Wpisy z tagiem: fruwając
czwartek, 20 maja 2010
Czy dynastia - to się jeszcze okaże. Fani Lakers już skandują "We want Boston! We want Boston!" ale wcale nie jesteśmy przekonani, czy to Celtics (pomimo home court advantage) są dla Lakers idealnym finałowym przeciwnikiem, zwłaszcza po kompletnie bezradnych Phoenix Suns.
Po pierwszym meczu Steve Nash zauważył, że Lakers są od Suns znacznie wyżsi i że to się raczej nie zmieni. Miał rację - nie zmieniło się. Po drugim meczu Grant Hill dodał: "I really don't know what the answer is."
W pierwszym meczu Kobe rzucił bezradnym Słońcom 40 pkt., więc w meczu nr 2 był podwajany. Efekt? 13 asyst - playoffowy rekord życiowy Bryanta. Gasol 29 pkt. (11/19) i 9 zb. Odom z ławki 19 pkt. (7/10) i 11 zb.
Dwa lata temu napisaliśmy Fruwając pod koszem, które chyba dobrze pasuje, żeby je dziś, kiedy Lakers znów rozgnietli Suns w Finale Konferencji, przypomnieć. Tak rodzi się nowa dynastia Brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, ropucha w śliczną księżniczkę, a Los Angeles Lakers w najlepszą drużynę w NBA. Jeszcze pół roku temu byli beznadziejni. Mogą załapać się na ostatnie miejsce w play-off - taki był consensus w ocenie Lakers przed tegorocznym sezonem.
Kilka głosów z październikowego sondażu ESPN: Nawet jeśli Kobe zostanie, to nie wystarczy, aby ta ekipa awansowała do play-off. Kontuzje znów są problemem, a atmosfera w drużynie jest - i pozostanie - koszmarna. Zgody z Kobe Bryantem nie będzie. Trzeba było zdecydować się na transfer w okolicach draftu. Teraz muszą go sprzedać, żeby uratować twarz. A w międzyczasie sezon pójdzie na marne. Lakers będą cudownie przeciętni. ![]() Nawet wśród menedżerów NBA - którzy powinni wiedzieć lepiej - nie znalazł się ani jeden śmiałek, który postawiłby na awans Lakers do finałów ligi. Poniekąd słusznie. Przecież rok temu Lakersi odpadli w słabym stylu już w pierwszej rundzie play-off, przecież w składzie nie zaszły większe zmiany, a w dodatku sfrustrowany Kobe rozpowiadał wszem i wobec, że się wynosi - choćby na Plutona. A dziś... Lakers grają najlepszą koszykówkę w NBA. W dwóch pierwszych meczach finałów Zachodu upokorzyli broniących tytułu San Antonio Spurs. I choć wciąż możliwe jest, że starzy mistrzowie wstaną z kolan, Manu Ginobili wyleczy bolącą kostkę i w finałach zobaczymy po raz piąty Tima Duncana - to jakoś trudno nam uwierzyć, by w najbliższych pięciu meczach Lakers zdołali wygrać tylko raz. Brzydkie kaczątko wyrosło. Ale dlaczego nikt tego wcześniej nie przewidział? ![]() 1. Nikt nie dostrzegł, że Lakers mają plan Cały ten układ wydawał się bezsensowny. Samolub Bryant. Trener Jackson, ślepo przywiązany do swej "triangle offense" i przywykły do prowadzenia dream teamów. Szczypiorek Andrew Bynum niegotowy do gry na wielkim poziomie. I bezimienna ławka rezerwowych. To przecież w nic się nie składało. Albo Lakersi chcą wygrywać teraz - a wtedy powinni dać sobie spokój z wychowywaniem młodzieży - albo stawiają na przyszłość, a wtedy niech lepiej Phil Jackson odejdzie leczyć swe schorowane biodra, bo szkoda życia na te męki. Tymczasem plan był: tak prosty, że aż niewidzialny. Dzieciaki pod okiem Jacksona od trzech lat uczyły się "triangle offense" - systemu zabójczo skutecznego, ale też wymagającego samodzielności i doświadczenia, które przychodzi po miesiącach praktyk. A ze wzmocnieniami czekano na dogodne okazje. ![]() 2. Nikt nie docenił Mitcha Kupchaka Nieporadność menedżera Lakers sprawiła, iż zaczął trafiać na listy najgorszych GM-ów NBA. Przez kilka lat, zdawało się, nie zrobił nic - za wyjątkiem jednego fatalnego transferu (Kwame Brown). Tymczasem cechą wielkich menedżerów jest cierpliwość. Kupchak czekał. Ciułał malutkie wzmocnienia, wynajdywał w drafcie rodzynki, które - jego zdaniem - pasowały do triangle offense: Jordana Farmara, Saszę Vujacicia, Ronny Turiafa. Wyrzucał tych, którzy nie pasowali (Smush Parker). Latem 2007 skorzystał z okazji i zatrudnił ponownie Dereka Fishera. I, przede wszystkim, odrzucał propozycje. Nie zdecydował się (co omal nie doprowadziło do odejścia Bryanta) wziąć do LA starzejącego się Jasona Kidda. Nie kupił Jermaine'a O'Neala. Nie oddał Bynuma. Czekał. Okazja nadarzyła się w lutym 2008 r. Memphis Grizzlies wystawili na sprzedaż Pau Gasola, Lakers zaatakowali błyskawicznie i, co ważniejsze - w zamian nie oddali nic wartościowego. Ot, dwa niepotrzebne wybory w drafcie, rozgrywającego z głębokich rezerw, beznadziejnego Kwame Browna. Rywale byli w szoku. "Powinni tego zabronić" - krzywił się menedżer San Antonio. A Gasol okazał się być nabytkiem idealnym. Szybki, wszechstronny, dobrze podający i rzucający z półdystansu - czy jest w NBA skrzydłowy, który lepiej niż on pasowałby do ataku trójkątów? ![]() 3. Wszyscy zapomnieli, że Phil Jackson wielkim trenerem jest Po zeszłorocznym play-off, najgorszym w biografii Jacksona, można było uznać, że wielki trener już się wypalił. Ale dziś wydaje się, że nie tylko tamta seria, ale ostatnie cztery lata były elementem jakiegoś dalekosiężnego planu. Najpierw roczna banicja, podróż na Antypody, ładowanie akumulatorów. Potem dwa sezony, gdy Kobe Bryant dostał wolną rękę, mógł wyszaleć się za wszystkie czasy - i dostrzec, że strzeleckie rekordy szczęścia nie dają.
Wreszcie: stoicki spokój jesienią zeszłego roku, gdy wrzawę wokół transferu Bryanta trener skwitował lekceważącym jednym zdaniem: "Myślę, że tu nic się nie kończy". ![]() Jackson gwarantuje Lakersom stabilność. Wiadomo, że go nie zwolnią - i że grą LA rządzić będzie przez lata "triangle offense". Wiadomo więc, pod jakim kątem rekrutować nowych graczy. I wiadomo, że każdemu z nich Jackson przypisze odpowiednią rolę. 4. A w dodatku Lakers mieli szczęście Po siódmym meczu półfinałów Zachodu wracający z Nowego Orleanu San Antonio Spurs spędzili noc w samolocie, bo maszyna miała awarię, a wszystkie hotele w mieście były zajęte. I w pierwszym meczu finałów Spurs zaczęli świetnie, ale w trzeciej kwarcie opadli z sił. Przypadek? Raczej karma, bo szczęście sprzyja Lakersom przez cały sezon. Przed jego rozpoczęciem naprawdę myśleli o sprzedaniu Bryanta. Agent Kobego dwoił się i troił, żeby skroić jakiś dobry deal. Nic z tego nie wyszło. I dziś nikt tego nie żałuje. Albo kontuzja Bynuma. Rzecz przykra, ale - bądźmy szczerzy - nie mogła zdarzyć się w lepszym momencie. Gdyby młody center uszkodził kolano wcześniej, nie zdołałby rozkwitnąć, Lakers tkwiliby w przeciętności, sezon spisano by na straty. Gdyby Bynum był zdrów - raczej nie kupiono by Gasola, bo właściciel Lakers nie wydałby kilkudziesięciu milionów dolarów na kogoś, kto "może się przydać", ale nie jest niezbędny. Antyfani Lakers, czeka was siedem chudych lat. W ekipie z LA nikt (może poza Derekiem Fisherem) nie planuje jeszcze emerytury. Kobemu stuknęła dopiero trzydziestka. Odom ma 29 lat, Gasol 28. Rezerwy są jeszcze młodsze: Jordan Farmar ma 22 lata, Sasza Vujacić 24, Ronny Turiaf 25. A Bynum, który ma wrócić jesienią, ledwie 21. Pomyślcie, co by było, gdyby w Chicago Bulls obok Michaela Jordana, Scottie Pippena i Horace'a Granta grał jeszcze na centrze Patrick Ewing? Czy ktokolwiek byłby w stanie podjąć z nimi walkę? A to właśnie, po powrocie Bynuma, może zdarzyć się w LA. Rodzi się nowa dynastia. Kronika towarzyska Ostatnio w dobrym tonie jest przyznać się, że się kiedyś paliło trawkę. Najpierw uczynił to Josh Howard z Mavericks, potem Donald Tusk, a ostatnio właściciel Mavericks, Mark Cuban, który jednak - podobnie jak nasz premier - zastrzegł się, że w ogóle mu się to nie podobało i że strasznie po tym kaszlał. Kobe Bryant poszedł z kolegami z drużyny na kolację w ekskluzywnej (i bardzo drogiej) restauracji w Los Angeles. Kiedy przyszło do płacenia, koledzy zaczęli skandować "MVP! MVP!". Nie było wyjścia - Kobe zatroszczył się o rachunek. W ramach podziękowań za pierwszy w karierze tytuł MVP Kobe kupił kolegom z drużyny luksusowe szwajcarskie zegarki firmy Jaeger - LeCoultre. Zegarki z wygrawerowaną datą i nazwiskiem każdego z kolegów, przyleciały specjalnym transportem prosto ze Szwajcarii, każdy kosztował podobno ok. 9 tys. dolarów. A Dwayne Wade kupił prezent swojej mamie. Jolinda Wade jest pastorem więc dostała kościół w Chicago. ![]() Ciekawostki
wtorek, 09 marca 2010
Gdyby Fruwając pod koszem istniało, w tym tygodniu pożegnalibyśmy w nim Allena Iversona. Smutno byśmy go pożegnali... Jak oni upadają Kiedy w grudniu Allen Iverson ze łzami w oczach na nowo debiutował w Philadelphii, wzruszaliśmy się razem z nim i obiecywaliśmy, że będziemy trzymać kciuki. Niestety, nic to nie dało. Wydawało się, że to win-win situation - Iverson pogra do końca sezonu, zakończy karierę w mieście, które kocha, w mieście, w którym go kochają, nie w takich żenujących okolicznościach, jak w Memphis. A Sixers i tak już przegrali sezon, więc sprzedadzą trochę biletów i koszulek, do playoffów oczywiście nie awansują, ale trochę szumu wokół nich się pojawi. Comeback Iversona do Philadelphii trwał trochę ponad 2 miesiące. Kibice pojawili się tłumnie na pierwszym meczu z jego udziałem, potem trybuny znowu świeciły pustkami. Allen powrócił do pierwszej piątki, rozegrał kilka przyzwoitych meczów, poprowadził drużynę do kilku zwycięstw, kilka razy nawet rzucił po 20 punktów, prawie jak za dawnych czasów. Bilans Sixers z Iversonem: 10-15, był ciut lepszy niż bez Iversona: 12-24. Ale od początku było jasne, że to nie to samo. Szybko zaczęły się przerwy w grze. Najpierw tłumaczono je bólem lewego kolana. Potem - tajemniczą chorobą czteroletniej córki, Messiah. Żeby być z chorą córeczką - Iverson zrezygnował nawet z występu w Meczu Gwiazd. Opuścił wyjazdową serię meczów. Brał dni wolne na żądanie. Iverson był kiedyś najbardziej niezniszczalnym koszykarzem NBA. Poobijany, posiniaczony, połamany - nie sposób było zmusić go do opuszczenia parkietu. Grywał ze skręconą kostką, ze złamaną ręką, z powybijanymi palcami, ze zwichniętymi stawami, z wodą w kolanie. Nie było lekarza, który byłby w stanie zakazać mu gry. Not anymore. Dziennikarz Philadelphia Inquirer, Stephen A. Smith, pisał ze smutkiem: To już nie jest ten Iverson, którego kiedyś znaliśmy. Sixers to wiedzą, ale mają wystarczająco dużo klasy, żeby tego głośno nie mówić. Wiedzą to jego koledzy z drużyny i trenerze, ale za bardzo im na nim zależy, żeby to głośno powiedzieć. Kibice też nie są ślepi, ale za bardzo go kochają. I ja, mówiąc szczerze, piszę ten felieton z ciężkim sercem. Trudno znaleźć przyjemność w wystukiwaniu na klawiaturze takich słów, pisząc o zawodniku, który zasługuje na naszą nieograniczną wdzięczność za wszystkie cudowne chwile, które dał temu miastu. W końcu obie strony uznały, że lepiej będzie się rozstać. Sytuacja delikatna - wszyscy wypowiadali się politycznie poprawnie, choroba, dziecko, wszak Allen powinien być w tych trudnych chwilach razem z rodziną. Ale tego samego dnia, kiedy oficjalnie pożegnał się z 76ers, jego żona złożyła wniosek o rozwód. I puszka Pandory się otworzyła. Okazało się, że kiedy rzekomo miał spędzać 24 godziny na dobę przy łożeczku Messiah, ktoś widział go na imprezie w Charlotte. Że podczas kilku miesięcy, które spędził w Detroit, tamtejsze kasyna zakazały ochroniarzom wpuszczać go do środka. Że jest nałogowym hazardzistą. I alkoholikiem. "Drinking and the casinos: Allen was always doing one thing, or was at the other. No one who knows him can deny it." - przyznaje anonimowo jeden z menedżerów NBA. Papiery rozwodowe mówią o trwałym rozpadzie małżeństwa, Tawanna, z którą byli razem na dobre i na złe od czasów liceum, wyprowadziła się i zatrudniła jednego z najlepszych adwokatów w okolicy, żąda alimentów i prawa do opieki nad piątką dzieci (najstarsze ma 15 lat, najmłodsze - 17 miesięcy). Powracają złe wspomnienia - jak kiedyś wpadł do cudzego apartamentu z bronią, szukając żony, jak wyrzucił ją nagą z mieszkania na ulicę, jak jego ochroniarz dotkliwie pobił dwóch mężczyzn w restautracji, bo nie chcieli zrobić Iversonowi miejsca w sekcji dla VIPów, jak kumple Iversona brali udział w ulicznych strzelaninach. Jeśli Tawanna Iverson chce zapewnić swoim dzieciom przyszłość, musi się spieszyć. Homies Iversona i sam Allen na pewno szybko zadbają o roztrwonienie majątku (w sumie zarobił w karierze ponad 200 milionów dolarów), jeśli już tego nie zrobili. W ubiegłym roku siedziałem w Katowicach blisko Iversona i mogłem mu się poprzyglądać. Nie znam się na biżuterii i dobrach luksusowych, ale złoto naprawdę kapało. Zegarek, sygnety, kolczyki, łańcuchy - to wszystko wyglądało na warte setki tysięcy dolarów, może więcej (mówiłem, że się nie znam). Przypomniała mi się też historia sprzed lat, jak Allen, czy któryś z jego kumpli nie mogli sobie po imprezie przypomnieć, gdzie zaparkowali samochód. Więc udali się do salonu i kupili nowy. Tak będzie wydawał pieniądze Allen Iverson, dopóki będzie je miał. Resztę przegra w kasynach, zbankrutuje i może zaczepi się - jak ostatnio Antoine Walker - w lidze portorykańskiej za kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów. Albo jak Stephon Marbury - wyjedzie do Chin. A windykatorzy zlicytują i jego zegarek, i te kolczyki, i łańcuchy, i sygnety, dom i wszystkie samochody - jak jacht Latrella Sprewella albo mistrzowskie pierścienie Randy Browna. Mnóstwo byłych koszykarzy kompletnie nie potrafi sobie poradzić z życiem po NBA. Przyjaciel i doradca Iversona, Gary Moore, mówi: "Just pray for us. Please pray for us. We need all the prayers we can get." Modlitwa to dla Iversona jedyna nadzieja. Kronika towarzyska Ron Artest postanowił rozwiązać swoje problemy z defensywą, upodabniając się do Dennisa Rodmana. Ufarbował włosy na żółto, wymalował na nich tajemnicze inskrypcje, które podobno miały oznaczać DEFENSE w trzech językach - japońskim, hebrajskim i hindi. Przemiana nic nie dała, Artest z Orlando zagrał słabo, nie był w stanie powstrzymać Vince'a Cartera, więc dzień później ogolił się na łyso. Czekamy na efekty. Kibice Cleveland Cavaliers ustanowili rekord Guinnessa w największym zgromadzeniu ludzi ubranych w kocopłaszcze (płaszczokoce?). Ponad 20 tys. kibiców (i zawodników - swoją dostał nawet Shaq) znalazło na swoich siedzeniach tzw. Snuggie (kocyk z ramionkami, żeby były wygodniej), w kolorach Cavs, wszyscy wdziali kocyki, po czym przez kilka minut wiwatowali, żeby przedstawiciel Księgi Rekordów Guinnessa mógł oficjalnie uznać rekord. Będziemy mieli szansę na pobicie rekordu podczas meczu otwarcia Euro 2012.
Nie mamy pojecia, kim jest ten gamoń w garniturze na zdjęciu po lewej, który psuje cały efekt. Shaq objął kuratelą wystawę sztuki we Flag Gallery w Nowym Jorku. Wystawa nosi tytuł "Rozmiar ma znaczenie", a większość eksponatów jest bardzo duża albo bardzo mała. Często są to zdjęcia Shaqa, lub innych koszykarzy. Albo gołe baby. Dziennikarze pytali Shaqa, jakim kluczem kierował się przy doborze dzieł sztuki. “If it gave me a twinkle to my eye, I picked it. But I mainly based my decision on stuff with a lot of size to it.” - odpowiedział.
A to zdjęcie powyżej? "To nie ja wybierałem." - odpowiedział Shaq. Na nas największe wrażenie zrobił ten eksponat:
To rzeźba Rona Muecka, zatytułowana "The Big Man". Na Shaqu też zrobiła wrażenie: "The Big Man… Big Man. When something is so big, it’s beautiful and people must take a second look. I’m art – people recognize my face. I also love post cards of the Statue of Liberty. I can look at them and then look across the water at it and it’s art.” Ciekawostki Pierwszą drużyną w NBA, która osiągnęła w tym sezonie 50 zwycięstw (przy 15 porażkach), są Cleveland Cavaliers. W poprzednich dwóch sezonach, drużyny, które jako pierwsze dorobiły się 50 zwycięstw, dokonały tego przy 12 porażkach. Byli to Boston Celtics i Los Angeles Lakers. Obie drużyny sięgnęły potem po tytuł mistrzów NBA. Ciekawe, prawda? Tako ćwierka Shaq Ostatnio Shaq nie gra, leczy kciuk, ma więcej czasu na refleksję, więc ćwierka filozoficznie: Life delivers weird twists and turns, but never anything you can not handle. With you, it is now more about what you really choose to do The secret to happiness is to nourish our love everyday. Dnt allow succes or craving of money and power to replace your love Respect is like a seed, it needs 2 b nurtured wit integrity,love and faith in god. Złota myśl "I'd die for her. . . . I'd die without her." - Allen Iverson o swoje żonie Tawannie. Kiedyś.
niedziela, 24 stycznia 2010
Koniec stycznia to taki moment, kiedy NBA sezon dobiega półmetka. We Fruwając po koszem zazwyczaj przyznawaliśmy wtedy nagrody połowinkowe. Teraz przyznajemy je na Supergigancie. To będzie takie MiniFruwając. 23 czy 24 MVP półrocza: Kobe czy LeBron, LeBron czy Kobe Sugestie co poniektórych, że gdzie dwóch się bije, tam trzeci korzysta i że MVP powinien zostać uznany Carmelo Anthony, traktujemy jako żart. W tym roku to jest 2-Men-Race. Nasz typ na końcu, bo po odpowiedzi na tytułowe pytanie nie chciałoby Wam się czytać całego tekstu. Póki co - sprawdzimy Wasze preferencje.
Trener półrocza: Rick Adelman, Houston. Po kontuzji Yao Minga, przepychankach z Tracym McGrady i odejściu Rona Artesta, Houston Rockets powinni bić się z New Jersey Nets o tytuł najgorszej drużyny w NBA. Tymczasem na półmetku sezonu 2009/10 biją się o awans do playoffów - są dziś na ósmym miejscu na Zachodzie. Adelman płynnie rozwiązał konflikt z T-Makiem, sprawnie poskładał drużynę z niewymiarowych rzemieślników a z Aarona Brooksa i Carla Landry wydobywa 200% tego, co potrafią. Wyróżnienie - Lionel Hollins z Memphis, który równie sprawnie rozwiązał konflikt z Iversonem, odrodził Zacha Randolpha, odkrył na nowo Marca Gasola i też walczy o playoffy. Debiutant półrocza - Tyreke Evans, Sacramento. Żeby zostać debiutantem roku nie trzeba rzucić 55 punktów. Wystarczą wszechstronne statsy 20/5/5. Takie statystyki ma w tym sezonie oprócz nowego lidera Sacramento Kings tylko trzech panów - LeBron James, Dwyane Wade i Joe Johnson. W historii NBA tylko dwóch debiutantów może się pochwalić podobnymi osiągami. Pierwszy nazywał się Oscar Robertson. Drugi - Michael Jordan. Evans został w ubiegłorocznym drafcie wybrany z nr 4. Specjalne gratulacje należą się wybierającym z trójką Memphis Grizzlies. Zamiast Evansa wybrali Hasheema Thabeeta (średnio 2,8 pkt.). Rezerwowy półrocza - Jamal Crawford, Atlanta. Najbardziej niedoceniany nabytek lata 2009. Wszyscy ekscytowaliśmy się przejściem Shaqa do Cleveland, Cartera do Orlando, Mariona do Dallas, Jeffersona do San Antonio i Artesta do Lakers. Tymczasem jedyną drużyną, która poczyniła znaczący postęp w stosunku do ubiegłego sezonu są Atlanta Hawks. 30-letni Crawford, który ma na swoim koncie występy 50-punktowe w 3 różnych klubach, z godnością przyjął decyzję trenera, że będzie wchodził z ławki i z nowej roli wywiązuje się znakomicie. 50 punktów jeszcze nikomu nie rzucił ale dość regularnie rzuca 20 kilka (średnia sezonu 17,5). Wyróżnienie: Carl Landry, Houston - w każdym innym sezonie to on zostałby najlepszym rezerwowym. Obrońca półrocza - Dwight Howard, Orlando. Dziś w nocy zebrał 20 piłek. Średnia w sezonie - 13,2 (najlepiej w NBA). Zablokował 7 rzutów. Średnia w sezonie - 2,5 (najlepiej w NBA). Największy obok Marcusa Camby "złodziej" wśród centrów NBA (1,2 przechwytu na mecz). Postęp półrocza - Kevin Durant, Oklahoma. NBA zazwyczaj przyznaje tę nagrodę przeciętniakowi, który rozgrywa nieprzeciętny sezon. W tym roku będą musieli zrobić wyjątek i przyznać nagrodę gwieździe, która stała się supergwiazdą. Postęp Durantuli to postęp Oklahomy, która na półmetku ma tyle zwycięstw niż w całym ubiegłym sezonie. Kevin Durant ma szansę na pierwszy w karierze awans do playoffów. I na pewno nie ostatni. Menedżer półrocza - Mitch Kupchak, Lakers. Z przyznaniem tej nagrody na półmetku jest największy problem, bo najważniejsze decyzje transferowe dopiero przed nami. Dwa lata temu to w lutym Gasol trafił do Lakers, Shaq do Suns, Kidd do Mavs a Ben Wallace i Szczerbiak - do Cavs. Główną nagrodę zgarnęli tylko Mitch Kupchak i Lakers. Bez decyzji Kupchaka (Bynum w drafcie, odpuszczenie Kidda, Gasol, powrót Fishera) nie byłoby finału 2008 i mistrzostwa 2009. Latem Kupchak błyskawicznie załatał dziurę po odejściu Trevora Arizy, zatrudnił Rona Artesta i Lakers wciąż mają najlepszy bilans w NBA. Najlepsze piątki NBA: First team: D-Wade - Kobe - LeBron - Tim Duncan - Dwight Howard Second team: Steve Nash - Paul Pierce - Carmelo Anthony - Dirk Nowitzki - Amare Stoudemire Third team: Brandon Roy - Joe Johnson - Kevin Durant - Chris Bosh - Shaq Zdajemy sobie sprawę, że najwięcej kontrowersji wywoła ten ostatni wybór. Ale cóż - już wielokrotnie udowodniliśmy, że w temacie Shaqa nawet nie próbujemy być obiektywni. Przy okazji oświadczamy niniejszym, że jeśli trenerzy zamiast Shaqa jako rezerwowego w Meczu Gwiazd wybiorą jakiegoś Davida Lee, to Mecz Gwiazd przestanie być Meczem Gwiazd a zacznie być meczem zawodników, którzy mają dobre statystyki. Bo David Lee może robić co chce - i tak nigdy nie będzie taką gwiazda jak Shaq. MVP: jednak 24 Być może po raz ostatni w karierze. W końcu ma już 32 lata. Połamany, poobijany, obolały, starzejący się wojownik, wciąż dokonuje cudów. Grając ze złamanym palcem, powykręcanymi kostkami, ponaciąganymi ścięgnami, stłuczonymi kolanami i bolącymi plecami, wciąż dokonuje cudów a Lakers mają najmniej porażek w lidze. Kronika towarzyska Najlepszą drużyną 2010 roku nie są na razie ani Los Angeles Lakers, ani Cleveland Cavaliers, tylko Charlotte Bobcats. Larry Brown świetnie wpasował w drużynę pozyskanego z Golden State, Stephena Jacksona, który poprzednim trenerom sprawiał mnóstwo problemów wychowawczych. "Przez 6 lat byłem z Allenem Iversonem, to pomaga. Stephen jest zwariowany - ale pozytywnie zwariowany." - mówi Brown. Phil Jackson rozdał swoim podopiecznym książki. Najgrubszą (900-stronicową 2666) dostał Pau Gasol, bo jest znany z tego, że pochłania literaturę. Najcieńszą dostał chyba Kobe. Phil wie, że Kobe i tak jej zapewne nie przeczyta. Przy okazji Jackson przypomniał najlepszą recenzję książki, jaką kiedykolwiek dostał od swojeego koszykarza. "Bogaty gość. Naprawdę podobał się dziewczynom." - kto tak skwitował otrzymanego od Jacksona "Siddharthę", dzieło Hermanna Hesse? Oczywiście Shaq. Jeśli ktoś (tak jak my) nie czytał arcydzieła Hessego, śpieszymy ze ściągawką (za wikipedią): Jest to indyjska odmiana "powieści rozwojowej" (Bildungsroman). Książka przedstawia realia świata i filozofii indyjskiej. Siddhartha, potomek rodu braminów, jako młody człowiek nie znajduje spełnienia ani w praktykowaniu tradycyjnej kontemplacji, ani w ascezie (sadhu), ani w naukach Buddy. Opuszcza rodzinne strony i zaczyna wieść życie kupca. Dostatnie życie i miłość zmysłowa nie dają mu szczęścia. Wybierając życie w ubóstwie i blisko natury, nie bez wewnętrznych rozterek bohater dochodzi do głębokiej harmonii ze światem - osiąga mądrość poza wszelką filozofią i religią. Kibice wybrali pierwsze piątki Meczu Gwiazd. Niedoszły emeryt, Allen Iverson, rozgrywający najgorszy sezon w karierze, wybiegnie w pierwszej piątce Wschodu. Iverson nie zamierza przepraszać ani oddawać miejsca komu innemu: “The way I look at it is, what should I do? Should I worry about what those people say or concentrate on the million-plus people that voted for me. To me, it’s a no-brainer. My fans want to see me play and they have the right to put in who they want to put in the game. They voted me in, and it’s an honor. I don’t want to disrespect them by not participating in the game.” Ciekawostki Rezerwowy Atlanty, Jamal Crawford, w obecnym sezonie już czternastokrotnie był najlepszym strzelcem swojej drużyny. Rezerwowy Houston, Carl Landry, najlepszym strzelcem Rakiet był trzynastokrotnie. W meczu New Jersey - Phoenix, obaj bliźniaczy centrzy Brook (Nets) i Robin (Suns) Lopezowie rzucili ponad 20 punktów. To pierwszy raz od 16 lat, kiedy dwaj bracia rzucają po 20 punktów w jednym meczu. W latach 1987-94 taka sztuka jedenastokrotnie udała się Dominiquowi i Geraldowi Wilkinsom. Serdeczności podczas meczu nie było, tylko zdawkowe przywitanie. Nie rozmawiamy ze sobą na parkiecie. Biznes to biznes. - powiedział Robin. Na meczu była mama braci Lopezów. Założyła koszulkę Suns i czapeczkę Nets. Ciekawe, prawda? Tako rzecze Shaq "The only skeptics, that can skepticize me are the skeptics, that have been where I've been." - czyli w dowolnym tłumaczeniu: "Jedyni sceptycy, którzy mogą być wobec mnie sceptyczni, to sceptycy, którzy byli tam gdzie ja.". Albo w jeszcze bardziej dowolnym: "A weźcie odsceptujcie się ode mnie." Tak powiedział Shaq po wygranym meczu z Oklahomą, w którym zdobył 22 pkt. trafiając 8 z 10 rzutów. Pod nieobecność kontuzjowanych Mo Williamsa i Delonte Westa Shaq dostawał więcej kończących podań a punktów byłoby jeszcze więcej, gdyby nie spudłował 9 z 15 rzutów wolnych. Złota myśl "Gdybym był nimi, to bym siebie nie sprzedawał. Ale nie jestem nimi." - Carlos Boozer, pytany czy spodziewa się, że Utah Jazz, sprzedadzą go przed trade deadlinem. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|