Wpisy z tagiem: Argentyna

sobota, 27 listopada 2010

Ten drugi, który ze mną bloguje, napisał dziesięć dni temu tak:

Dawno, dawno temu Guardian popełnił listę "50 sporting things you must do before you die".

Na pierwszym miejscu nie znalazł się mecz Barcelona - Real. Nie było to również Grand Prix Monaco Formuły 1. Ani nie finał Wimbledonu, nie finał Ligi Mistrzów, nie pojedynek bokserski o Mistrzostwo Świata wagi ciężkiej, nie derby Mediolanu (na których prawie przedwczoraj byliśmy, ale o tym w jednej z kolejnych notek), nie olimpijski finał biegu na 100 m z Usainem Boltem w roli głównej, nie finał Ligi NBA, nie zjazd w Kitzbuehel, ba - nawet nie Puchar Świata w skokach narciarskich w Zakopanem.

Na miejscu pierwszym znalazło się Superclásico.

(...) Pewnie nigdy w życiu nie uda nam się być na żywo na Superclasico, choć z drugiej strony - nigdy nie mów nigdy. Warto mieć marzenia, a marzenia mają to do siebie, że czasem się spełniają.

***

Na meczu nie byliśmy, ale okazało się całkiem niespodziewanie, że była na nim nasza koleżanka Albinka :) Której, szczerze mówiąc, w ogóle nie podejrzewaliśmy o uczestnictwo w widowiskach sportowych, tym bardziej takich o pół świata stąd.

No to wyprosiliśmy relację. Oto ona:

Już tydzień przed meczem w gazetach poświęcano po kilka stron derbom BA, w kawiarniach, w sklepach zagadywano o meczu, a niektórzy Argentyńczycy jak Sebastian, znajomy nauczyciel tanga, wracali z zagranicy, aby w tym dniu być w mieście. - Razem z innymi, będę wśród swoich przeżywać to, po co warto żyć: zwycięstwo naszych. Boca wygra! Przyjechałem z Nowej Zelandii aby być razem z nimi.

Sebastian nie zdobył biletu, mecz planował oglądać ze znajomymi w domu. Kiedy dowiedział się że będę na meczu, ten pogodny i życzliwy człowiek rzucił „nienawidzę cię”.

Od innych znajomych dostaliśmy pełno rad:
nie bierz nic, co nie będzie potrzebne na meczu,
miej oczy wokół głowy,
nigdy nie wiadomo co się zdarzy.

No i wreszcie jest wtorek 16.11. Podział w naszej grupie 2:1 (dwoje kibiców Boca, jeden River). Wyrównuje się, gdy przychodzi Stefan, nasz argentyński znajomy i kibic River. Ruszamy samochodem w stronę stadionu, kodeks drogowy obowiązuje w formie umownej, choć można podjechać bliżej niż na koncert Paula McCartney, który tydzień wcześniej wystąpił na stadionie River Plata.

Fale ludzi nadchodzą z każdej strony, prawie wszyscy w  białych koszulkach z czerwonym pasem. Niebiesko- żółci, kibice Boca przyjdą na stadion później w zwartej grupie. Wśród kibiców sporo rodziców z dziećmi. Wielu przyjeżdża na motorach zostawiając je na chodnikach bardzo blisko wejścia na stadion.

Pytamy Stefana, czy na meczu będzie Maradona.

- Nie, na nasz stadion przychodzi tylko wtedy gdy gra reprezentacja. Dziś to nasz dzień, w Boce przegraliśmy, ale dzisiaj wygramy - zapewnia Stefan

No i wreszcie na dwie godziny przed meczem jesteśmy na stadionie i ... kocioł, wrzenie, to coś niemal nas zatrzymuje, jak niewidzialna ściana.
Szukamy miejsca, ale wszystkie siedzące już zajęte. Jesteśmy jednymi z ostatnich wypełniających przejścia między sektorami. Stadion się gotuje, śpiewy nie milkną nawet na sekundę. Nagle wszyscy wstają i wykonują lekceważące gesty w stronę sektora, na który wchodzi grupa kibiców w niebieskich koszulkach.
- Co do nich krzyczycie? - pytamy Stefana.
- Dajemy im dobre rady, żeby  się poddali, jeszcze jest na to czas, oszczędzą sobie wstydu.

Odpowiedź kibiców Boca do nas nie dochodzi, tumult rośnie, a i tak już niemal nie słyszymy samych siebie.


Na boisku pojawiają się tunele, za chwile wyjdzie Ortega i inni bohaterowie kilku ostatnich dni. Sektor niebieskich nie poddaje się i wywiesza mega flagę. Odpowiedź Riva jest natychmiastowa. Po drugiej stronie pojawia się majestatyczna biało-czerwona flaga, o niewyobrażalnej wielkości, spływając  z górnych sektorów zasłania cały wiraż za bramką. Wzrasta natężenie śpiewu, a w oczach sąsiadów pojawiają się łzy wzruszenia. Wszyscy na stojąco oddaję hołd barwom klubowym, a pieśni wzruszają stojących niedaleko nas Amerykanów z Kalifornii, którzy o piłce - jak się później dowiedzieliśmy - wiedzą tylko tyle, że grają dwie drużyny.

Kiedy na murawie pojawiają się piłkarze, ryk trybun wzrasta, konfetti zasypuje murawę, w wiosenny wieczór nad stadionem przechodzi papierowa zamieć. Race dymne powodują, że widoczność spada do kilku metrów, nie widzimy boiska.

Po dłuższej chwili flagi unoszą się do góry, aby pojawić się dopiero w przewie meczu.
Po gwizdku sędziego śpiewy nie ustają.
- Teraz jakich rad im udzielacie? - pytam Stefana.
- Rady były przed meczem. Teraz mniej lub bardziej ich obrażamy - odpowiada Stefan i znowu machając lekceważąco ręką w kierunku sektora Boca śpiewa pieśń wielbiącą graczy River.

Także w trakcie przerwy Estadio Monumental nie milknie. Jednak pełnię swoich możliwości pokazuje dopiero w 53 minucie kiedy to Jonatan Maidana strzela zwycięskiego (jak się później okazało) gola dla River Plate. Riva VIVA! Flaga nie tylko majestatycznie ale i radośnie spływa z korony stadionu, a kibice dostają radosnej głupawki.

Boca nie mogą przekrzyczeć Riva, ale nie poddają się w zapale wspierania swoich bohaterów. Cały sektor płonie żółtymi racami.
Od tego momentu niebiescy mają przewagę na boisku - ale choć częściej są przy piłce, nie tworzą zagrożenia pod bramką gospodarzy.

To wspaniałe widowisko w wykonaniu kibiców. Gracze obu drużyn spisali się znacznie gorzej. To był słaby mecz..

Po końcowym gwizdku sędziego radość River porównywalna jest ze zdobyciem mistrzostwa świata. Stadion jeszcze przez ponad pół godziny faluje radośnie, tyle mniej więcej czekaliśmy aż opuszczą go kibice Boca.

W drodze do domu mijają nas samochody z których powiewają flagi River, a klaksony zlewają się w jeden wielki jazgot, który po tym co słyszeliśmy na stadionie, nie robi już żadnego wrażenia...

REKLAMA