Wpisy z tagiem: NBA
środa, 04 maja 2011
Pamiętacie wierszyk o Murzyniątkach? Co prawda Murzyniątek było dziesięcioro, a w playoffach NBA zostało już tylko Ośmioro, ale ósemkę też można eliminować pojedynczo. Przygotowaliśmy więc nasz własny mini ranking, który odpowiada temu, w jakiej kolejności MY chcielibyśmy odpadać uczestników play offów. Z tym, co się faktycznie zdarzy, nie ma on nic wspólnego. 8. A z ośmiorga Murzyniątek / Wnet siedmioro było, bo się / Jedno całkiem przewierciło / Dłubiąc sobie palcem w nosie. Nie ma kibicowania bez innym dogryzania. Nie ma się cieszenia bez innych niecierpienia. My w tym roku nie cierpimy Heat. A w szczególności nie cierpimy pana, który zabrał swe talenty. Oby się czym prędzej przewiercił dłubiąc w nosie. 7. Tych siedmioro raz czytało / Bajki bardzo, bardzo nudne / I to szóste tak ziewało / Że połknęło w mig to siódme. Na Zachodzie najmniej emocji budzi w nas Dallas. Ostrzeżenie Kobe Bryanta, iż Mavs mogą wygrać z Lakersami, skwitowaliśmy zbiorowym "Yhy". Mavs nie są ani młodzi, ani starzy, ani wielcy, ani kopciuszkowaci. Krewki właściciel to za mało. Odpadamy Dallas. 6. Zaś sześciorgu do obiadu / Ktoś kiszoną dał kapustę / Więc pięcioro pozostało / Bo się zakwasiło szóste. Do wątku zakwasów na pierwszy rzut oka najbardziej pasuje Boston, ale my wiemy lepiej. Zakwaszonym Murzyniątkiem jest Oklahoma, a w roli podarowanej kapusty występuje Kendrick Perkins (który miał pomóc - a zakwasił). 5. W chowanego się bawiła / Murzyniątek cała piątka / Nigdy już nie znaleziono / Ukrytego Murzyniątka. Jamal Crawford, skrzydłowy Hawks, ciągle narzeka że na Hawks nikt nie zwraca uwagi, nikt ich nie dostrzega. No właśnie. My też. 4. Czworo kąpiel brało w wannie / Baraszkując, że aż miło / Pozostało tylko troje / Bo się jedno wymydliło. Historia nagród MVP (Robinson, Nash, Nowitzki, James) nakazuje przypuszczać, że wymydlony zostanie Derrick Rose z kolegami z Chicago. 3. Z trojga małych Murzyniątek / Drugie grało na klarnecie / I tak strasznie fałszowało / Że nie zniosło tego trzecie. Kto może tak strasznie fałszować - jak nie Kobe Bryant? Proroczy wierszyk czyni wprawdzie z klarnecisty mordercę (a nie samobójcę), ale nie bądźmy drobiazgowi. Lakers out. No threepeat. 2. Dwoje z nich zawędrowało / W pewien wiejski raz zakątek / Lecz niestety gęś kopnęła / Przedostatnie z Murzyniątek. Wieś: to Memphis. A wątek gęsio-kopnięcia to przepowiednia dla Zacha Randolpha. Sorry. 1. A ostatnie Murzyniątko / Z samotności zzieleniało / I w ten sposób z Murzyniątek / Żadne już nie ocalało. Czy ktoś ma wątpliwości, o kim jest ten fragment?
niedziela, 01 maja 2011
Niedźwiadki z Memhis zaczęły 2. rundę play offów równie żwawo, jak zakończyły pierwszą serię. Ale dla nas półfinały zaczynają się na dobre dopiero teraz, pierwszym meczem Heat i Celtics.
Nie będziemy tu udawać, że jesteśmy choć ciut ciutek obiektywni. Podziwiamy Pata Rileya za zeszłoroczne zakupy, a LeBrona za kultowe już powiedzonko "take my talents to south beach", ale nic nie ucieszyłoby nas bardziej niż kolejny sweep Bostonu. W tym sensie: jesteśmy dziś clevelandczykami. Sweepu oczywiście nie będzie, Miami jest na to zbyt mocne. Seria zresztą zapowiada się spektakularnie, ktoś w ESPN dokopał się do informacji, że to najbardziej "rozgwieżdżony" pojdeynek od 1983 roku. W obu teamach łącznie jest bowiem aż siedmiu tegorocznych All Starów. Równie wiele, jak gwiazd, będzie i podtekstów. Najbardziej fascynujące "story" dotyczy chyba LeBrona. LeBrona, który rok temu bezskutecznie starał się powstrzymać zmartwychwstałych Celtów, który w końcu wewnętrznie poddał się i chyba potraktował przegraną z ulgą. Jako pretekst, by opuścić Cleveland - strony rodzinne, ale strony które nigdy nie dały mu takiego wsparcia, jakiego oczekiwał. Wybrał LeBron chudszy portfel i infamię, by móc grać z kolegami. I teraz wraz z kolegami ponownie spotka zielonych prześladowców. Jeśli wygra - dowiedzie że miał wtedy rację. Jeśli przegra, tkwić będzie w tym samym miejscu co rok temu. Jak pisze najwybitniejszy amerykański lebronolog, Brian Windhorst: Either lead his team to being more clutch than Ray Allen, more rugged than Kevin Garnett, more crafty than Paul Pierce and more fearless than Rajon Rondo, or endure another burning summer of discontent. Only this time, the mockery will be more about basketball and not public relations. Kibice Bostonu liczą oczywiście na to że żadnego odkupienia win nie będzie. Ale i oni nie mogą liczyć na powtórkę zeszłorocznej demolki. Kibice Bostonu (czyli na ten przykład my...) zgryzot i stresów mają co niemiara. Których Celtics zobaczymy przeciw Miami? Weteranów, którzy w pierwszej połowie sezonu stanowili najlepszy i najstraszniejszy team na Wschodzie? Czy podstarzałych panów, którym piłki wypadały z rąk - i którzy przegrywali tak seryjnie, że półfinał zaczynamy w Miami? Doświadczonych: Allena, Pierce'a i Garnetta - którzy jednak pewnie poradzili sobie z młodszymi i zdolnymi Knicks - czy zasapanych staruszków niezdolnych do upilnowania prawdziwej Wielkiej Trójki? Genialnego Rajona Rondo - czy zagubionego Rajona Rondo? Czy Shaq, który rzekomo jest "bardzo blisko" - faktycznie się pojawi i czy uczyni jakąkolwiek różnicę? Jak bardzo tęsknić będziemy za Kendrickiem Perkinsem, nie tylko za jego "duchem", ale i jego zwalistością? Serce mówi: Boston w 6. Rozum że Miami. Ale my nigdy nie mieliśmy za wiele rozumu.
piątek, 29 kwietnia 2011
"Nikt nigdy nie daje nam żadnych szans" - mówił przed serią z Orlando skrzydłowy Atlanta Hawks, Josh Smith. - "Media nigdy nie mówią o Hawks. Mówią o Orlando, Chicago, Bostonie, Miami. My jesteśmy poza zasięgiem radaru". Po niespodziewanym zwycięstwie w I rundzie play offów, jednak ktoś coś o Jastrzębiach powie. Ale Josh Smith ma rację: nawet w momencie ich triumfu, głownym tematem dla mediów nie była dziarska postawa chłopaków z Atlanty, lecz to, co stanie się z przegranymi z Orlando. A w szczególności - czy ich Superman Dwight Howard pozostanie Supermanem lokalnym, czy też zacznie się rozglądać za bardziej obiecującą planetą, którą mógłby zbawiać. Na pozór wszystko gra, Howard (który ma jeszcze roczny kontrakt z Orlando, z możliwością przedłużenia go o kolejny rok) obfukał reportera pytającego o plany na przyszłość. "To teraz nie ma nic do rzeczy. Nie będę odpowiadać teraz na to pytanie. Nie rozmawiajmy o tym. Nie warto przywoływać tego wątku. Teraz muszę się zastanowić, jak mam się poprawić w przyszłym roku, a nie dla jakiej drużyny będę grać. Możecie przerwać wszystkie spekulacje. Nie warto o tym mówić".
No ale jeśli coś jest pewne, to to ze spekulacjom nie będzie końca. Dwight Howard grał w serii przeciw Hawks wybitnie - średnia 27,4 pkt. 15,6 zbiórki, skuteczność 64% z gry i 67% z wolnych; był absolutnie nie do zatrzymania. A mimo to Orlando przegrało serię z drużyną, którą rok temu rozgniotło w drobny mak, wygrywając 4-0, i z 20-punktową przewagą w każdym spotkaniu. I co gorsza, trudno to spisać na karb "nauki", "rozwoju" i "zdobywania doświadczeń na przyszłość". Orlando było wszak w finale NBA już w 2009 roku. Rok temu w finale Wschodu. To jest zespół, który powinien był wygrywac teraz. I wymiany dokonane przez management Magic miały służyć temu, aby to "okienko szans" (window of opportunity) wykorzystać do maksimum... nim Miami stanie sie prawdziwą drużyną, a Chicago okrzepnie w playoffowych bojach. I klops. Nie pomogło powtórne ściągnięcie na Florydę Hedo Turkoglu, nie zapisał się niczym wybitnym Jason Richardson (najniższa średnia punktowa w karierze), Gilbert Arenas potwierdził zaś starą maksymę, że same nazwiska nie grają. Finansowo Magic są utopieni po uszy (89 mln dolarów na pensje w tym roku, 74 mln w przyszłym) więc szans na wzmocnienia nie ma prawie żadnych. Howard podkreśla, że Orlando to jego dom: "Będzie lepiej, trzeba w to wierzyć. Zrobię wszystko co mogę, aby przewodzić mojemu miastu. Kocham Orlando. Moi fani zasługują na mistrzostwo, będę walczyć o nie dalej. Tylko tyle mogę zrobić. Walczyć".
Pięknie to brzmi, ale... Superman poprzedniej generacji czmychnął z Orlando do LA, zawiedziony brakiem postępów i uwiedziony przez wielkiego Jerry Westa. LeBron - Ten Który Obiecywał Mistrzostwo Swojemu Cleveland - zabrał swe talenty sami wiecie gdzie. Nawet Kevin Garnett, najwierniejszy z wiernych, nie wytrwał w Minnesocie do końca kariery. Prędzej czy później każdemu Supermanowi nudzi się walka w samotności. Magic mają może rok, aby swojego Supermana uratować.
sobota, 13 listopada 2010
Wkleimy wczorajsze podskoki Kevina Love z Minnesoty, bo takie występy nie zdarzają się zbyt często.
Dokładnie: nie zdarzyły się od 28 lat. Kevin miał wczoraj 31 punktów i 31 zbiórek. Ostatnim, który w NBA zaliczył 30/30 był Moses Malone w 1982 roku. "Wydawło mi się, że niezależnie od tego co robią inni, i tak dorwę te zbiórki. Nie wiem co powiedzieć. Jestem pod wrażeniem samego siebie" - powiedział Love po meczu. Znamy to uczucie. Też mieliśmy kiedyś 30 zbiórek. Tablice były nasze - a te przedszkolaki nie miały szans.
piątek, 12 listopada 2010
Mieli wygrać 70 meczów, jak tak dalej pójdzie, nie dobrną nawet do 50. Super team z Miami na razie męczy się przeraźliwie. Wtorkową porażkę z Utah można uznać za pechową, w końcu LeBron miał triple double, a Heat ponad 20-punktową przewagę, no po prostu Paulowi Millsapowi trafił się dzień konia, 46 punktów, w tym 11 w ostatniej pół-minucie meczu (!!!), w tym dobitka równo z końcową syreną dająca dogrywkę.
"Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby Millsap trafił trójkę" - pożalił sie Chris Bosh. "Trochę spanikowaliśmy jako grupa" - dodał D-Wade. "Niestety, w każdym sezonie trzeba przez coś takiego przejść" - powiedział trener Miami, Eric Spoelstra. We wtorek spanikowali, a wczoraj zaspali. W meczu, który miał być rewanżem za porażkę na inaugurację sezonu, Heat spotkali się z Celtami w Miami, i ponownie dostali lanie.
Ray Allen (35 punktów) zaliczył siedem trójek, Paul Pierce (25 pkt) trafił 10 rzutów z 16, Rajon Rondo miał 16 asyst i ogólnie było rozrywkowo. "It's been a pleasure to bring my talents to south beach now on to Memphis" - napisał po meczu Paul Pierce, wyraźnie drwiąc z pompatycznej zapowiedzi LeBrona podczas lipcowego "The Decision". No cóż, trudy dojrzewania - można by westchnąć i przejść nad porażkami Heat do porządku dziennego. W końcu sezon zaczyna się dopiero w kwietniu, prawda? Trzeba dać LeBronowi, D-Wade'owi i CP3 [tfu, CB1] czas, prawda? Muszą się chłopaki lepiej poznać, prawda? Prawda: gdyby nie byli super triem. Super-tria i dream teamy grać powinny wybitnie od pierwszej minuty. A gdy tak się nie dzieje, armie publicystów ruszają w bój i dalejże analizować, co i jak nie działa.
Najciekawszy wątek dotyczy oczywiście ławki trenerskiej Heat. Ciekawe, jak często trener Eric Spoelstra wspomina co i dlaczego przydarzyło się w Miami Stanowi Van Gundy? Faktem jest, że Spoelstra to ukochany wychowanek Pata Riley, taki jakim Van Gundy nigdy nie był. Ale faktem jest też, iż nie ma chyba w NBA równie bezlitosnego menedżera, co Riley. Pytanie, jak Riles mierzy swą cierpliwość. W tygodniach? Miesiącach? Bo na pewno nie w latach.
piątek, 16 lipca 2010
Nowy ochotnik do gry z wielką trójką: Penny Hardaway. Już szron na głowie, już nie to zdrowie, lecz w sercu ciągle maj! 39-letni Penny mówi tak: "Mentally I was retired and physically I was retired. I was playing recreational ball. But when the decision happened with Chris Bosh and LeBron James, I felt like I could really be good in that system." "I can understand where Michael Jordan was coming from coming out of retirement a couple times. When you still have something in the tank it's really hard to let it go." Penny ostatnio grał dla Miami w 2007 roku. Zdobywał 3,5 pkt na mecz. Kto następny? Tim Hardaway?
czwartek, 15 lipca 2010
Nie tylko LeBron James, nie tylko D-Wade, CB4 i Amare, ale kilkudziesięciu innych graczy NBA zdążyło już podpisać nowe kontrakty ze swoimi klubami, znaleźć nowych pracodawców, lub zmienić firmę w ramach jakiejś wymiany. A Shaquille O'Neal wciąż czeka. Przez ostatnie trzy sezony nie wiodło mu się. Z Miami odeszedł w fatalnej atmosferze, nie znalazł wspólnego języka z pędziwiatrami w Phoenix, a w Cleveland z LeBronem też skończyło sie tylko na szumnych deklaracjach ("win a ring for the King") Shaq ma już 38 lat i sam wie, że nie jest już Supermanem z przeszłości. Ale chciałby jeszcze trochę pograć. Problem w tym, że nikt fajny go nie chce. No bo zobaczmy: LA Lakers? To byłoby wymarzone zakończenie kariery. Shaq posikałby się z radości na wieść o powrocie do Los Angeles. Już dawno wybaczył Kobemu dawne scysje, a od roku zaczął się nawet do niego miziać. Kobe... no cóż, powiedzmy, że Kobe patrzy na to inaczej. Po tegorocznym triumfie powiedział dziennikarzom: "mam teraz jeden tytuł więcej niż Shaq. wiecie co to dla mnie znaczy. ja nic nie zapominam". Choć Shaq mógłby Lakersom pomóc (kontuzje Andrew Bynuma), zakłóciłby hierarchię w stadzie. A na to obecny samiec alfa z pewnością nie pozwoli. Nie pozwoli też właściciel Lakers, Jerry Buss, którego juz po transferze Shaq wielokrotnie obśmiewał i obrażał (zresztą... kogo on tam mnie obraził... nawet wielkiego Phila Jacksona nazwał zdrajcą, gdy ten powiedział światu że Shaq był leniem który nie lubił się przemęczać). Więc na powrót do LA zero szans. Miami Heat? To druga wymarzona destynacja Shaqa. Grał tu wcale nie tak dawno, i gdyby wiedział jak potoczą się losy Miami, zapewne nigdy nie przystałby na transfer zimą 2008 do Phoenix. Lecz choć gra u boku LeBrona i D-Wade'a (którego nazywał swym najzdolniejszym uczniem) byłaby fenomenalnym zwieńczeniem kariery, to fakty są takie że chyba nikt w Miami Shaqa nie lubi. Ani LeBron, który - szukając centra - zadzwonił do... Zydrunasa Ilgauskasa, ani Pat Riley, a już najmniej właściciel Miami Micky Arison. Wróbelki ćwierkają, że pobyt O'Neala w Miami nie był wcale sielanką. Na początku Shaq wziął się w garść i schudł, ale nawet podczas play offów imprezował na maksa. A gdy wskutek kontuzji D-Wade'a drużyna zaczęła przegrywać, Shaq stał się znów nieznośną primadonną, narzekającą na reżim treningowy i generalnie na wszystko. Sprzedano go bez żalu. Już po odejściu z klubu O'Neal, swoim zwyczajem, nagadał trochę głupot o dawnych pracodawcach. O tym, że miał w Miami złych lekarzy i kiepskich kolegów. Mosty zostały spalone. Jeśli Pat Riley uzna, że gra jest warta świeczki, to jakieś szanse na powrót O'Neala są. Ale nie jego jednego trzeba byłoby przekonać. Bo co powiedział O'Neal o Chrisie Boshu? Że ten jest "RuPaulem wielkich ludzi". RuPaul to drag queen. Idźmy dalej. Numer 3 na liście marzeń Shaqa to Dallas Mavericks. Z właścicielem Mavs, Markiem Cubanem, Shaq zaprzyjaźniłby się w okamgnieniu. Ale Mavs podpisali nowy kontrakt z centrem Brendanem Haywoodem, a z Charlotte kupili drugiego centra/PF Tysona Chandlera. Trzeciego centra im raczej nie trzeba. Kto jeszcze? Orlando Magic? Mają Dwighta Howarda, i całkiem przyzwoitego zmiennika o przydomku "The Polish Hammer". I mają też własne porachunki z Shaqiem - który Howarda nazwał fałszywym Supermanem, a trenera Stana Van Gundy'ego mięczakiem i panikarzem. Cleveland Cavaliers? Cavs pod wodzą Byrona Scotta będą biegać. Shaq przemieszcza się dostojnie. New York Knicks? Też biegają. Boston Celtics? Przez chwilę huczało nawet w mediach, ze zatrudnią O'Neala. I zatrudnili: Jermaine'a. San Antonio Spurs? Shaq rozgłosił przed początrkiem sezonu transferowego, że to jego "pierwszy wybór". I cisza. Najwyraźniej, jak napisał ESPN, w San Antonio nie lubią eksperymentów z chemii. Utah Jazz? Dajmy spokój. Phoenix? LOL. Na dziś wygląda na to, ze faworytem w wyścigu o Shaqa jest Atlanta. Być może dlatego, że jest w tym wyścigu jedyna. Shaq miałby pójśc do Atlanty w sign'n'trade za Marvina Williamsa. Ale może przegrać rywalizację z Bradem Millerem. Tak, wiemy że to brzmi żałośnie. *** Fakty są takie, że niejednemu z mocarzy NBA Shaq zalazł za skórę swoimi złośliwościami i powiedzonkami. Dziś nie mają ochoty na ponowne spotkanie z dowcipnisiem z przerośniętym ego. A będą i tacy, którzy z satysfakcją pokażą O'Nealowi środkowy palec. Oczywiście, Shaqowi w sile wieku wszystkie przewiny wybaczono by w ćwierć sekundy. Przecież już kiedyś mówił że Pat Riley jest złym człowiekiem, dla którego on, O'Neal, nigdy grać nie będzie. I panowie pogodzili się, i Shaq zagrał. Ale 38-letnim centrom nie wybacza się tak łatwo. *** Jak sądzicie - gdzie wyląduje Shaq? W Miami? W Atlancie? W jakiejś dziurze typu Memphis? A może uniesie się honorem i przejdzie na emeryturę?
wtorek, 13 lipca 2010
Wciąż nie doceniamy Pata Rileya. Wydawałoby się to niemożliwe, zważywszy że Riley - ściągając do Miami LBJ i Bosha - dokonał największego skoku w historii NBA. A jednak. Okazuje się iż Pat Riley nie tylko namółwił Wielką Trójkę do wspólnej gry, ale też skłonił do calkikem sporych obniżek płac. LeBron, Bosh i D-Wade zarobią w ciągu najbliższych 6 lat po ok. 110 mln dolarów, ale każdy z nich zostawił na stole ok. 15 mln dolarów, które miałby podpisując deal za maksymalną gażę. "Tu chodzi o poświęcenie" - powiedział D-Wade i trudno nie przyznac mu racji, niezależnie od dochodów 15 mln dolarów to jednak jest trochę kasy. W pierwszym sezonie każdy z wielkiej trójki (Muszkieterów? a może - jak chcieliby złośliwcy - Nazguli?) dostanie po poinad 14 mln dolarów, to jest ok. 2 mln dolarów mniej od maxa. I te oszczędności, w powiązaniu ze sprzedażą do Minnesoty drugoroczniaka Michaela Beasleya, pozwoliły Rilesowi znaleźć kasę nie tylko na LBJ i Bosha, ale i na dodatkowe wzmocnienia. Pamiętacie argumenty, ze w trójkę meczów się nie wygrywa, a Miami stać będzie tylko na leśnych dziadków za płacę minimalną? Dzięki tym obniżkom pensji gwiazdorów Riley dostał 8-9 mln dolarów do wydania i wydał je znakomicie. Po pierwsze - w Heat zostaje Udonis Haslem, chyba najbardziej niedoceniany czlonek mistrzowskiej ekipy z 2006, skrzydłowy, specjalista od czarnej roboty. Też zostawił na stole 15 mln dolarów. Ale w jego przypadku oznacza to niemal połowę pensji! W Heat przez cztery lata zarobi 20 mln dolarów, w Denver i Dallas dostałby niemal 35 mln. "Odmówiłem. Do zobaczenia w przyszłym sezonie" - napisał do dziennikarzy w Miami.
Drugim nabytkiem Heat jest Mike Miller, jeden z najlepszych strzelców w NBA. Ten przyjdzie w ramach 5-letniego kontraktu za ok. 30 mln dolarów. Też mniej, niż mógłby zarobić gdzie indziej. Za to fuchę będzie miec przednią. W żadnym innym klubie nie znajdzie tylu okazji do rzutów z czystej pozycji, co tutaj, przy podwajanych LeBronie i D-Wade. A rzucać Miller potrafi, oj potrafi (w zeszłym sezonie 48% celnych trójek). Wade-James-Miller-Haslem-Bosh, to piątka dość dziwaczna (bez normalnego centra i rozgrywającego), ale piątka - nie trójka. Możliwości taktycznych jest tu zresztą mnóstwo, wszak i LBJ i D-Wade mogą grać na "jedynce", Bosh może udawać centra itd. Inna sprawa, że Pat Riley zapolował też na rozgrywającego. I próbował skusić Dereka Fishera. Tym razem czar nie podziałał, Fish który nie mógł dojść do ładu z Lakersami, zdecydował że jednak zostanie w LA. Dlaczego? Ano, przez Kobego :) "I have decided to continue with Kobe, continue with our teammates and the fans of Los Angeles," napisał Fisher. "While this may not be the most lucrative contract I've been offered this offseason, it is the most valuable. I am confident I will continue to lead this team on and off the court. Let the hunt for six begin." "At the end of the day, there's one person I could not turn away from. Kobe Bryant asked me to stay but supported whatever decision I made. He and I have played together for 11 seasons, came into the league together as kids, and has been loyal to me even when others had doubts. We have won five championships together." Tej rybki nie udało się więc Rilesowi upolować. Nie wątpimy już jednak, że gdy w listopadzie ruszy NBA, James, Wade i Bosh będą mieli wsparcie sześciu-siedmiu pełnoprawnych graczy tej ligi. Nie wiemy gdzie Riley ich znajdzie - czy w Europie, czy wśród emerytów, czy w lidze letniej, czy w innych klubach. Nie wiemy, jak ich oczaruje. Wiemy tylko, że będą grać w Miami.
piątek, 09 lipca 2010
Nie pogodzimy się łatwo z "Decyzją". Ale wśród blisko 200 komentarzy pod naszymi postami jest kilka polemicznych, które zasługują na pierwszą stronę. A więc cytujemy. Skąd tyle jadu? Ja też nie lubię LeBrona. Jego postawa wręcz zachęca do tego, by go nie lubić. Ale cierpliwości - on ma 26 lat. Przychodząc do NBA jeszcze przed rozegraniem pierwszego meczu podpisał kontrakt z Nike na 90 mln$. Mógł poczuć się jak gwiazda, ale teraz według mnie widać, że się zmienia. I po co to porównywanie do Jordana? MJ zdobył pierwszy tytuł mając 28 lat. Bardzo prawdopodobne jest, że LeBron zdobędzie swój w wieku 27, a potem pójdzie już z górki. Wiadomo, że grając w Miami spadną mu statystyki, ale wreszcie będzie mógł pokazać, ile naprawdę jest wart. Ja kibicuję Miami odkąd pojawił się tam D-Wade i dalej jest to moja ulubiona drużyna.
Gość: RayRay, 193-239-36-129.ksi-system.net Z tego co tu pobieżnie przeczytałem, wnioskuję, że wielki koszykarz ma tylko jedną opcję do wyboru: grac calą karierę w jednym klubuie, zabiegać o wzmocnienia, ew jeśli sie nie uda to w wieku 32 lat iść gdzies, żeby wywalczyć jakichś pierścień? Czyli pozbawić się szansy wygrywania w swoich najlepszych latach? Jaka jest różnica w zabieganiu o wzmocnienia w jednym teamie od pojscia do 2 juz wzmocnionegoo? Nie każdy ma szczęscie posiadania Pippena niemal od początku kariery, Shaqa itp. itd. Gość: simon, 85.222.87.1* To nie tylko o pogodę się rozchodzi. Miami to jednak bardzo atrakcyjne miasto pod każdym względem. W porównaniu z Cleveland to niebo i ziemia. Lebron ma chyba żonę i dzieciaka. Dla nich to zapewne też ważna sprawa. Ja bym wolał mieszkać i pracować chociażby w Warszawie niż w Bełchatowie z całym szacunkiem dla tego miasta. Nawet gdybym był robotą zajęty przez 12 godzin na dobę. Przejrzałem komentarze i trochę robi się śmiesznie, bo przypierdalanie się do Lebrona o tą decyzję trąci fanatyzmem. w osobie Zen Mastera. Gość: Syk, abta138.neoplus.adsl.tpnet.pl
Ależ z Was płaczki! Ależ Wam żal tyłek ściska! Lebron Jordanem nie jest i nie będzie. kariera MJ'a była jak z bajki. Mistrzostwa, buzzery, come backi itd. Bajka. Kariera Lebrona to ścieżka kreowana przez speców od PR. Koszykarsko Lebron też 15 per game był gorszym PF niż Bosh? A czy Miami znajdzie lepszych graczy niż Kukoc, Harper, czy Longley? Z tego rachunku wynika, że Jordan miał lepszych pomagierów niż James. A przecież nikt nie wymagał od niego, aby sam podjął rękawicę walcząc np w Vancouver u boku takich tuz jak Rolnik Reeves czy Antonio Daniels.
Problem w tym, że wszyscy sądzili, że LBJ wybierze opcje z Rosem i Noahą w Bykach, albo z Boshem/Amare w NYK, ewentualnie zostanie w Cle. Spodziewaliśmy się pewnie Boozera z kolegą Wadem, trochę innych ruchów kadrowych i wielką rywalizacje za rok. Wszak miały walczyć jak równy z równym CLE, BOS, ORL, MIA, CHI, NYK. I czekać na Lakersów w finale. Tymczasem NYK, NJN i CLE zostają z niczym. MIA wyrasta na potęgę. I ta dysproporcja wszystkich właśnie ugryzła w tyłek. Panów MRPW, że nie będzie come backu Bostonu, Dana Gilberta, że CLE wraca do hadesu - czyli do epoki Dariusa Milesa i Rickiego Davisa, kibiców LAL, że być może właśnie zakończyła się ich dynastia. A dla kibiców 1/3 pozostałych drużyn (w tym i mnie jako Clutchfana), że nie udału się złowić nikogo spośród wielkiej trójki FA. Sorry, właśnie tworzy się nowa historia. ***
Tyle Wy, więcej w komentarzach.
A z amerykańskich komentarzy na miano najlepszej obrony LeBrona zasługuje na razie ten tweet Dana LeBatarda, dziennikarza z Miami:
The hour was a disaster. But the dude sacrificed ego, legacy, money, etc to share a team with friends. Media is a cruel, cruel bitch.
A więc już wiemy. W specjalnym programie ESPN-u, LeBron James ogłosił, że od przyszłego roku grać będzie wspólnie z D-Wade'em i Chrisem Boshem, w Miami.
Szok, jednak. Dlaczego? 1. "Winning is a huge thing for me" - powiedział LeBron tłumacząc swój wybór. A nic, zdaniem LeBrona, nie gwarantuje przyszłych mistrzostw tak, jak wspólna gra z D-Wade'em i Boshem. Dlaczego więc niemal nikt wcześniej nie obstawiał Miami w roli faworyta? Bo chyba nikt się nie spodziewał że LeBrona stać na to, aby dołączyć do cudzej drużyny. Aby zrezygnować z przywództwa i chęci zdobycia tytułów samodzielnie. Wyobrażacie sobie Michaela Jordana, który - powiedzmy - przenosi się do Nowego Jorku, aby grać u boku Pata Ewinga? Albo do Detroit, żeby zagrać wspólnie z Isiahem, by nikt z nich "nie miał tej presji, że co noc musi zdobywać 30 punktów"? Wyobrażacie sobie Kobego, który spotyka się z Nashem czy Duncanem i w sekrecie aranżuje swój transfer do San Antonio czy Phoenix? Niemożliwe. Najwyraźniej LeBron takim wojownikiem nie jest. 2. Jest nim natomiast Pat Riley. Nie znoszę gościa, od kiedy zdradził Nowy Jork. Ale menedżerem jest wybitnym. To przecież już czwarty raz, kiedy w Miami dokonuje cudów: - po raz pierwszy, gdy ściągnął tam Alonzo Mourninga z Charlotte. Podziwiać należy konsekwencję i zdolności matematyczne Rilesa. Bodaj siedem drużyn stać było tego lata na zaoferowanie komuś maksymalnego kontraktu. Cztery (Nowy Jork, New Jersey, Chicago i Miami) mogły teoretycznie zaproponować maxa lub "prawie maxa" dwóm zawodnikom. Ale tylko Miami stać było na zatrudnienie aż trzech graczy po "prawie maxie". Riley uczynił to, rygorystycznie pilnując - przez kilka lat! - aby żaden kontrakt nie wykraczał poza lato 2010. I konsekwentnie czyszcząc skład ze wszystkich nawisów płacowych. Wczoraj Heat mieli na kontrakcie dwóch (słownie: dwóch) zawodników. Przy czym jednego z nich, Michaela Beasleya, zamierzają właśnie sprzedać do Minnesoty. 3. Faktem jest, że James, Wade i Bosh będą musieli pogodzić się z obniżką płac. Co za poświęcenie! Zamiast 16,5 mln dolarów rocznie, dostaną po ok. milion mniej. W ostatecznym rachunku strata będzie mniejsza lub żadna, bo na Florydzie nie ma podatku dochodowego, niemniej... co za gest. LOL 4. Pat Riley nie tylko załatwił sobie SuperTrupę, ale też wystawił do wiatru swoich konkurentów. Jego triumf jest więc podwójny (poczwórny?). Bo zobaczcie: od dwóch lat wszyscy oszczędzali, aby mieć pod salary cap miejsce na zatrudnienie gwiazd podczas Wielkiego Lata Transferowego 2010. Nowy Jork wręcz dopłacał tym, którzy chcieli brać jego graczy. Można się było spodziewać, że drużyny podzielą się łupami i tak ułoży się nowy układ sił na Wschodzie. A tymczasem łup numer 1, 2 i 3 zgarnęło Miami. Chicago pocieszyło się Carlosem Boozerem, który - umówmy się - ani LeBronem, ani D-Wade'em nie jest. I nie rozwiązuję głównego problemu Bulls, polegającego na tym, iż tam nikt nie umie rzucać. Nowy Jork ma Amare Stoudemire - za 100 mln dolarów, z chorymi kolanami i bez point guarda. New Jersey? Właśnie zsatrudnili Travisa Outlawa. Kogo? No właśnie. Cleveland ma figę z makiem. Z tej perspektywy... szanse Bostonu na kolejny finał NBA nie wyglądają wcale źle. 5. W Miami powstanie supertrupa, i może powstać dynastia. Ale nie od razu. Na razie bowiem Heat mają trzech zawodników. Trzech. A w koszykówkę jednak nie gra się w trójkę. Czwartym graczem Heat jest niejaki Mario Chalmers. Centra, rozgrywającego i ławki brak. Teraz oczywiście zacznie się polowanie na weteranów, którzy chcą się "poświęcić" grając u boku LeBrona. Ale za minimalną pensję porządnej ławki się nie wybuduje. A przypomnijmy. Michael Jordan, wcale nie ułomek, w Chicago grał nie tylko z Pippenem i Rodmanem, ale też z Harperem, Kerrem, Buechlerem, Longleyem, Wenningtonem i Kukocem. Shaq i Kobe w Lakersach - z Fisherem, Harperem, Shawem, Horrym. Nawet bostońska "wielka trójka" nie przyszła na pustynię. Miała wsparcie Big Baby Davisa, Rajona Rondo, Perkinsa, Allena, Scalabrine'a... 6. Właściciel Cleveland, Dan Gilbert, wściekł się jak chyba żaden inny magnat w historii NBA. Opublikował pełen jadu list, w którym m.in. pisze, że LeBron jest narcyzem, że postąpił totalnie nielojalnie, ale ze prześladująca Cavs klątwa pójdzie za nim do Miami, a Cleveland zdobędzie mistrzostwo nim zrobi to "samozwańczy Król" Kilka fragmentów: This was announced with a several day, narcissistic, self-promotional build-up culminating with a national TV special of his "decision" unlike anything ever "witnessed" in the history of sports and probably the history of entertainment. Clearly, this is bitterly disappointing to all of us. The good news is that the ownership team and the rest of the hard-working, loyal, and driven staff over here at your hometown Cavaliers have not betrayed you nor NEVER will betray you. "I PERSONALLY GUARANTEE THAT THE CLEVELAND CAVALIERS WILL WIN AN NBA CHAMPIONSHIP BEFORE THE SELF-TITLED FORMER 'KING' WINS ONE" You can take it to the bank. A w wywiadzie z AP, Dan Gilbert powiedział jeszcze że LeBron od końca sezonu ani razu nie odpowiedział na jego telefony czy SMS-y. I że do ostatnich chwil nie raczył poinformować Cavs o swojej decyzji. No i jeszcze, że LeBron poddał się w trakcie serii z Bostonem: "He quit," Gilbert said. "Not just in Game 5, but in Games 2, 4 and 6. Watch the tape. The Boston series was unlike anything in the history of sports for a superstar." Biedne Cleveland. I biedny Gilbert, który przez siedem lat zabiegał o zaufanie i wzajemność swej supergwiazdy. Będzie tej tyrady żałować. Cytat dnia (za Sports Illustrated):"LeBron James does not have the heart of a champion. He does not have the competitive fire of Jordan, the bull-headed determination of Kobe Bryant, the quiet self-confidence of Tim Duncan, the willful defiance of Isiah or the winning-is-everything hunger of Magic Johnson.He is an extremely gifted player who wants the easy way out." |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|
LeBron z dwoma superkolegami będzie miał pozornie dużo łatwej, ale może faktycznie być dużo trudniej.
Wiadomo, że lepszą opcją jest gdy drużynę ciągną dwa (czy nawet trzy konie) niż jeden, ale w koszykówce piłka jest jedna, a rzutów do wykonania 70-90 w meczu i jedn w każdych 24 sekundach. Miami będzie mieć znaczanie więcej możlwiości gry jeden na jeden swoich gwiazd, ale czy to już faktycznie tak ogormna przewaga? Co z tego, że zasłony będzie stawiał Bron, pick'n'role grał Bosh, w nba są lepsi gracze od tego i za mniejsze pieniądze. Czy naprawdę, to aż taka różnica czy Supermana będzie podwajał Bron i Bosh, a nie np. Moon czy Jamison. Wade to niezły flopper, ale lepszego od Varejao szczególnie pod koszem ze świeczką szukać.
Kto będzie biegał za obwodowymi Orlando, gdy ci będą miotać trójki? Gwiazdy czy bogowie na jedno wychodzi. Co za różnica czy do biegał będzie kontrataku czy na dunk po ścięciu J.J. Hickson czy Bosh. Kto będzie czekał na wide-open trójki w rogu, czy na obowodzie? Jest wielu graczy w lidze, którzy mogę trafiać otwarte rzuty z 4-6m. Niepotrzebny do tego LeBron wystarczy BigZ czy Nocioni, itd.
Podsumowując wyliczankę: deskę mogą mieć mocną, ale reszta to same niewiadome.
Jak będzie obrona, kto będzie trenerem, jak będą dzielić piłkę, jaki system itd.
No zobaczymy, co będzie z tej hucpy i farsy. Na szczęscie liga to jeszcze nie jest niekończący się all-stars weekend, bo to chyba oznacza ten komuniikat o zejściu się trzech gwiazd.