Wpisy z tagiem: Shaq
czwartek, 15 lipca 2010
Nie tylko LeBron James, nie tylko D-Wade, CB4 i Amare, ale kilkudziesięciu innych graczy NBA zdążyło już podpisać nowe kontrakty ze swoimi klubami, znaleźć nowych pracodawców, lub zmienić firmę w ramach jakiejś wymiany. A Shaquille O'Neal wciąż czeka. Przez ostatnie trzy sezony nie wiodło mu się. Z Miami odeszedł w fatalnej atmosferze, nie znalazł wspólnego języka z pędziwiatrami w Phoenix, a w Cleveland z LeBronem też skończyło sie tylko na szumnych deklaracjach ("win a ring for the King") Shaq ma już 38 lat i sam wie, że nie jest już Supermanem z przeszłości. Ale chciałby jeszcze trochę pograć. Problem w tym, że nikt fajny go nie chce. No bo zobaczmy: LA Lakers? To byłoby wymarzone zakończenie kariery. Shaq posikałby się z radości na wieść o powrocie do Los Angeles. Już dawno wybaczył Kobemu dawne scysje, a od roku zaczął się nawet do niego miziać. Kobe... no cóż, powiedzmy, że Kobe patrzy na to inaczej. Po tegorocznym triumfie powiedział dziennikarzom: "mam teraz jeden tytuł więcej niż Shaq. wiecie co to dla mnie znaczy. ja nic nie zapominam". Choć Shaq mógłby Lakersom pomóc (kontuzje Andrew Bynuma), zakłóciłby hierarchię w stadzie. A na to obecny samiec alfa z pewnością nie pozwoli. Nie pozwoli też właściciel Lakers, Jerry Buss, którego juz po transferze Shaq wielokrotnie obśmiewał i obrażał (zresztą... kogo on tam mnie obraził... nawet wielkiego Phila Jacksona nazwał zdrajcą, gdy ten powiedział światu że Shaq był leniem który nie lubił się przemęczać). Więc na powrót do LA zero szans. Miami Heat? To druga wymarzona destynacja Shaqa. Grał tu wcale nie tak dawno, i gdyby wiedział jak potoczą się losy Miami, zapewne nigdy nie przystałby na transfer zimą 2008 do Phoenix. Lecz choć gra u boku LeBrona i D-Wade'a (którego nazywał swym najzdolniejszym uczniem) byłaby fenomenalnym zwieńczeniem kariery, to fakty są takie że chyba nikt w Miami Shaqa nie lubi. Ani LeBron, który - szukając centra - zadzwonił do... Zydrunasa Ilgauskasa, ani Pat Riley, a już najmniej właściciel Miami Micky Arison. Wróbelki ćwierkają, że pobyt O'Neala w Miami nie był wcale sielanką. Na początku Shaq wziął się w garść i schudł, ale nawet podczas play offów imprezował na maksa. A gdy wskutek kontuzji D-Wade'a drużyna zaczęła przegrywać, Shaq stał się znów nieznośną primadonną, narzekającą na reżim treningowy i generalnie na wszystko. Sprzedano go bez żalu. Już po odejściu z klubu O'Neal, swoim zwyczajem, nagadał trochę głupot o dawnych pracodawcach. O tym, że miał w Miami złych lekarzy i kiepskich kolegów. Mosty zostały spalone. Jeśli Pat Riley uzna, że gra jest warta świeczki, to jakieś szanse na powrót O'Neala są. Ale nie jego jednego trzeba byłoby przekonać. Bo co powiedział O'Neal o Chrisie Boshu? Że ten jest "RuPaulem wielkich ludzi". RuPaul to drag queen. Idźmy dalej. Numer 3 na liście marzeń Shaqa to Dallas Mavericks. Z właścicielem Mavs, Markiem Cubanem, Shaq zaprzyjaźniłby się w okamgnieniu. Ale Mavs podpisali nowy kontrakt z centrem Brendanem Haywoodem, a z Charlotte kupili drugiego centra/PF Tysona Chandlera. Trzeciego centra im raczej nie trzeba. Kto jeszcze? Orlando Magic? Mają Dwighta Howarda, i całkiem przyzwoitego zmiennika o przydomku "The Polish Hammer". I mają też własne porachunki z Shaqiem - który Howarda nazwał fałszywym Supermanem, a trenera Stana Van Gundy'ego mięczakiem i panikarzem. Cleveland Cavaliers? Cavs pod wodzą Byrona Scotta będą biegać. Shaq przemieszcza się dostojnie. New York Knicks? Też biegają. Boston Celtics? Przez chwilę huczało nawet w mediach, ze zatrudnią O'Neala. I zatrudnili: Jermaine'a. San Antonio Spurs? Shaq rozgłosił przed początrkiem sezonu transferowego, że to jego "pierwszy wybór". I cisza. Najwyraźniej, jak napisał ESPN, w San Antonio nie lubią eksperymentów z chemii. Utah Jazz? Dajmy spokój. Phoenix? LOL. Na dziś wygląda na to, ze faworytem w wyścigu o Shaqa jest Atlanta. Być może dlatego, że jest w tym wyścigu jedyna. Shaq miałby pójśc do Atlanty w sign'n'trade za Marvina Williamsa. Ale może przegrać rywalizację z Bradem Millerem. Tak, wiemy że to brzmi żałośnie. *** Fakty są takie, że niejednemu z mocarzy NBA Shaq zalazł za skórę swoimi złośliwościami i powiedzonkami. Dziś nie mają ochoty na ponowne spotkanie z dowcipnisiem z przerośniętym ego. A będą i tacy, którzy z satysfakcją pokażą O'Nealowi środkowy palec. Oczywiście, Shaqowi w sile wieku wszystkie przewiny wybaczono by w ćwierć sekundy. Przecież już kiedyś mówił że Pat Riley jest złym człowiekiem, dla którego on, O'Neal, nigdy grać nie będzie. I panowie pogodzili się, i Shaq zagrał. Ale 38-letnim centrom nie wybacza się tak łatwo. *** Jak sądzicie - gdzie wyląduje Shaq? W Miami? W Atlancie? W jakiejś dziurze typu Memphis? A może uniesie się honorem i przejdzie na emeryturę?
piątek, 14 maja 2010
Dużo bardziej niż sytuacja LeBrona (poradzi sobie) niepokoi nas dalszy los Big Fella.
Trzeci raz z rzędu Shaq rozstaje się z klubem w atmosferze totalnej porażki i rozczarowania. W Miami już 2 lata po mistrzostwie przyszła katastrofa w postaci jednego z najgorszych bilansów w NBA. W Phoenix eksperyment trwał półtora roku i zakończył się bez awansu do playoffs (a wszyscy wiemy, gdzie są ci sami Suns dziś, bez Shaqa). W Cleveland pewnie skończy się na jednym roku, bo po takim zakończeniu sezonu (półfinał Konferencji zamiast Mistrzostwa NBA) trudno sobie wyobrazić, że Shaq pozostanie Kawalerzystą. Został zatrudniony, żeby powstrzymać Dwighta Howarda ale nawet nie będzie miał okazji przeciwko niemu w playoffs zagrać. Na szczęście on sam, choć trochę przybity (win a ring for the king, anyone?), nie traci rezonu: "I missed 360 games because of injury in my career, so by my calculations I still have 3.7 years left. That means I'm going to play until I'm 41. I've been here 17 years but I've missed a lot of games, so I still feel I can play this game."
Co dalej? Czy po fiasku eksperymentów w Miami, Phoenix i Cleveland ktoś go w ogóle zechce? Cleveland? Jeśli LeBron odejdzie - na pewno nie. Jeśli Mike Brown zostanie - też raczej nie. W ogóle wydaje się to być bardzo mało prawdopodobne. Powrot na stare śmieci - nad jeziora? No way. Nawet jeśli Dwight Howard i spółka pokonają Lakers w tegorocznym finale, Kobe nie zniósłby kolejengo roku upokorzeń i śmiechów spod znaku "jak trwoga, to do Shaqa".
Wymyśliliśmy destynację idealną. I pamiętajcie, że to właśnie na Supergigancie przeczytaliście o tym po raz pierwszy. Może Dallas Mavericks? Za midlevel exception (więcej i tak tego lata nigdzie nie dostanie)? Tak miał powiedzieć Shaq rok temu: "Dallas is pretty much my favourite city. I'd love to live in Dallas. I'd love to be in Dallas." Mark Cuban wielokrotnie próbował Shaqa pozyskać. A dziś Cuban ma do wyboru dwie opcje - nie przedłużać kontraktu z Dirkiem Nowitzkim i rozpocząć przebudowę, albo spróbować raz jeszcze, ostatni raz. Obaj panowie są dzisiaj w podobnych nastrojach. Przeszli wiele zmian, żeby móc zawalczyć o tytuł, przegrali za wcześnie, przegrali zupełnie nieoczekiwanie, z teoretycznie słabszymi od siebie. Obu się o porażkę obwinia, na obu postawiono już krzyżyk, obu sugeruje się rozstanie z koszykówką. I obaj nie mają nic do stracenia.
Check this out: C: Shaq Pierwsza piątka, jakiej w historii NBA nie było nigdy. W sumie 40 występów w Meczu Gwiazd. 17 wyborów do pierwszej piątki NBA. Problem jest tylko jeden ale za to jaki - wiek. Na wiosnę 2011 panowie będą mieli odpowiednio 39, 33, 31, 33 i 38 lat. Tak, wiemy - to się nie ma prawa udać. Ale spróbować warto. Obiecujemy, że jeśli do tego dojdzie, to z miejsca jesteśmy Teksańczykami. PS. Jeszcze słówko a'propos Mike'a Browna - ktoś napisał pod poprzednią notką, że niesprawiedliwie go oceniamy. Nie napisaliśmy, że MEGAGWIAZDA Shaq słabo u niego grała. Shaq nie grał źle. Grał mało. Bardzo mało. Być może Mike Brown doszedł do wniosku, że Shaq do Cleveland nie pasuje. To trzeba było wcześniej nie namawiać managementu na jego pozyskanie. Być może Jamison nie pasuje - jw.
Trener jest za wylot Cleveland odpowiedzialny. Drugi z rzędu wylot po osiągnięciu najlepszego bilansu w regular season. Sorry - Mike Brown musi odejść. I to niezależnie od tego, czy Shaq zostaje, czy nie.
środa, 12 maja 2010
Istnieje całkiem spore prawdopodobieństwo, że LeBron James rozegrał dziś w nocy swój ostatni mecz w Cleveland jako Kawalerzysta.
Jeden z najważniejszych, jeśli nie najważniejszy mecz w karierze. Spudłował pierwsze siedem rzutów. W sumie trafił 3 rzuty na 14 prób. Oddał 4 rzuty za 3 - wszystkie niecelne. 15 pkt., 6 zb., 7 as. i 3 straty. I masakra piłą bostońską 88-120.
Król jest nagi? Będzie musiał w czwartkową noc wznieść się na absolutne wyżyny, żeby wybronić meczbola na parkiecie w Bostonie. Kevin Garnett nie chce wracać do Cleveland: “We cannot come back here. We have to think this is our Game 7 coming up and we cannot afford to have the best team in the league have a Game 7 on their floor. Just not possible.” LeBron: “Our backs are against the wall. We’ve won on that floor before and we’ve got to get it done.” W Celtics tym razem nie było pojedynczego bohatera. MVP był cały team.
Rondo 16 pkt. - wszystkie w drugiej połowie, z czego 12 w decydującej trzeciej kwarcie, w której Celtics odjechali. Ray Allen 25 pkt. (6 na 9 za 3, z tego 2 trójki na otwarcie drugiej połowy, po których Boston osiągnął dwucyfrową przewagę, której już nie oddał). Przełamał się wreszcie Paul Pierce - 21 pkt., 11 z., 7 as. Garnett 18 pkt. Glen Davis 15 pkt. z ławki.
Doc Rivers: “We are who we are. We don’t need anyone to play hero basketball. We have to be a team. We’re good when we’re a team.” A jednym, który nie zawiódł Cavaliers w tym meczu był staruszek Shaq - 21 pkt., 4 zb. i 4 bl. w 26 min.: “We’ve got to win two in a row. We’ve got to man up. I’ve been in this situation before.”
Mecz nr 6 (ostatni?) w nocy z czwartku na piątek. Mamy nadzieję, że C+ będzie go transmitować, bo ostatnio się niespecjalnie starali. Ciekawe, czy po meczu Król poda rękę rywalom.
wtorek, 04 maja 2010
Cavaliers przegrali z Celtics. Przegrali 86-104, a mogło być jeszcze gorzej, bo po katastrofalnej trzeciej kwarcie, przegrywali w pewnym momencie różnicą 25 punktów.
Cavs zdobyli potem 13 pkt. z rzędu, doszli na 10 pkt., ale nie dali rady. W pierwszym meczu comeback się udał, ale nie można za każdym razem mieć nadziei na udane comebacki. Mike Brown: “We did not fight back until late. We’ve gotta decide if we’re going to take the fight to them and take these games. Nothing is going to be given to us at all. Ain’t a … damn thing going to be given to us at all in this series. Coming from behind in the first game, coming from behind in the second game, that’s not good enough. That’s not good enough for me or anybody in that locker room. If we expect to win that series, we’ve gotta bring more of a sense of urgency than what we brought tonight. Plain and simple they kicked our behinds."
19 asyst Rondo, Garnett double double, Rasheed się przebudził - 17 pkt. z ławki, wszyscy starterzy Bostonu zaliczyli double figures. Cavs nic nie bronili. Łokieć LeBrona łokciem LeBrona ale to nie LeBron (24/7/4) przegrał ten mecz.
Mo Williams trafił 1 rzut z 9. Anthony Parker 2/7. Delonte West 1/4. Nie rozumiemy też, dlaczego Mike Brown grał Shaqiem (9 pkt., 1 faul) tylko przez 18 min. Zydrunas - ani minuty. Ale LeBron nie panikuje: “There’s no panic for me. This is a long series. I’ve been in these situations before. I understand we need to play with more sense of urgency. The series is tied 1-1.”
piątek, 26 marca 2010
Chmurką się zachwyca waniliową.
Shaq wystąpił w teledysku. I to bynajmniej nie w hiphopowym teledysku - zero klimatów typu "kobe how my ass taste". Utwór nosi tytuł "Vanilla Twilight", zespół - Owl City. Zespół synthpopowy, cokolwiek to znaczy. Inspirowany europejskim disco i muzyką elektroniczną. Jedna z piętnastu nadziei muzycznych roku 2010.
Prawda, że całkiem przyjemny? Za wikipedią: "Vanilla Twilight" is about Adam Young's high school girlfriend, who moved away. He sings of lost love, the happy and painful memories that come with it, and moving on. The video was directed by Steve Hoover and was filmed on location in Pittsburgh. The music video raised speculation that the song contained a secondary meaning regarding the Christian concept of the rapture. A number of viewers of the video speculated that the cloud resembled the second coming of Jesus, Pittsburgh resembled the world, and the citizens resembled those who are prepread to acquire salvation and be called up to heaven. Strasznie nam się ten Shaq uduchowił.
środa, 17 marca 2010
Kontuzjowany Shaq zrobił się znacznie bardziej refleksyjny. Na swojego twittera coraz rzadziej wrzuca teksty typu "yo bro, whos dat, wot u lookin at, goddamit, lmao, um sorry, tank u, cuz I kno u, u b sexy, lol". Na twitterze powrócił Shaq Wielki Filozof.
A oto kilka próbek: Life delivers weird twists and turns, but never anything you can not handle. With you, it is now more about what you really choose to do The secret to happiness is to nourish our love everyday. Dnt allow succes or craving of money and power to replace your love Respect is like a seed, it needs 2 b nurtured wit integrity,love and faith in god. Self respect is da 1st and last step 2 wholesome living In one's life, simplicity is extremely important in order to obtain happiness Subconscious anger and self hatred has more to do with mental unhappiness or dissatisfaction than anything Character is what some have, reputation is what others see you as being. Be yourself Sometimes you have to ask the Universe or your God to help you get ahead through the fog. But ask! No one can do everything by themselves. When there is not real love, but the facade of love, a hang nail could cause a disaster.
wtorek, 09 marca 2010
Gdyby Fruwając pod koszem istniało, w tym tygodniu pożegnalibyśmy w nim Allena Iversona. Smutno byśmy go pożegnali... Jak oni upadają Kiedy w grudniu Allen Iverson ze łzami w oczach na nowo debiutował w Philadelphii, wzruszaliśmy się razem z nim i obiecywaliśmy, że będziemy trzymać kciuki. Niestety, nic to nie dało. Wydawało się, że to win-win situation - Iverson pogra do końca sezonu, zakończy karierę w mieście, które kocha, w mieście, w którym go kochają, nie w takich żenujących okolicznościach, jak w Memphis. A Sixers i tak już przegrali sezon, więc sprzedadzą trochę biletów i koszulek, do playoffów oczywiście nie awansują, ale trochę szumu wokół nich się pojawi. Comeback Iversona do Philadelphii trwał trochę ponad 2 miesiące. Kibice pojawili się tłumnie na pierwszym meczu z jego udziałem, potem trybuny znowu świeciły pustkami. Allen powrócił do pierwszej piątki, rozegrał kilka przyzwoitych meczów, poprowadził drużynę do kilku zwycięstw, kilka razy nawet rzucił po 20 punktów, prawie jak za dawnych czasów. Bilans Sixers z Iversonem: 10-15, był ciut lepszy niż bez Iversona: 12-24. Ale od początku było jasne, że to nie to samo. Szybko zaczęły się przerwy w grze. Najpierw tłumaczono je bólem lewego kolana. Potem - tajemniczą chorobą czteroletniej córki, Messiah. Żeby być z chorą córeczką - Iverson zrezygnował nawet z występu w Meczu Gwiazd. Opuścił wyjazdową serię meczów. Brał dni wolne na żądanie. Iverson był kiedyś najbardziej niezniszczalnym koszykarzem NBA. Poobijany, posiniaczony, połamany - nie sposób było zmusić go do opuszczenia parkietu. Grywał ze skręconą kostką, ze złamaną ręką, z powybijanymi palcami, ze zwichniętymi stawami, z wodą w kolanie. Nie było lekarza, który byłby w stanie zakazać mu gry. Not anymore. Dziennikarz Philadelphia Inquirer, Stephen A. Smith, pisał ze smutkiem: To już nie jest ten Iverson, którego kiedyś znaliśmy. Sixers to wiedzą, ale mają wystarczająco dużo klasy, żeby tego głośno nie mówić. Wiedzą to jego koledzy z drużyny i trenerze, ale za bardzo im na nim zależy, żeby to głośno powiedzieć. Kibice też nie są ślepi, ale za bardzo go kochają. I ja, mówiąc szczerze, piszę ten felieton z ciężkim sercem. Trudno znaleźć przyjemność w wystukiwaniu na klawiaturze takich słów, pisząc o zawodniku, który zasługuje na naszą nieograniczną wdzięczność za wszystkie cudowne chwile, które dał temu miastu. W końcu obie strony uznały, że lepiej będzie się rozstać. Sytuacja delikatna - wszyscy wypowiadali się politycznie poprawnie, choroba, dziecko, wszak Allen powinien być w tych trudnych chwilach razem z rodziną. Ale tego samego dnia, kiedy oficjalnie pożegnał się z 76ers, jego żona złożyła wniosek o rozwód. I puszka Pandory się otworzyła. Okazało się, że kiedy rzekomo miał spędzać 24 godziny na dobę przy łożeczku Messiah, ktoś widział go na imprezie w Charlotte. Że podczas kilku miesięcy, które spędził w Detroit, tamtejsze kasyna zakazały ochroniarzom wpuszczać go do środka. Że jest nałogowym hazardzistą. I alkoholikiem. "Drinking and the casinos: Allen was always doing one thing, or was at the other. No one who knows him can deny it." - przyznaje anonimowo jeden z menedżerów NBA. Papiery rozwodowe mówią o trwałym rozpadzie małżeństwa, Tawanna, z którą byli razem na dobre i na złe od czasów liceum, wyprowadziła się i zatrudniła jednego z najlepszych adwokatów w okolicy, żąda alimentów i prawa do opieki nad piątką dzieci (najstarsze ma 15 lat, najmłodsze - 17 miesięcy). Powracają złe wspomnienia - jak kiedyś wpadł do cudzego apartamentu z bronią, szukając żony, jak wyrzucił ją nagą z mieszkania na ulicę, jak jego ochroniarz dotkliwie pobił dwóch mężczyzn w restautracji, bo nie chcieli zrobić Iversonowi miejsca w sekcji dla VIPów, jak kumple Iversona brali udział w ulicznych strzelaninach. Jeśli Tawanna Iverson chce zapewnić swoim dzieciom przyszłość, musi się spieszyć. Homies Iversona i sam Allen na pewno szybko zadbają o roztrwonienie majątku (w sumie zarobił w karierze ponad 200 milionów dolarów), jeśli już tego nie zrobili. W ubiegłym roku siedziałem w Katowicach blisko Iversona i mogłem mu się poprzyglądać. Nie znam się na biżuterii i dobrach luksusowych, ale złoto naprawdę kapało. Zegarek, sygnety, kolczyki, łańcuchy - to wszystko wyglądało na warte setki tysięcy dolarów, może więcej (mówiłem, że się nie znam). Przypomniała mi się też historia sprzed lat, jak Allen, czy któryś z jego kumpli nie mogli sobie po imprezie przypomnieć, gdzie zaparkowali samochód. Więc udali się do salonu i kupili nowy. Tak będzie wydawał pieniądze Allen Iverson, dopóki będzie je miał. Resztę przegra w kasynach, zbankrutuje i może zaczepi się - jak ostatnio Antoine Walker - w lidze portorykańskiej za kilka, może kilkanaście tysięcy dolarów. Albo jak Stephon Marbury - wyjedzie do Chin. A windykatorzy zlicytują i jego zegarek, i te kolczyki, i łańcuchy, i sygnety, dom i wszystkie samochody - jak jacht Latrella Sprewella albo mistrzowskie pierścienie Randy Browna. Mnóstwo byłych koszykarzy kompletnie nie potrafi sobie poradzić z życiem po NBA. Przyjaciel i doradca Iversona, Gary Moore, mówi: "Just pray for us. Please pray for us. We need all the prayers we can get." Modlitwa to dla Iversona jedyna nadzieja. Kronika towarzyska Ron Artest postanowił rozwiązać swoje problemy z defensywą, upodabniając się do Dennisa Rodmana. Ufarbował włosy na żółto, wymalował na nich tajemnicze inskrypcje, które podobno miały oznaczać DEFENSE w trzech językach - japońskim, hebrajskim i hindi. Przemiana nic nie dała, Artest z Orlando zagrał słabo, nie był w stanie powstrzymać Vince'a Cartera, więc dzień później ogolił się na łyso. Czekamy na efekty. Kibice Cleveland Cavaliers ustanowili rekord Guinnessa w największym zgromadzeniu ludzi ubranych w kocopłaszcze (płaszczokoce?). Ponad 20 tys. kibiców (i zawodników - swoją dostał nawet Shaq) znalazło na swoich siedzeniach tzw. Snuggie (kocyk z ramionkami, żeby były wygodniej), w kolorach Cavs, wszyscy wdziali kocyki, po czym przez kilka minut wiwatowali, żeby przedstawiciel Księgi Rekordów Guinnessa mógł oficjalnie uznać rekord. Będziemy mieli szansę na pobicie rekordu podczas meczu otwarcia Euro 2012.
Nie mamy pojecia, kim jest ten gamoń w garniturze na zdjęciu po lewej, który psuje cały efekt. Shaq objął kuratelą wystawę sztuki we Flag Gallery w Nowym Jorku. Wystawa nosi tytuł "Rozmiar ma znaczenie", a większość eksponatów jest bardzo duża albo bardzo mała. Często są to zdjęcia Shaqa, lub innych koszykarzy. Albo gołe baby. Dziennikarze pytali Shaqa, jakim kluczem kierował się przy doborze dzieł sztuki. “If it gave me a twinkle to my eye, I picked it. But I mainly based my decision on stuff with a lot of size to it.” - odpowiedział.
A to zdjęcie powyżej? "To nie ja wybierałem." - odpowiedział Shaq. Na nas największe wrażenie zrobił ten eksponat:
To rzeźba Rona Muecka, zatytułowana "The Big Man". Na Shaqu też zrobiła wrażenie: "The Big Man… Big Man. When something is so big, it’s beautiful and people must take a second look. I’m art – people recognize my face. I also love post cards of the Statue of Liberty. I can look at them and then look across the water at it and it’s art.” Ciekawostki Pierwszą drużyną w NBA, która osiągnęła w tym sezonie 50 zwycięstw (przy 15 porażkach), są Cleveland Cavaliers. W poprzednich dwóch sezonach, drużyny, które jako pierwsze dorobiły się 50 zwycięstw, dokonały tego przy 12 porażkach. Byli to Boston Celtics i Los Angeles Lakers. Obie drużyny sięgnęły potem po tytuł mistrzów NBA. Ciekawe, prawda? Tako ćwierka Shaq Ostatnio Shaq nie gra, leczy kciuk, ma więcej czasu na refleksję, więc ćwierka filozoficznie: Life delivers weird twists and turns, but never anything you can not handle. With you, it is now more about what you really choose to do The secret to happiness is to nourish our love everyday. Dnt allow succes or craving of money and power to replace your love Respect is like a seed, it needs 2 b nurtured wit integrity,love and faith in god. Złota myśl "I'd die for her. . . . I'd die without her." - Allen Iverson o swoje żonie Tawannie. Kiedyś.
piątek, 26 lutego 2010
O trzymeczowej serii porażek już w Cleveland zapomnieli. Dziś zmiażdżyli w Bostonie Celtów 108-88. LeBron 36 pkt., 7 as., 9 zb. Wciąż mają najlepszy bilans w lidze. W czwartej kwarcie pozwolili Celtics trafić tylko 3 z 21 rzutów. A przecież poprzednie 9 meczów w Bostonie Cavaliers przegrali. LeBron: “We haven’t had much success here. We’ve lost nine times coming into this building. So it gets the monkey off our backs. But don’t read too much into it.”
Shaq skręcił kciuk i trochę sobie odpocznie. Zydrunas powróci do Cleveland najwcześniej za miesiąc, więc będziemy mieli teraz okazję zobaczyć, jak poradzą sobie bez centra.
wtorek, 16 lutego 2010
Uwaga, uwaga: Antawn Jamison i Mike Miller do Cleveland za... Shaqa. Nie jesteśmy tak odważni jak Tomasz Lis, więc nie obiecamy, że jeśli do takiego transferu dojdzie, to odgryziemy sobie język, ale powiedzmy tak: jeśli do takiego dealu dojdzie, to do 20 marca będziemy pisać średnio 10 notek dziennie. Cleveland w życiu na taki deal nie pójdzie - bo z Shaqiem w składzie mają najlepszy bilans w lidze, bo dwukrotnie wygrali z Lakersami, bo wygrywają z Orlando, bo Shaq jest odpowiedzią na Dwighta Howarda, bo wygrali ostatnie 13 meczów z rzędu. bo Shaq rob i to, co do niego należy, bo LeBron Shaqa polubił. Washington w życiu na taki deal nie pójdzie - bo na cholerę im w szatni Shaq? Są lepsze wygasające kontrakty w NBA a po katastrofie eksperymentu o nazwie Agent Zero, Shaqoskandale to ostatnia rzecz, której potrzebują. Zwłaszcza w kontekście plotek, że przyczyną rozwodu Shaqa był romans z narzeczoną Gilberta Arenasa. Różne bywają plotki w okresie transferowym w NBA, ale równie idiotycznej i pozbawionej jakiegokolwiek sensu nie słyszeliśmy nigdy. Jeśli zaś chodzi o plotkę - Zydrunas i Hickson za Jamisona, to jeśli się zmaterializuje, to napiszemy, dlaczego uważamy, że taka wymiana jest bez sensu.
sobota, 13 lutego 2010
Nie spodobały mu się zaczepki Shaqa. W ogóle się nie spodobały. “Do I find it humorous? No I don’t."
Nieśmieszne, w ogóle nieśmieszne. O ja biedny, o ja nieszczęśliwy. "Coming from somebody like him, I just wouldn’t expect something like that or for somebody to do that." A od kogo się tego spodziewać? Od Zydrunasa Ilgauskasa? Przecież tego typu zaczepki wysyła w NBA tylko jeden człowiek. Największy fircyk w NBA. "There is nothing I can do about it. He said what he had to say. It didn’t sit too well with me.” Cały czas pełna powaga. Nic nie mogę z tym zrobić. Jest mi przykro i w ogóle. Biedny miś. “I just felt like Shaq being who he is with what he’s done for the NBA, me being a young player trying to get where he is at, I just felt like it would be better for him to try to get me there instead of trying to bring me down, especially in front of you [media] guys.” I jeszcze przy dziennikarzach się ze mnie nabijał. No jak on mógł. Ze mnie - młodego, ledwie 25-letniego małego żuczka. "I never proclaimed myself to be a Superman. It's just something that I did in the dunk contest, wearing the shirt and the cape for fun." Te, Superman, to jest NBA, tutaj twardym trzeba być a nie miętkim. Wyluzuj trochę. Żeby wejść na szczyt, trzeba umieć sobie radzić z zaczepkami - i na parkiecie, i poza nim. Zażartować, podrażnić drugiego Supermana. Albo - jak Tim Duncan - nic nie mówić. Dunk z naklejką i akcja z pelerynką Supermana była fajna - myśleliśmy, że masz trochę więcej luzu. A tu zamiast Supermana mamy Supersmutasa?
PS. Latem podczas Marcin Gortat Camp padło pytanie, kto jest ulubionym koszykarzem Marcina. Nie musimy przypominać, co odpowiedział. Sorry Dwight. PS2. Starsi koledzy też nie pomogą. Kobe pytany o to, kto jest prawdziwym Supermanem, odpowiedział: “Shaq. C’mon now. Dwight will get there, but he doesn’t have Shaq’s history. Dwight’s coming." |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|