Wpisy z tagiem: madryt
wtorek, 06 kwietnia 2010
Czyli obiecana notka wakacyjna. Wróciłem wczoraj z zasłużonych tygodniowych wakacji.
Stali czytelnicy naszego blogaska wiedzą, że takimi co bardziej sportowymi wrażeniami z wyjazdów się potem dzielimy. Ten drugi, co ze mną bloguje - opisał np. kiedyś swoją wizytę na Camp Nou, a kiedy indziej - wakacyjne spotkanie z samym Gregorem Schlierenzauerem. Tym razem wyjazd był do Madrytu - a skoro do Madrytu, to musiało być sportowo. Madryt miastem fajnym jest. Można się bardzo odchamić - w Prado zobaczyliśmy dużo Goyi - Maję ubraną i Maję nagą, a w Muzeum Thyssen Bornemisza prawie byśmy zobaczyli takiego Dalego, ale wywieźli go do Figueres:
Jeśli ktoś wybiera się do Madrytu specjalnie zeby to zobaczyć, to niech się wstrzyma. Mają go przywieźć z powrotem na początku maja, przy okazji Finału Ligi Mistrzów (22 maja na Santiago Bernabeu) będzie jak znalazł. Za to w muzeum Reina Sofia było trochę słynnych Dalich i jeszcze słynniejszych Picassów. Np. Guernica. Miały być też atrakcje dla dzieci, czyli ParqueWarner. Niestety - megadrogo, megatłumy, marny dojazd, katastrofalna organizacja, ponad 2 godziny stania do największych atrakcji. Porażka, odradzamy. Może w dzień powszedni, kiedy akurat nie trwa Wielki Tydzień, jest fajniej.
Zrobiliśmy sobie daleką wycieczkę - pojechaliśmy do Granady, zwiedziliśmy twierdzę Maurów w Alhambrze, no i spełniliśmy jedno z marzeń życia - pojechaliśmy w okolice Almerii, popodziwiać pejzaże i zobaczyć miasteczko, ktore zbudował Sergio Leone na potrzeby For a Few Dollars More i które potem zagrało jeszcze w masie spaghetti westernów. Dziś jest tam dość plastikowy park rozrywki Mini Hollywood, połączony z zoo ale jak się spaceruje po pustym miasteczku, bo wszyscy goście akurat przebywają na popisach papug a w tle pobrzmiewa temat przewodni z Dobrego, złego i brzydkiego, to każdy fan spaghetti westernów poczuje dreszcze. Mówią, że fajnie jest być w Hiszpanii podczas Wielkiego Tygodnia. Bo niepowtarzalna atmosfera, bo przez miasta przelewają się niesamowite kolorowe procesje, bo na ulicach tłumy ludzi. Wszystko prawda - ale ma to i swoją drugą stronę. Korki, brak miejsca w knajpach, żeby coś zjeść, wszędzie kolejki, problemy z wypożyczeniem samochodu, itp. Co nie zmienia faktu, że Madryt fajnym miastem jest - żyje do poźnych godzin nocnych, budzi się też późno, ma fajną architekturę i pozytywnych ludzi. No i Madryt kocha piłkę nożną. Zaczęliśmy od touru po Santiago Bernabeu, potem emocje rosły. Highlighty: - muzeum Realu i sala ze wszystkimi Pucharami Europy - powtarzana do znudzenia (choć nie sposób się nią znudzić) bramka Zidana z finału Ligi Mistrzów w 2002
- Real lat 50-tych, którego nie mamy prawa pamiętać: DiStefano, Puskas, Kopaczewski, Bucho - rękawica Jerzego Dudka - ściana ze wszystkimi nazwiskami, które się przez Real przewinęły. 80: Hugo Sanchez, Butragueno, Michel, Buyo. 90: Hierro, Mijatovic, Luis Enrique, Zamorano, Redondo. 00: Zidane, McManaman, Morientes, Beckham, Ronaldo, Figo, Roberto Carlos. - Raul i Casillas - sklep, w którym Realowe jest wszystko - od koszulek z nr 9 (najbardziej chodliwy towar, ciekawe dlaczego?) do kijów golfowych. Dwa lata temu zwiedziliśmy Camp Nou. Sam Tour dość podobny. Muzeum fajniejsze ma Real. Wyjście na murawę większe wrażenie robi w Barcelonie - choć może to efekt pierwszeństwa. Sklep - fajniejszy ma Barca. Dzień później - danie główne. Derbi Madrileno na Bernabeu. Było tak, jak miało być - pełen stadion, piękna oprawa, 80 tys. ludzi, galaktyczne gwiazdy, dużo bramek. Emocje praktycznie od początku (w 9. min. to Atletico objęło prowadzenie), fantastyczny szturm Realu na początku drugiej połowy (3 gole w kwadrans), niepewność do ostatniego gwizdka (po karnym Forlana). Real wygrał 3-2. Tak nam się spodobało, że w ostatnią niedzielę poszliśmy za ciosem i poszliśmy na jeszcze jeden mecz. Na Vicente Calderon Atletico Madryt podejmowało Deportivo La Coruna. I choć stadion (pojemność blisko 60 tys.) zapełniony był "tylko" w 85%, choć było dość jednostronnie (Atletico wygrało 3-0), choć nie było galaktycznie - to też było super. Spodobało nam się, więc będziemy takie wakacje łączące kulturę ze sportem powtarzać. W kolejce czekają przecież Manchester, Londyn, Liverpool, Walencja, Sevilla, Mediolan, Turyn, Porto, Lizbona, Amsterdam, może Monachium, może Lyon, może Marsylia. No i powrót do Barcelony, żeby zobaczyć na żywo Messiego i spółkę, bo 2 lata temu zaliczyliśmy tylko tour (Barca akurat grała na wyjeździe). Wrażenia z meczów: 1. Spodziewaliśmy się innego rodzaju dopingu. Bardziej głośnego, bardziej żywiołowego. Przez cały mecz. A tymczasem tak naprawdę ostro kibicuje (śpiewy, skandowanie, szaliki i flagi w górze, itp.) tylko grupa kilkuset socios usadowionych za jedną z bramek. Reszta siedzi i się delektuje. Podrywają się tylko przy sytuacjach podbramkowych, no i oczywiście szaleją z radości po swoich golach. Czasem jękną po niewykorzystanej sytuacji, czasem zakrzykną "muy bien" po ładnym dryblingu, czasem zaklaszczą po fajnej akcji, czasem wrzasną coś nieprzyjemnego pod adresem sędziego. Nie ma chóralnych śpiewów, nie ma wspólnego skandowania 80 tys. gardeł, nie ma "nic się nie stało" po straconym golu, czy "jeszcze jeden" po zdobytym golu, nie ma interakcji jednej strony stadionu z drugą. I było tak w obu meczach. 2. Co nie zmienia faktu, że atmosfera jest niesamowita, a jednocześnie człowiek czuje się absolutnie bezpiecznie i komfortowo. Na mecze przychodzą całe rodziny. Kobiety w ciąży, małe dzieci. Nie ma wulgarnych przyśpiewek i wrzasków. Na derbach Madrytu w naszym sektorze (realowym) siedziało sporo kibiców w barwach Atletico. Nikt na nich krzywo nie spojrzał. Nikt się do nich brzydko nie odezwał. Bo wszyscy zajmowali się meczem. Na meczu Atletico siedziała przed nami rodzina w barwach Deportivo. Jak wyżej. Jednych różniły od drugich tylko barwy, no i to, że po prostu jedni i drudzy cieszyli się i załamywali w różnych momentach. 3. Żeby bylo jasne - animozje międzyklubowe są. Ale nie ma w tym odrobiny bandytyzmu, zero agresji. Scenka sprzed derbów Madrytu: maszerują na stadion kibice Atletico, otoczeni kilkoma policjantami (nie kordonem policji - wystarczy kilku policjantów). Śpiewają piosenki antimadritista, ale idą spokojnie. Naprzeciwko grupka kibiców Realu, którzy coś tam do nich wykrzykują. Ale nie ma rzucania kamieniami, koszami na śmieci, itp. Zrozumieliśmy tylko "cinco minutos" - 5 minut. Czyli że 5 minut potrwa stan remisowy, potem już Real będzie prowadził. Trochę się pomylili - w 9. minucie prowadzenie objęło Atletico i prowadzilo już do przerwy. 4. A'propos animozji międzyklubowych - anedgota: stoisko z gadżetami Atletico przed Vicente Calderon, mój syn krzyczy: - Tato, zobacz, można też kupić szalik Sevilli! - Nie synku, to nie jest szalik Sevilli. Na szaliku był napis: "Puta Sevilla"... Można też było nabyć szalik z napisem Antimadritista. Ale tak jak mówię - na takich gadżetach się wzajemna wrogość kończy. Nigdzie sie to nie przeradza w agresję. Bez obaw wróciliśmy w nocy metrem przez całe miasto do centrum (gdzie rządzą Królewscy) odziani w barwy Atletico. Następnego dnia wsiedliśmy do samolotu powrotnego, sięgnęliśmy po Gazetę, przeczytaliśmy tekst Pawła Czado i się załamaliśmy. 5. Na Santiago Bernabeu większość kibiców oczywiście w koszulkach z 9 - Cristiano. Na meczu Atletico większość kibiców w koszulkach z 10 - Kun Aguero. Po jednej z pięknych akcji Aguero było nawet bodaj jedyne skandowanie "Kun Kun Kun Kunkunkukun". Obaj panowie są już dla swoich kibiców bogami. W Realu Cristiano jest już popularniejszy od Raula. Ale kiedy Raul wchodził na boisko w drugiej połowie - to dostał owację na stojąco. 6. Real momentami (pierwszy kwadrans drugiej połowy) fantastyczny, nie do zatrzymania, nie do pobicia. Ale momentami (pierwsza połowa) bezradny, nie wykorzystujący stuprocentowych sytuacji (Higuain, Ronaldo). No i przy obu bramkach popełnili dziecinne błędy w obronie. Real jest dziś druzyną, która może wygrać z każdym na świecie. Ale może też przegrać z Lyonem. A Atletico - bardzo fajna drużyna. Dużo lepsze niż ich pozycja w tabeli i postawa w Lidze Mistrzów. Messi + Aguero + Higuain - gdyby Argentyna miała lepszego trenera - byłaby w RPA głównym kandydatem do tytułu. Podsumowując - na pewno warto. Mówi się, że są takie miasta (np. Barcelona, Rzym, Londyn, Paryż), które każdy powinien odwiedzić przynajmniej raz w życiu. I na pewno są takie stadiony (Camp Nou, Bernabeu), które każdy kibic też powinien odwiedzić przynajmniej raz. Mogę tylko żałować, że wyjazd przypadł na poprzedni tydzień - nie na ten. W najbliższą sobotę hit hitów. Gran Derbi. Przygotowania już się zaczęły. Budowanie napięcia i okolicznościowe kampanie reklamowe też:
Więcej tutaj. Messi przed chwilą strzelił 4 bramki Arsenalowi. Realowi pewnie tyle nie strzeli. Ale mamy przeczucie, że to będzie jedno z najlepszych Gran Derbi ever. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|