. I jeszcze wiązań. Nie da się tego obiektywnie wyliczyć. Niech wszyscy skaczą z tej samej belki, nie próbujmy na siłę naukowo naprawić czegoś, co nie jest wcale tak bardzo zepsute. Zwłaszcza, kiedy możemy to zepsuć jeszcze bardziej. A wracając do samych wyników. Małysz jest naprawdę wielki. Goni tego Ammanna, jest coraz bliżej. W Kuopio wygrał z nim pierwszą serię, w Oslo wygrał wyraźnie drugą.Little by little, krok po kroku.
W piątek zaczynają się MŚ w lotach w Planicy. Medal MŚ w lotach to jedyna nagroda, jakiej Adam w swojej kolekcji jeszcze nie ma.
poniedziałek, 22 lutego 2010
32 lata. To sporo jak na skoczka narciarskiego. 36 lat - to już zazwyczaj emerytura. Jeszcze tydzień temu wszyscy byli przekonani, że to są ostatnie igrzyska Adama Małysza. Sam Małysz śmieje się z dziennikarzy, którzy tak jak 4 lata temu, po nieudanym Turynie, próbowali wymusić na nim deklarację, że odstawi narty, tak teraz próbują go namówić na trwanie jeszcze przez 4 lata - do igrzysk w Soczi.
Sprawdziliśmy wiek wszystkich medalistów ostatniego trzydziestolecia, od Lake Placid. I tak: 1980, Lake Placid - Jouko Tormanen 26, Jari Puikkonen 21, Hubert Neuper 19, Toni Innauer 22, Manfred Deckert 19, Hirokazu Yagi 20 1984, Sarajevo - Matti Nykaenen 21, Jens Weissflog 20, Pavel Ploc 20, Puikkonen 25 1988, Calgary - Nykaenen 25, Erik Johnsen 23, Matjaz Debelak 23, Ploc 24, Jiri Malec 27 1992, Albertville - Toni Nieminen 17, Martin Hollwarth 18, Hein Kuttin 21, Ernst Vettori 28 1994, Lillehammer - Weissflog 30, Espen Bredesen 26, Andreas Goldberger 21, Lasse Ottessen 20, Dieter Thoma 24 1998, Nagano - Jani Soininen 25, Kazuyoshi Funaki 23, Andreas Wildhoelzl 21, Masahiko Harada 30. 2002, Salt Lake - Ammann 21, Hannawald 27, Matti Hautamaeki 21 2006, Turyn - Lar Bystoel 27, Hautamaeki 25, Roar Ljoekelsoey 30, Thomas Morgenstern 19, Andreas Kofler 22 2010, Vancouver - Ammann 29, Małysz 32, Gregor Schlierenzauer 19. Małysz jest w tym gronie weteranem absolutnym - najstarszym medalistą, ba - jest w tym gronie jedynym 30-latkiem (trójka Harada, Weissflog i Ljoekelsoey zdobywali medale tuż przed 30. urodzinami). Medale olimpijskie zdobywają zazwyczaj 20-kilkulatkowie. Ale przecież wyjątki się zdarzają. 62 lata temu srebrny medal olimpijski zdobył 37-letni Birger Ruud. A wczoraj ósme miejsce zajął blisko 38-letni Noriaki Kasai. Skoro 38-letni Kasai potrafi wskoczyć do dziesiątki, to przecież nikt nam nie powie, że 36-letni Małysz nie będzie w stanie wskoczyć na podium.
Nie wiemy, jaką decyzję podejmie Adam Małysz. Ale na pewno będziemy go w niej z całego serca wspierać. Dopóki skakanie sprawia mu przyjemność - niech skacze.
niedziela, 21 lutego 2010
Niech ten skok Małysza na olimpijskie podium zamknie usta malkontentom, których poza złotem nic nie jest w stanie w pełni uradować. To taka modna klisza: liczy się tylko pierwsze miejsce. Każde inne jest porażką. Każde inne miejsce pozostawia niedosyt. Firma Nike zrobiła kampanię reklamową przed igrzyskami w Atlancie: "You don't win silver - you lose gold", i choć kampania była głupia, to bon mot osiadł w głowach. Jak np. ubolewał Rafał Stec po konkursie na srebrnej skoczni: "Niesamowite, a jakie gorzkie zarazem jest to srebro (...) Sportowiec formatu Małysza bez olimpijskiego triumfu nigdy nie poczuje się sportowcem spełnionym". A jednak wczoraj nie widzieliśmy goryczy. Widzieliśmy człowieka dumnego, z tego co dokonał. Spełnionego. I szczęśliwego jak małe dziecko. "To co się tutaj wydarzyło, jest jak ze snu. Jestem w siódmym niebie. I ósmym i dziewiątym i dziesiątym..." - mówił Małysz dziennikarzom. *** W zgiełku głosów dywagujących o Złocie i domagających się Złota, łatwo nie docenić osiągnięcia Małysza. A przecież, nawet w jego fenomenalnej karierze, ten tydzień należeć będzie do największych. Na pewno jest największym od trzech lat, gdy w Sapporo Adam sięgał po swój czwarty tytuł mistrza świata. Ale (to trudno) ocenić - może i większym niż wtedy: z Japonii Małysz wrócił ze złotym krążkiem, ale tylko z jednym. Z Kanady - z dwoma!
Przypomnijcie sobie sobie smutne igrzyska w Turynie, gdy męczyli się i Kuttin, i Małysz, a kibice smętnie pocieszali się, że przecież jeszcze będzie Vancouver... Taaaa, Vancouver. LOLZ. A na Wyspach Bergamutach podobno jest kot w butach. Od trzech lat Małysz nie wygrał konkursu Pucharu Świata. Rok temu w Libercu zajął miejsca: 12 i 22. Wtedy obstawianie medali w Vancouver wydawało się zajęciem z gatunku science - fiction. *** Nawet jeden, brązowy medal Małysza, byłby w Vancouver godnym podziwu osiagnięciem. Dwa srebra są czymś fenomenalnym. To więcej, niż Małysz osiągnął osiem lat temu, gdy był u szczytu sławy i możliwości fizycznych. W Salt Lake City był brąz na skoczni normalnej, i srebro na dużej - szczęśliwe bo podarowane przez Svena Hannawalda, który walcząc o złoto podparł ostatni skok. Teraz Adamowi nie tylko udało się trafić ze szczytem formy z precyzją Wilhelma Tella (co w skokach jest w ogóle niebywale trudne - a z wiekiem, jak można się spodziewać, coraz trudniejsze). Ale też włożyć w konkursowe skoki 100% siły, pasji, mądrości i doświadczenia. Przecież na treningach dalej skakali i Schlierenzauer, i Morgenstern, i Jacobsen.
Ammann był poza zasięgiem. I trudno, tak bywa. W niczym nie umniejsza to wyczynu Małysza. Pamiętacie ten słynny cytat amerykańskiego trenera futbolowego Vince'a Lombardiego: "Winning is not everything - it's the only thing"? Otóż on prawdopodobnie nigdy tego nie powiedział. Powiedział coś innego: "Winning is not everything - but making an effort to win is."
sobota, 20 lutego 2010
Wzruszamy się. Więc nim poskładamy myśli - piosenka która nam przyszła do głowy po drugim skoku Adama. Równie modna, jak wąsik naszego mistrza.
Apoloniusz Tajner już życzy Adamowi, aby dotrwał do Soczi, a może i ewentualnych MŚ w Zakopanem w 2015 roku. Dziś taki dzień, że wolno marzyć :)
niedziela, 14 lutego 2010
W komentarzach poskokowych w polskich mediach dominuje entuzjazm połączony jednak z pewną nutką rozczarowania. "Ten cholerny szwajcarski Harry Potter znów nam to zrobił. Mało mu dwóch złotych medali ‘skradzionych’ Adamowi Małyszowi na igrzyskach w Salt Lake City. (...) Złota, złota żal." - pisze Michał Pol. "Niesamowite, a jakie gorzkie zarazem jest to srebro... (...) Sportowiec formatu Małysza bez olimpijskiego triumfu nigdy nie poczuje się sportowcem spełnionym. (...) Im bardziej jednak uświadamiamy sobie naszego skoczka wyjątkowość, tym dolegliwiej odczuwamy okrucieństwo jego losu, tym silniej dociera do nas, jak ogromną stawkę będzie miał następny konkurs." - to Rafał Stec. Kompletnie tej nutki rozczarowania nie rozumiemy. Owszem, złoty medal jest fajniejszy niż srebrny medal. Ale srebrny jest fajniejszy niż brak medalu.
Nie jesteśmy rozczarowani. Jesteśmy szczęśliwi. To nie jest tylko srebrny medal. To jest AŻ srebrny medal. Małysz wczoraj nie przegrał złota - on wygrał srebro, wyrwał je - wbrew logice, wbrew biologii, wbrew lepszym przez ostatnie lata, młodszym rywalom, wbrew koalicji Austriaków, wbrew Schlierenzauerowi, wbrew Morgensternowi, wbrew wszystkim tym, z którymi przez ostatnie trzy lata regularnie przegrywał. Skoki narciarskie są dyscypliną, o której wynikach bardzo często decyduje przypadek. Historia zna mnóstwo takich przypadkowych jednorazowych mistrzów olimpijskich i złotych medalistów mistrzostw świata. Jani Soininen w Nagano, Lars Bystoel w Turynie. Czy - żeby daleko nie szukać - nasz Wojtek Fortuna. Mistrzowie Świata - Franci Petek i Heinz Kuttin w Val di Fiemme, Rok Benkovic w Obertsdorfie. Ktoś o nich dzisiaj pamięta? Czy młodszy od Małysza emerytowany alkoholik Bystoel to bardziej spełniony sportowiec od Adama?
Ba - przypadkowym podwójnym mistrzem olimpijskim był też Simon Ammann w Salt Lake City, człowiek, który nigdy przedtem i przez wiele lat potem prawie nic nie wygrał. Regularnie daleko skakać zaczął dopiero w ubiegłym roku. Tyle, że w 2002 roku Ammann ukradł złoto bardziej Svenowi Hannawaldowi niż Małyszowi. To Hannawald skakał wtedy jak natchniony, wygrał (jako jedyny w historii) wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni i gdyby (walcząc o złoto) się nie wywrócił, to zdobyłby dwa srebrne medale. Złotego medalu igrzysk olimpijskich nie ma na swoim koncie Adam Małysz. So what? Andreas Felder, który królował na skoczniach na przełomie lat 80-tych i 90-tych (raz pierwszy, w sumie 6 razy na podium klasyfikacji generalnej) nie ma żadnego indywidualnego medalu olimpijskiego. Podobnie zresztą jak pięciokrotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, dziesięciokrotnie (!) na podium klasyfikacji generalnej TCS, dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli, człowiek, który żeby dać sobie jeszcze jedną szansę na olimpijski medal, przerwał narciarską emeryturę, Janne Ahonen. Dwaj panowie, którzy niepodzielnie rządzili na skoczniach pod koniec XX wieku, zdobywając po dwie Kryształowe Kule, Primoż Peterka i Martin Schmitt - też nie mają indywidualnych medali olimpisjkich. Podobnie jak Armin Kogler, gwiazda skoków na początku lat 80-tych. Andreas Goldberger, trzykrotny zdobywca Kryształowej Kuli w latach 90-tych, ma na koncie jeden brąz (w Lillehammer), czyli dorobek identyczny z panami Matjazem Debelakiem i Jiri Malcem, brązowymi medalistami z Calgary. Itd. - przykłady można mnożyć. Małysz ma dwa srebrne medale i jeden brąz. O dwa srebrne medale więcej niż Kogler, Felder, Peterka, Schmitt i Ahonen razem wzięci. Słabo?
Ma też 4 złote medale (i jeden srebrny) Mistrzostw Świata, imprezy o randze porównywalnej z Igrzyskami Olimpijskimi, ale o tyle, mniej przypadkowej, że odbywa się częściej - co 2 lata. Więcej od Jensa Weissfloga (2 złote, srebrny i 2 brązowe). Więcej od Matti Nykaenena (złoty, srebrny, 2 brązowe). Więcej od Goldbergera (2 srebrne i 2 brązowe). I więcej od Ammanna (złoto, srebro, brąz). Więcej od kogokolwiek. Wbrew euforycznym zapowiedziom w mediach, Adam naprawdę nie był faworytem do złota wczorajszego konkursu. Nawet na tych treningach, kiedy rzekomo skakał najdalej, to jak się wczytywaliśmy dokładniej, to okazywało się, że Ammann (albo Schlierenzauer, albo Morgenstern) skakał tyle samo i to z niższego rozbiegu, albo nie skakał wcale. Małysz nie wygrał zawodów Pucharu Świata od trzech lat. Od TRZECH lat. W ciągu tych trzech lat tylko pięciokrotnie udało mu się wskoczyć na podium, z czego w obecnym sezonie dwukrotnie. Czy nam się to podoba, czy nie - Adam nie skacze dziś tak, jak skakał wtedy, kiedy wygrywał Puchary Świata i Mistrzostwa Świata, odlatując rywalom na przynajmniej kilka metrów w każdym skoku. Nadzieja Małysza (i nasza) polegała na tym, że nikt tak dziś nie skacze. Na tym, że on zrobi swoje i w tym decydującym momencie Schlierenzauer i Ammann, dwaj panowie, którzy przez ostatnie dwa sezony rozdają dzielą i rządzą na skoczniach, plus ten trzeci, którego forma eksplodowała na igrzyska, Morgenstern, nie wytrzymają napięcia i nie odlecą tak jak by mogli odlecieć. Małysz swoje zrobił ale jak się okazało - do trzech razy sztuka - Morgenstern nie odleciał, Schlierenzauer nie odleciał (w pierwszym skoku), Ammann odleciał.
Złoty medal Małysza wczoraj byłby tak samo niesprawiedliwy, jak złote medale Ammanna 8 lat temu. I byłby kolejnym dowodem na przypadkowość skoków narciarskich. Ale srebrny jest potwierdzeniem wielkości Adama. Bo Adam Małysz zajął drugie miejsce w swoim najlepszym konkursie od blisko 3 lat, kiedy wygrywając w Planicy, zapewnił sobie czwarty triumf w Pucharze Świata, wyrównując osiągnięcie Matti Nykaenena. Cieszmy się więc, bo naprawdę jest z czego. To drugie miejsce wczoraj w Kanadzie jest naprawdę warte dużo więcej, niż to sprzed półtora tygodnia w Klingenthal. Wczoraj uważnie przyglądaliśmy się człowiekowi stojącemu na drugim miejscu podium. I naprawdę nie widzieliśmy "człowieka niespełnionego, okrutnie pokaranego przez los, wściekłego na tego cholernego szwajcarskiego Harry Pottera, człowieka, któremu żal złota i który wie, że została mu jeszcze tylko jedna jedyna szansa."
Tak to się mógł wczoraj czuć Janne Ahonen, który zajął wczoraj najgorsze - czwarte miejsce. A na drugim miejscu podium widzieliśmy wczoraj człowieka szczęśliwego.
sobota, 13 lutego 2010
Mieliśmy nadzieję, nic nie pisaliśmy przed igrzyskami, nie chcieliśmy zapeszyć.
Ammann był dziś lepszy, ale to bez znaczenia. Adam jesteś wielki, Adam kochamy Cię. Sam sobie to wyrwał! :-) Ciężka praca, nieudane dwa ostatnie sezony, bez zwycięstw, prawie bez podium. Cień nadziei po zeszłorocznych zawodach w Planicy. Potem marny początek tego sezonu. Słaby Turniej Czterech Skoczni. I potem little by little, krok po kroku. Regularne miejsca pod koniec dziesiątki, potem siódme, szóste, bodaj piąte w Zakopanem, prawie podium w Obertsdorfie, wreszcie Klingenthal... I szczyt formy w Vancouver. Oczywiście, że byłoby fajniej, gdyby Simon nie wytrzymał w tym decydującym momencie, tak jak Gregor nie wytrzymał w pierwszej serii. Sprawiedliwości stałoby się zadość - żeby tak jak 8 lat temu, kiedy na skoczniach rządzili Małysz z Hannawaldem, pogodził ich Simon Ammann. Tak teraz, gdy na skoczniach rządzili Ammann ze Schlierenzauerem, pogodziłby ich Adam.
Ale nie zmienia to faktu, że to jest fantastyczny dzień Adam Małysza i fantastyczny dzień dla nas wszystkich. Bo przecież 4 lata temu w Turynie w zasadzie pogodziliśmy się z faktem, że Adam is over. He was not. Było warto. Dzięki :-) Filmiki z płaczącym ze szczęścia Adamem wkleimy jak się pojawią. Póki co, stary filmik z płaczącym ze szczęścia Adamem. Wzruszajcie się, jako i my się wzruszamy.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|