Wpisy z tagiem: Adam Małysz
poniedziałek, 22 lutego 2010
32 lata. To sporo jak na skoczka narciarskiego. 36 lat - to już zazwyczaj emerytura. Jeszcze tydzień temu wszyscy byli przekonani, że to są ostatnie igrzyska Adama Małysza. Sam Małysz śmieje się z dziennikarzy, którzy tak jak 4 lata temu, po nieudanym Turynie, próbowali wymusić na nim deklarację, że odstawi narty, tak teraz próbują go namówić na trwanie jeszcze przez 4 lata - do igrzysk w Soczi.
Sprawdziliśmy wiek wszystkich medalistów ostatniego trzydziestolecia, od Lake Placid. I tak: 1980, Lake Placid - Jouko Tormanen 26, Jari Puikkonen 21, Hubert Neuper 19, Toni Innauer 22, Manfred Deckert 19, Hirokazu Yagi 20 1984, Sarajevo - Matti Nykaenen 21, Jens Weissflog 20, Pavel Ploc 20, Puikkonen 25 1988, Calgary - Nykaenen 25, Erik Johnsen 23, Matjaz Debelak 23, Ploc 24, Jiri Malec 27 1992, Albertville - Toni Nieminen 17, Martin Hollwarth 18, Hein Kuttin 21, Ernst Vettori 28 1994, Lillehammer - Weissflog 30, Espen Bredesen 26, Andreas Goldberger 21, Lasse Ottessen 20, Dieter Thoma 24 1998, Nagano - Jani Soininen 25, Kazuyoshi Funaki 23, Andreas Wildhoelzl 21, Masahiko Harada 30. 2002, Salt Lake - Ammann 21, Hannawald 27, Matti Hautamaeki 21 2006, Turyn - Lar Bystoel 27, Hautamaeki 25, Roar Ljoekelsoey 30, Thomas Morgenstern 19, Andreas Kofler 22 2010, Vancouver - Ammann 29, Małysz 32, Gregor Schlierenzauer 19. Małysz jest w tym gronie weteranem absolutnym - najstarszym medalistą, ba - jest w tym gronie jedynym 30-latkiem (trójka Harada, Weissflog i Ljoekelsoey zdobywali medale tuż przed 30. urodzinami). Medale olimpijskie zdobywają zazwyczaj 20-kilkulatkowie. Ale przecież wyjątki się zdarzają. 62 lata temu srebrny medal olimpijski zdobył 37-letni Birger Ruud. A wczoraj ósme miejsce zajął blisko 38-letni Noriaki Kasai. Skoro 38-letni Kasai potrafi wskoczyć do dziesiątki, to przecież nikt nam nie powie, że 36-letni Małysz nie będzie w stanie wskoczyć na podium.
Nie wiemy, jaką decyzję podejmie Adam Małysz. Ale na pewno będziemy go w niej z całego serca wspierać. Dopóki skakanie sprawia mu przyjemność - niech skacze.
niedziela, 21 lutego 2010
Niech ten skok Małysza na olimpijskie podium zamknie usta malkontentom, których poza złotem nic nie jest w stanie w pełni uradować. To taka modna klisza: liczy się tylko pierwsze miejsce. Każde inne jest porażką. Każde inne miejsce pozostawia niedosyt. Firma Nike zrobiła kampanię reklamową przed igrzyskami w Atlancie: "You don't win silver - you lose gold", i choć kampania była głupia, to bon mot osiadł w głowach. Jak np. ubolewał Rafał Stec po konkursie na srebrnej skoczni: "Niesamowite, a jakie gorzkie zarazem jest to srebro (...) Sportowiec formatu Małysza bez olimpijskiego triumfu nigdy nie poczuje się sportowcem spełnionym". A jednak wczoraj nie widzieliśmy goryczy. Widzieliśmy człowieka dumnego, z tego co dokonał. Spełnionego. I szczęśliwego jak małe dziecko. "To co się tutaj wydarzyło, jest jak ze snu. Jestem w siódmym niebie. I ósmym i dziewiątym i dziesiątym..." - mówił Małysz dziennikarzom. *** W zgiełku głosów dywagujących o Złocie i domagających się Złota, łatwo nie docenić osiągnięcia Małysza. A przecież, nawet w jego fenomenalnej karierze, ten tydzień należeć będzie do największych. Na pewno jest największym od trzech lat, gdy w Sapporo Adam sięgał po swój czwarty tytuł mistrza świata. Ale (to trudno) ocenić - może i większym niż wtedy: z Japonii Małysz wrócił ze złotym krążkiem, ale tylko z jednym. Z Kanady - z dwoma!
Przypomnijcie sobie sobie smutne igrzyska w Turynie, gdy męczyli się i Kuttin, i Małysz, a kibice smętnie pocieszali się, że przecież jeszcze będzie Vancouver... Taaaa, Vancouver. LOLZ. A na Wyspach Bergamutach podobno jest kot w butach. Od trzech lat Małysz nie wygrał konkursu Pucharu Świata. Rok temu w Libercu zajął miejsca: 12 i 22. Wtedy obstawianie medali w Vancouver wydawało się zajęciem z gatunku science - fiction. *** Nawet jeden, brązowy medal Małysza, byłby w Vancouver godnym podziwu osiagnięciem. Dwa srebra są czymś fenomenalnym. To więcej, niż Małysz osiągnął osiem lat temu, gdy był u szczytu sławy i możliwości fizycznych. W Salt Lake City był brąz na skoczni normalnej, i srebro na dużej - szczęśliwe bo podarowane przez Svena Hannawalda, który walcząc o złoto podparł ostatni skok. Teraz Adamowi nie tylko udało się trafić ze szczytem formy z precyzją Wilhelma Tella (co w skokach jest w ogóle niebywale trudne - a z wiekiem, jak można się spodziewać, coraz trudniejsze). Ale też włożyć w konkursowe skoki 100% siły, pasji, mądrości i doświadczenia. Przecież na treningach dalej skakali i Schlierenzauer, i Morgenstern, i Jacobsen.
Ammann był poza zasięgiem. I trudno, tak bywa. W niczym nie umniejsza to wyczynu Małysza. Pamiętacie ten słynny cytat amerykańskiego trenera futbolowego Vince'a Lombardiego: "Winning is not everything - it's the only thing"? Otóż on prawdopodobnie nigdy tego nie powiedział. Powiedział coś innego: "Winning is not everything - but making an effort to win is."
sobota, 20 lutego 2010
Wzruszamy się. Więc nim poskładamy myśli - piosenka która nam przyszła do głowy po drugim skoku Adama. Równie modna, jak wąsik naszego mistrza.
Apoloniusz Tajner już życzy Adamowi, aby dotrwał do Soczi, a może i ewentualnych MŚ w Zakopanem w 2015 roku. Dziś taki dzień, że wolno marzyć :)
niedziela, 14 lutego 2010
W komentarzach poskokowych w polskich mediach dominuje entuzjazm połączony jednak z pewną nutką rozczarowania. "Ten cholerny szwajcarski Harry Potter znów nam to zrobił. Mało mu dwóch złotych medali ‘skradzionych’ Adamowi Małyszowi na igrzyskach w Salt Lake City. (...) Złota, złota żal." - pisze Michał Pol. "Niesamowite, a jakie gorzkie zarazem jest to srebro... (...) Sportowiec formatu Małysza bez olimpijskiego triumfu nigdy nie poczuje się sportowcem spełnionym. (...) Im bardziej jednak uświadamiamy sobie naszego skoczka wyjątkowość, tym dolegliwiej odczuwamy okrucieństwo jego losu, tym silniej dociera do nas, jak ogromną stawkę będzie miał następny konkurs." - to Rafał Stec. Kompletnie tej nutki rozczarowania nie rozumiemy. Owszem, złoty medal jest fajniejszy niż srebrny medal. Ale srebrny jest fajniejszy niż brak medalu.
Nie jesteśmy rozczarowani. Jesteśmy szczęśliwi. To nie jest tylko srebrny medal. To jest AŻ srebrny medal. Małysz wczoraj nie przegrał złota - on wygrał srebro, wyrwał je - wbrew logice, wbrew biologii, wbrew lepszym przez ostatnie lata, młodszym rywalom, wbrew koalicji Austriaków, wbrew Schlierenzauerowi, wbrew Morgensternowi, wbrew wszystkim tym, z którymi przez ostatnie trzy lata regularnie przegrywał. Skoki narciarskie są dyscypliną, o której wynikach bardzo często decyduje przypadek. Historia zna mnóstwo takich przypadkowych jednorazowych mistrzów olimpijskich i złotych medalistów mistrzostw świata. Jani Soininen w Nagano, Lars Bystoel w Turynie. Czy - żeby daleko nie szukać - nasz Wojtek Fortuna. Mistrzowie Świata - Franci Petek i Heinz Kuttin w Val di Fiemme, Rok Benkovic w Obertsdorfie. Ktoś o nich dzisiaj pamięta? Czy młodszy od Małysza emerytowany alkoholik Bystoel to bardziej spełniony sportowiec od Adama?
Ba - przypadkowym podwójnym mistrzem olimpijskim był też Simon Ammann w Salt Lake City, człowiek, który nigdy przedtem i przez wiele lat potem prawie nic nie wygrał. Regularnie daleko skakać zaczął dopiero w ubiegłym roku. Tyle, że w 2002 roku Ammann ukradł złoto bardziej Svenowi Hannawaldowi niż Małyszowi. To Hannawald skakał wtedy jak natchniony, wygrał (jako jedyny w historii) wszystkie konkursy Turnieju Czterech Skoczni i gdyby (walcząc o złoto) się nie wywrócił, to zdobyłby dwa srebrne medale. Złotego medalu igrzysk olimpijskich nie ma na swoim koncie Adam Małysz. So what? Andreas Felder, który królował na skoczniach na przełomie lat 80-tych i 90-tych (raz pierwszy, w sumie 6 razy na podium klasyfikacji generalnej) nie ma żadnego indywidualnego medalu olimpijskiego. Podobnie zresztą jak pięciokrotny zwycięzca Turnieju Czterech Skoczni, dziesięciokrotnie (!) na podium klasyfikacji generalnej TCS, dwukrotny zdobywca Kryształowej Kuli, człowiek, który żeby dać sobie jeszcze jedną szansę na olimpijski medal, przerwał narciarską emeryturę, Janne Ahonen. Dwaj panowie, którzy niepodzielnie rządzili na skoczniach pod koniec XX wieku, zdobywając po dwie Kryształowe Kule, Primoż Peterka i Martin Schmitt - też nie mają indywidualnych medali olimpisjkich. Podobnie jak Armin Kogler, gwiazda skoków na początku lat 80-tych. Andreas Goldberger, trzykrotny zdobywca Kryształowej Kuli w latach 90-tych, ma na koncie jeden brąz (w Lillehammer), czyli dorobek identyczny z panami Matjazem Debelakiem i Jiri Malcem, brązowymi medalistami z Calgary. Itd. - przykłady można mnożyć. Małysz ma dwa srebrne medale i jeden brąz. O dwa srebrne medale więcej niż Kogler, Felder, Peterka, Schmitt i Ahonen razem wzięci. Słabo?
Ma też 4 złote medale (i jeden srebrny) Mistrzostw Świata, imprezy o randze porównywalnej z Igrzyskami Olimpijskimi, ale o tyle, mniej przypadkowej, że odbywa się częściej - co 2 lata. Więcej od Jensa Weissfloga (2 złote, srebrny i 2 brązowe). Więcej od Matti Nykaenena (złoty, srebrny, 2 brązowe). Więcej od Goldbergera (2 srebrne i 2 brązowe). I więcej od Ammanna (złoto, srebro, brąz). Więcej od kogokolwiek. Wbrew euforycznym zapowiedziom w mediach, Adam naprawdę nie był faworytem do złota wczorajszego konkursu. Nawet na tych treningach, kiedy rzekomo skakał najdalej, to jak się wczytywaliśmy dokładniej, to okazywało się, że Ammann (albo Schlierenzauer, albo Morgenstern) skakał tyle samo i to z niższego rozbiegu, albo nie skakał wcale. Małysz nie wygrał zawodów Pucharu Świata od trzech lat. Od TRZECH lat. W ciągu tych trzech lat tylko pięciokrotnie udało mu się wskoczyć na podium, z czego w obecnym sezonie dwukrotnie. Czy nam się to podoba, czy nie - Adam nie skacze dziś tak, jak skakał wtedy, kiedy wygrywał Puchary Świata i Mistrzostwa Świata, odlatując rywalom na przynajmniej kilka metrów w każdym skoku. Nadzieja Małysza (i nasza) polegała na tym, że nikt tak dziś nie skacze. Na tym, że on zrobi swoje i w tym decydującym momencie Schlierenzauer i Ammann, dwaj panowie, którzy przez ostatnie dwa sezony rozdają dzielą i rządzą na skoczniach, plus ten trzeci, którego forma eksplodowała na igrzyska, Morgenstern, nie wytrzymają napięcia i nie odlecą tak jak by mogli odlecieć. Małysz swoje zrobił ale jak się okazało - do trzech razy sztuka - Morgenstern nie odleciał, Schlierenzauer nie odleciał (w pierwszym skoku), Ammann odleciał.
Złoty medal Małysza wczoraj byłby tak samo niesprawiedliwy, jak złote medale Ammanna 8 lat temu. I byłby kolejnym dowodem na przypadkowość skoków narciarskich. Ale srebrny jest potwierdzeniem wielkości Adama. Bo Adam Małysz zajął drugie miejsce w swoim najlepszym konkursie od blisko 3 lat, kiedy wygrywając w Planicy, zapewnił sobie czwarty triumf w Pucharze Świata, wyrównując osiągnięcie Matti Nykaenena. Cieszmy się więc, bo naprawdę jest z czego. To drugie miejsce wczoraj w Kanadzie jest naprawdę warte dużo więcej, niż to sprzed półtora tygodnia w Klingenthal. Wczoraj uważnie przyglądaliśmy się człowiekowi stojącemu na drugim miejscu podium. I naprawdę nie widzieliśmy "człowieka niespełnionego, okrutnie pokaranego przez los, wściekłego na tego cholernego szwajcarskiego Harry Pottera, człowieka, któremu żal złota i który wie, że została mu jeszcze tylko jedna jedyna szansa."
Tak to się mógł wczoraj czuć Janne Ahonen, który zajął wczoraj najgorsze - czwarte miejsce. A na drugim miejscu podium widzieliśmy wczoraj człowieka szczęśliwego.
sobota, 13 lutego 2010
Mieliśmy nadzieję, nic nie pisaliśmy przed igrzyskami, nie chcieliśmy zapeszyć.
Ammann był dziś lepszy, ale to bez znaczenia. Adam jesteś wielki, Adam kochamy Cię. Sam sobie to wyrwał! :-) Ciężka praca, nieudane dwa ostatnie sezony, bez zwycięstw, prawie bez podium. Cień nadziei po zeszłorocznych zawodach w Planicy. Potem marny początek tego sezonu. Słaby Turniej Czterech Skoczni. I potem little by little, krok po kroku. Regularne miejsca pod koniec dziesiątki, potem siódme, szóste, bodaj piąte w Zakopanem, prawie podium w Obertsdorfie, wreszcie Klingenthal... I szczyt formy w Vancouver. Oczywiście, że byłoby fajniej, gdyby Simon nie wytrzymał w tym decydującym momencie, tak jak Gregor nie wytrzymał w pierwszej serii. Sprawiedliwości stałoby się zadość - żeby tak jak 8 lat temu, kiedy na skoczniach rządzili Małysz z Hannawaldem, pogodził ich Simon Ammann. Tak teraz, gdy na skoczniach rządzili Ammann ze Schlierenzauerem, pogodziłby ich Adam.
Ale nie zmienia to faktu, że to jest fantastyczny dzień Adam Małysza i fantastyczny dzień dla nas wszystkich. Bo przecież 4 lata temu w Turynie w zasadzie pogodziliśmy się z faktem, że Adam is over. He was not. Było warto. Dzięki :-) Filmiki z płaczącym ze szczęścia Adamem wkleimy jak się pojawią. Póki co, stary filmik z płaczącym ze szczęścia Adamem. Wzruszajcie się, jako i my się wzruszamy.
|
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|