Wpisy z tagiem: LeBron James

niedziela, 01 maja 2011

Niedźwiadki z Memhis zaczęły 2. rundę play offów równie żwawo, jak zakończyły pierwszą serię. Ale dla nas półfinały zaczynają się na dobre dopiero teraz, pierwszym meczem Heat i Celtics.

Nie będziemy tu udawać, że jesteśmy choć ciut ciutek obiektywni. Podziwiamy Pata Rileya za zeszłoroczne zakupy, a LeBrona za kultowe już powiedzonko "take my talents to south beach", ale nic nie ucieszyłoby nas bardziej niż kolejny sweep Bostonu.

W tym sensie: jesteśmy dziś clevelandczykami.

Sweepu oczywiście nie będzie, Miami jest na to zbyt mocne. Seria zresztą zapowiada się spektakularnie, ktoś w ESPN dokopał się do informacji, że to najbardziej "rozgwieżdżony" pojdeynek od 1983 roku. W obu teamach łącznie jest bowiem aż siedmiu tegorocznych All Starów.

Równie wiele, jak gwiazd, będzie i podtekstów.

Najbardziej fascynujące "story" dotyczy chyba LeBrona. LeBrona, który rok temu bezskutecznie starał się powstrzymać zmartwychwstałych Celtów, który w końcu wewnętrznie poddał się i chyba potraktował przegraną z ulgą. Jako pretekst, by opuścić Cleveland - strony rodzinne, ale strony które nigdy nie dały mu takiego wsparcia, jakiego oczekiwał.

Wybrał LeBron chudszy portfel i infamię, by móc grać z kolegami. I teraz wraz z kolegami ponownie spotka zielonych prześladowców. 

Jeśli wygra - dowiedzie że miał wtedy rację. Jeśli przegra, tkwić będzie w tym samym miejscu co rok temu. Jak pisze najwybitniejszy amerykański lebronolog, Brian Windhorst:

Either lead his team to being more clutch than Ray Allen, more rugged than Kevin Garnett, more crafty than Paul Pierce and more fearless than Rajon Rondo, or endure another burning summer of discontent. Only this time, the mockery will be more about basketball and not public relations. 

Kibice Bostonu liczą oczywiście na to że żadnego odkupienia win nie będzie. Ale i oni nie mogą liczyć na powtórkę zeszłorocznej demolki. Kibice Bostonu (czyli na ten przykład my...) zgryzot i stresów mają co niemiara.

Których Celtics zobaczymy przeciw Miami? Weteranów, którzy w pierwszej połowie sezonu stanowili najlepszy i najstraszniejszy team na Wschodzie? Czy podstarzałych panów, którym piłki wypadały z rąk - i którzy przegrywali tak seryjnie, że półfinał zaczynamy w Miami?

Doświadczonych: Allena, Pierce'a i Garnetta - którzy jednak pewnie poradzili sobie z młodszymi i zdolnymi Knicks - czy zasapanych staruszków niezdolnych do upilnowania prawdziwej Wielkiej Trójki?

Genialnego Rajona Rondo - czy zagubionego Rajona Rondo?

Czy Shaq, który rzekomo jest "bardzo blisko" - faktycznie się pojawi i czy uczyni jakąkolwiek różnicę?

Jak bardzo tęsknić będziemy za Kendrickiem Perkinsem, nie tylko za jego "duchem", ale i jego zwalistością? 

Serce mówi: Boston w 6. Rozum że Miami.

Ale my nigdy nie mieliśmy za wiele rozumu.

piątek, 12 listopada 2010

Mieli wygrać 70 meczów, jak tak dalej pójdzie, nie dobrną nawet do 50. Super team z Miami na razie męczy się przeraźliwie.

Wtorkową porażkę z Utah można uznać za pechową, w końcu LeBron miał triple double, a Heat ponad 20-punktową przewagę, no po prostu Paulowi Millsapowi trafił się dzień konia, 46 punktów, w tym 11 w ostatniej pół-minucie meczu (!!!), w tym dobitka równo z końcową syreną dająca dogrywkę.

"Nigdy wcześniej nie widziałem, żeby Millsap trafił trójkę" - pożalił sie Chris Bosh.

"Trochę spanikowaliśmy jako grupa" - dodał D-Wade.

"Niestety, w każdym sezonie trzeba przez coś takiego przejść" - powiedział trener Miami, Eric Spoelstra.

We wtorek spanikowali, a wczoraj zaspali. W meczu, który miał być rewanżem za porażkę na inaugurację sezonu, Heat spotkali się z Celtami w Miami, i ponownie dostali lanie.

Ray Allen (35 punktów) zaliczył siedem trójek, Paul Pierce (25 pkt) trafił 10 rzutów z 16, Rajon Rondo miał 16 asyst i ogólnie było rozrywkowo.

"It's been a pleasure to bring my talents to south beach now on to Memphis" - napisał po meczu Paul Pierce, wyraźnie drwiąc z pompatycznej zapowiedzi LeBrona podczas lipcowego "The Decision".

No cóż, trudy dojrzewania - można by westchnąć i przejść nad porażkami Heat do porządku dziennego. W końcu sezon zaczyna się dopiero w kwietniu, prawda? Trzeba dać LeBronowi, D-Wade'owi i CP3 [tfu, CB1] czas, prawda? Muszą się chłopaki lepiej poznać, prawda?

Prawda: gdyby nie byli super triem. Super-tria i dream teamy grać powinny wybitnie od pierwszej minuty. A gdy tak się nie dzieje, armie publicystów ruszają w bój i dalejże analizować, co i jak nie działa.

Najciekawszy wątek dotyczy oczywiście ławki trenerskiej Heat.  Ciekawe, jak często trener Eric Spoelstra wspomina co i dlaczego przydarzyło się w Miami Stanowi Van Gundy?

Faktem jest, że Spoelstra to ukochany wychowanek Pata Riley, taki jakim Van Gundy nigdy nie był.

Ale faktem jest też, iż nie ma chyba w NBA równie bezlitosnego menedżera, co Riley.

Pytanie, jak Riles mierzy swą cierpliwość. W tygodniach? Miesiącach? Bo na pewno nie w latach.

wtorek, 13 lipca 2010

Wciąż nie doceniamy Pata Rileya.

Wydawałoby się to niemożliwe, zważywszy że Riley - ściągając do Miami LBJ i  Bosha - dokonał największego skoku w historii NBA.

A jednak.

Okazuje się iż Pat Riley nie tylko namółwił Wielką Trójkę do wspólnej gry, ale też skłonił do calkikem sporych obniżek płac. LeBron, Bosh i D-Wade zarobią w ciągu najbliższych 6 lat po ok. 110 mln dolarów, ale każdy z nich zostawił na stole ok. 15 mln dolarów, które miałby podpisując deal za maksymalną gażę.

"Tu chodzi o poświęcenie" - powiedział D-Wade i trudno nie przyznac mu racji, niezależnie od dochodów 15 mln dolarów to jednak jest trochę kasy.

W pierwszym sezonie każdy z wielkiej trójki (Muszkieterów? a może - jak chcieliby złośliwcy - Nazguli?) dostanie po poinad 14 mln dolarów, to jest ok. 2 mln dolarów mniej od maxa. I te oszczędności, w powiązaniu ze sprzedażą do Minnesoty drugoroczniaka Michaela Beasleya, pozwoliły Rilesowi znaleźć kasę nie tylko na LBJ i Bosha, ale i na dodatkowe wzmocnienia.

Pamiętacie argumenty, ze w trójkę meczów się nie wygrywa, a Miami stać będzie tylko na leśnych dziadków za płacę minimalną?

Dzięki tym obniżkom pensji gwiazdorów Riley dostał 8-9 mln dolarów do wydania i wydał je znakomicie.

Po pierwsze - w Heat zostaje Udonis Haslem, chyba najbardziej niedoceniany czlonek mistrzowskiej ekipy z 2006, skrzydłowy, specjalista  od czarnej roboty. Też zostawił na stole 15 mln dolarów. Ale w jego przypadku oznacza to niemal połowę pensji! W Heat przez cztery lata zarobi 20 mln dolarów, w Denver i Dallas dostałby niemal 35 mln. "Odmówiłem. Do zobaczenia w przyszłym sezonie" - napisał do dziennikarzy w Miami.

Drugim nabytkiem Heat jest Mike Miller, jeden z najlepszych strzelców w NBA. Ten przyjdzie w ramach 5-letniego kontraktu za ok. 30 mln dolarów. Też mniej, niż mógłby zarobić gdzie indziej. Za to fuchę będzie miec przednią. W żadnym innym klubie nie znajdzie tylu okazji do rzutów z czystej pozycji, co tutaj, przy podwajanych LeBronie i D-Wade. A rzucać Miller potrafi, oj potrafi (w zeszłym sezonie 48% celnych trójek).

Wade-James-Miller-Haslem-Bosh, to piątka dość dziwaczna (bez normalnego centra i rozgrywającego), ale piątka - nie trójka. Możliwości taktycznych jest tu zresztą mnóstwo, wszak i LBJ i D-Wade mogą grać na "jedynce", Bosh może udawać centra itd.

Inna sprawa, że Pat Riley zapolował też na rozgrywającego. I próbował skusić Dereka Fishera. Tym razem czar nie podziałał, Fish który nie mógł dojść do ładu z Lakersami, zdecydował że jednak zostanie w LA.

Dlaczego? Ano, przez Kobego :)

"I have decided to continue with Kobe, continue with our teammates and the fans of Los Angeles," napisał Fisher. "While this may not be the most lucrative contract I've been offered this offseason, it is the most valuable. I am confident I will continue to lead this team on and off the court. Let the hunt for six begin."

"At the end of the day, there's one person I could not turn away from. Kobe Bryant asked me to stay but supported whatever decision I made. He and I have played together for 11 seasons, came into the league together as kids, and has been loyal to me even when others had doubts. We have won five championships together."

Tej rybki nie udało się więc Rilesowi upolować.

Nie wątpimy już jednak, że gdy w listopadzie ruszy NBA, James, Wade i Bosh będą mieli wsparcie sześciu-siedmiu pełnoprawnych graczy tej ligi. Nie wiemy gdzie Riley ich znajdzie - czy w Europie, czy wśród emerytów, czy w lidze letniej, czy w innych klubach. Nie wiemy, jak ich oczaruje.

Wiemy tylko, że będą grać w Miami.

piątek, 09 lipca 2010

Nie pogodzimy się łatwo z "Decyzją".

Ale wśród blisko 200 komentarzy pod naszymi postami jest kilka polemicznych, które zasługują na pierwszą stronę.

A więc cytujemy.

Skąd tyle jadu? Ja też nie lubię LeBrona. Jego postawa wręcz zachęca do tego, by go nie lubić. Ale cierpliwości - on ma 26 lat. Przychodząc do NBA jeszcze przed rozegraniem pierwszego meczu podpisał kontrakt z Nike na 90 mln$. Mógł poczuć się jak gwiazda, ale teraz według mnie widać, że się zmienia. I po co to porównywanie do Jordana? MJ zdobył pierwszy tytuł mając 28 lat. Bardzo prawdopodobne jest, że LeBron zdobędzie swój w wieku 27, a potem pójdzie już z górki. Wiadomo, że grając w Miami spadną mu statystyki, ale wreszcie będzie mógł pokazać, ile naprawdę jest wart. Ja kibicuję Miami odkąd pojawił się tam D-Wade i dalej jest to moja ulubiona drużyna.


Zaczekajmy jeszcze z 10 lat i wtedy zacznijmy porównania. Bo po mojemu to jeszcze LBJ może mieć więcej tytułów niż MJ, nie mówiąc już o tym ile może ich mieć D-Wade. I co z tego, że LeBron będzie miał o 1 mniej niż Wade? Lepiej chyba, żeby miał te, poweidzmy, 3, a Wade 4, niż kisił się następne 6 sezonów w Cleveland którego management pokazał, że nie potrafi zbudować składu na mistrza, i to przez 7 lat.

Gość: RayRay, 193-239-36-129.ksi-system.net

Z tego co tu pobieżnie przeczytałem, wnioskuję, że wielki koszykarz ma tylko jedną opcję do wyboru: grac calą karierę w jednym klubuie, zabiegać o wzmocnienia, ew jeśli sie nie uda to w wieku 32 lat iść gdzies, żeby wywalczyć jakichś pierścień? Czyli pozbawić się szansy wygrywania w swoich najlepszych latach? Jaka jest różnica w zabieganiu o wzmocnienia w jednym teamie od pojscia do 2 juz wzmocnionegoo? Nie każdy ma szczęscie posiadania Pippena niemal od początku kariery, Shaqa itp. itd.

Gość: simon, 85.222.87.1*

To nie tylko o pogodę się rozchodzi. Miami to jednak bardzo atrakcyjne miasto pod każdym względem. W porównaniu z Cleveland to niebo i ziemia. Lebron ma chyba żonę i dzieciaka. Dla nich to zapewne też ważna sprawa. Ja bym wolał mieszkać i pracować chociażby w Warszawie niż w Bełchatowie z całym szacunkiem dla tego miasta. Nawet gdybym był robotą zajęty przez 12 godzin na dobę.

Prawda jest taka, że z tymi all starami Heat muszą zapewnić sobie jedną rzecz. Trenera, który to wszystko poustawia i zorganizuje w Heat dobrą obronę. Nic więcej im do szczęścia nie jest potrzebne. Mają 3 gości, którzy mogą wymiennie rzucać +30 punktów co wieczór. Jak jeden będzie miał trochę słabszy dzień to niszczyć będzie drugi albo trzeci. Rywalom będzie ciężko ograniczyć tego trzygłowego smoka.

Przejrzałem komentarze i trochę robi się śmiesznie, bo przypierdalanie się do Lebrona o tą decyzję trąci fanatyzmem.

The King podejmując The Decision ;) pokazał że przede wszystkim zależy mu na dynastii. Pokazał niebywałą determinację by wygrywać tytuły. Podejmując decyzję o przejściu do Miami i stworzeniu być może najlepszej drużyny w historii ligi dał właśnie temu wyraz. Dwóch wymiataczy i trzeci trochę mniejszy - to się musi udać. Wszyscy w prime. Lebron zrezygnował ze sporych pieniędzy by wygrywać i to również ma znaczenie. Ta ekipa zapowiada się ekscytująco, moi Lakers już powinni się bać.

Miami potrzebuje teraz albo 3pointera (w stylu Millera) i wtedy lineup Wade, Miller, James, Bosh, Anthony wygląda bosko. Albo combo guarda, żeby grał z Wade'm wymiennie na 1 i 2. Tyle miejsca by grać 1 na 1 nie będzie miała żadna drużyna, a już bronienie tej ekipy będzie wręcz zadaniem nie do wykonania. Z miejsca stają się absolutnym faworytem do mistrzostwa, pierwszych 20 spotkań na zgranie i wystarczy.

Tutaj nie ma znaków zapytania - tytuł mogą zdobyć od razu i będą się utrzymywać na szczycie przez wiele lat. "Na jutro" nie mają konkurencji - Kobe jeszcze za rok i dwa może stoczyć wyrównane boje, ale czas pracuje na korzyść Heat. Lakers może trochę uwierać ten gigantyczny kontrakt Bryanta, szans na wzmocnienie prawie nie ma.
Koszykówkę Heat będzie się na pewno oglądało z przyjemnością

w osobie Zen Mastera.

Proponuje z pitolenia przejść do konkretów.

LeBron z dwoma superkolegami będzie miał pozornie dużo łatwej, ale może faktycznie być dużo trudniej.

Wiadomo, że lepszą opcją jest gdy drużynę ciągną dwa (czy nawet trzy konie) niż jeden, ale w koszykówce piłka jest jedna, a rzutów do wykonania 70-90 w meczu i jedn w każdych 24 sekundach. Miami będzie mieć znaczanie więcej możlwiości gry jeden na jeden swoich gwiazd, ale czy to już faktycznie tak ogormna przewaga? Co z tego, że zasłony będzie stawiał Bron, pick'n'role grał Bosh, w nba są lepsi gracze od tego i za mniejsze pieniądze. Czy naprawdę, to aż taka różnica czy Supermana będzie podwajał Bron i Bosh, a nie np. Moon czy Jamison. Wade to niezły flopper, ale lepszego od Varejao szczególnie pod koszem ze świeczką szukać.
Kto będzie biegał za obwodowymi Orlando, gdy ci będą miotać trójki? Gwiazdy czy bogowie na jedno wychodzi. Co za różnica czy do biegał będzie kontrataku czy na dunk po ścięciu J.J. Hickson czy Bosh. Kto będzie czekał na wide-open trójki w rogu, czy na obowodzie? Jest wielu graczy w lidze, którzy mogę trafiać otwarte rzuty z 4-6m. Niepotrzebny do tego LeBron wystarczy BigZ czy Nocioni, itd.

Podsumowując wyliczankę: deskę mogą mieć mocną, ale reszta to same niewiadome.
Jak będzie obrona, kto będzie trenerem, jak będą dzielić piłkę, jaki system itd.

No zobaczymy, co będzie z tej hucpy i farsy. Na szczęscie liga to jeszcze nie jest niekończący się all-stars weekend, bo to chyba oznacza ten komuniikat o zejściu się trzech gwiazd.
Gość: Syk, abta138.neoplus.adsl.tpnet.pl

Ależ z Was płaczki! Ależ Wam żal tyłek ściska!

Lebron Jordanem nie jest i nie będzie. kariera MJ'a była jak z bajki. Mistrzostwa, buzzery, come backi itd. Bajka. Kariera Lebrona to ścieżka kreowana przez speców od PR. Koszykarsko Lebron też 15 per game był gorszym PF niż Bosh? A czy Miami znajdzie lepszych graczy niż Kukoc, Harper, czy Longley? Z tego rachunku wynika, że Jordan miał lepszych pomagierów niż James. A przecież nikt nie wymagał od niego, aby sam podjął rękawicę walcząc np w Vancouver u boku takich tuz jak Rolnik Reeves czy Antonio Daniels.

Problem w tym, że wszyscy sądzili, że LBJ wybierze opcje z Rosem i Noahą w Bykach, albo z Boshem/Amare w NYK, ewentualnie zostanie w Cle. Spodziewaliśmy się pewnie Boozera z kolegą Wadem, trochę innych ruchów kadrowych i wielką rywalizacje za rok. Wszak miały walczyć jak równy z równym CLE, BOS, ORL, MIA, CHI, NYK. I czekać na Lakersów w finale. Tymczasem NYK, NJN i CLE zostają z niczym. MIA wyrasta na potęgę. I ta dysproporcja wszystkich właśnie ugryzła w tyłek. Panów MRPW, że nie będzie come backu Bostonu, Dana Gilberta, że CLE wraca do hadesu - czyli do epoki Dariusa Milesa i Rickiego Davisa, kibiców LAL, że być może właśnie zakończyła się ich dynastia. A dla kibiców 1/3 pozostałych drużyn (w tym i mnie jako Clutchfana), że nie udału się złowić nikogo spośród wielkiej trójki FA.

Sorry, właśnie tworzy się nowa historia.
***
Tyle Wy, więcej w komentarzach.
A z amerykańskich komentarzy na miano najlepszej obrony LeBrona zasługuje na razie ten tweet Dana LeBatarda, dziennikarza z Miami:

The hour was a disaster. But the dude sacrificed ego, legacy, money, etc to share a team with friends. Media is a cruel, cruel bitch.

A więc już wiemy. W specjalnym programie ESPN-u, LeBron James ogłosił, że od przyszłego roku grać będzie wspólnie z D-Wade'em i Chrisem Boshem, w Miami.

Szok, jednak.

Dlaczego?

1. "Winning is a huge thing for me" - powiedział LeBron tłumacząc swój wybór. A nic, zdaniem LeBrona, nie gwarantuje przyszłych mistrzostw tak, jak wspólna gra z D-Wade'em i Boshem. Dlaczego więc niemal nikt wcześniej nie obstawiał Miami w roli faworyta? Bo chyba nikt się nie spodziewał że LeBrona stać na to, aby dołączyć do cudzej drużyny. Aby zrezygnować z przywództwa i chęci zdobycia tytułów samodzielnie.

Wyobrażacie sobie Michaela Jordana, który - powiedzmy - przenosi się do Nowego Jorku, aby grać u boku Pata Ewinga?

Albo do Detroit, żeby zagrać wspólnie z Isiahem, by nikt z nich "nie miał tej presji, że co noc musi zdobywać 30 punktów"?

Wyobrażacie sobie Kobego, który spotyka się z Nashem czy Duncanem i w sekrecie aranżuje swój transfer do San Antonio czy Phoenix?

Niemożliwe.

Najwyraźniej LeBron takim wojownikiem nie jest.

2. Jest nim natomiast Pat Riley. Nie znoszę gościa, od kiedy zdradził Nowy Jork. Ale menedżerem jest wybitnym. To przecież już czwarty raz, kiedy w Miami dokonuje cudów:

- po raz pierwszy, gdy ściągnął tam Alonzo Mourninga z Charlotte.
- po raz drugi, gdy w drafcie wybrał D-Wade'a.
- po raz trzeci, gdy kupił skłóconego w Lakers Shaqa, co w efekcie dało Miami jedyne mistrzostwo
- no i teraz....

Podziwiać należy konsekwencję i zdolności matematyczne Rilesa. Bodaj siedem drużyn  stać było tego lata na zaoferowanie komuś maksymalnego kontraktu.  Cztery (Nowy Jork, New Jersey, Chicago i Miami) mogły teoretycznie zaproponować maxa lub "prawie maxa" dwóm zawodnikom.

Ale tylko Miami stać było na zatrudnienie aż trzech graczy po "prawie maxie".

Riley uczynił to, rygorystycznie pilnując - przez kilka lat! - aby żaden kontrakt nie wykraczał poza lato 2010. I konsekwentnie czyszcząc skład ze wszystkich nawisów płacowych.

Wczoraj Heat mieli na kontrakcie dwóch (słownie: dwóch) zawodników. Przy czym jednego z nich, Michaela Beasleya, zamierzają właśnie sprzedać do Minnesoty.

3. Faktem jest, że James, Wade i Bosh będą musieli pogodzić się z obniżką płac. Co za poświęcenie! Zamiast 16,5 mln dolarów rocznie, dostaną po ok. milion mniej.

W ostatecznym rachunku strata będzie mniejsza lub żadna, bo na Florydzie nie ma podatku dochodowego, niemniej... co za gest. LOL

4. Pat Riley nie tylko załatwił sobie SuperTrupę, ale też wystawił do wiatru swoich konkurentów. Jego triumf jest więc podwójny (poczwórny?).

Bo zobaczcie: od dwóch lat wszyscy oszczędzali, aby mieć pod salary cap miejsce na zatrudnienie gwiazd podczas Wielkiego Lata Transferowego 2010. Nowy Jork wręcz dopłacał tym, którzy chcieli brać jego graczy.

Można się było spodziewać, że drużyny podzielą się łupami i tak ułoży się nowy układ sił na Wschodzie.

A tymczasem łup numer 1, 2 i 3 zgarnęło Miami.

Chicago pocieszyło się Carlosem Boozerem, który - umówmy się - ani LeBronem, ani D-Wade'em nie jest. I nie rozwiązuję głównego problemu Bulls, polegającego na tym, iż tam nikt nie umie rzucać.

Nowy Jork ma Amare Stoudemire - za 100 mln dolarów, z chorymi kolanami i bez point guarda.

New Jersey? Właśnie zsatrudnili Travisa Outlawa. Kogo? No właśnie.

Cleveland ma figę z makiem.

Z tej perspektywy... szanse Bostonu na kolejny finał  NBA nie wyglądają wcale źle.

5. W Miami powstanie supertrupa, i może powstać dynastia. Ale nie od razu.

Na razie bowiem Heat mają trzech zawodników. Trzech. A w koszykówkę jednak nie gra się w trójkę.

Czwartym graczem Heat jest niejaki Mario Chalmers. Centra, rozgrywającego i ławki brak. Teraz oczywiście zacznie się polowanie na weteranów, którzy chcą się "poświęcić" grając u boku LeBrona. Ale za minimalną pensję porządnej ławki się nie wybuduje.

A przypomnijmy. Michael Jordan, wcale nie ułomek, w Chicago grał nie tylko z Pippenem i Rodmanem, ale też z Harperem, Kerrem, Buechlerem, Longleyem, Wenningtonem i Kukocem.

Shaq i Kobe w Lakersach - z Fisherem, Harperem, Shawem, Horrym.

Nawet bostońska "wielka trójka" nie przyszła na pustynię. Miała wsparcie Big Baby Davisa, Rajona Rondo, Perkinsa, Allena, Scalabrine'a...

6. Właściciel Cleveland, Dan Gilbert, wściekł się jak chyba żaden inny magnat w historii NBA. Opublikował pełen jadu list, w którym m.in. pisze, że LeBron jest narcyzem, że postąpił totalnie nielojalnie, ale ze prześladująca Cavs klątwa pójdzie za nim do Miami, a Cleveland zdobędzie mistrzostwo nim zrobi to "samozwańczy Król"

Kilka fragmentów:

This was announced with a several day, narcissistic, self-promotional build-up culminating with a national TV special of his "decision" unlike anything ever "witnessed" in the history of sports and probably the history of entertainment.

Clearly, this is bitterly disappointing to all of us.

The good news is that the ownership team and the rest of the hard-working, loyal, and driven staff over here at your hometown Cavaliers have not betrayed you nor NEVER will betray you.

"I PERSONALLY GUARANTEE THAT THE CLEVELAND CAVALIERS WILL WIN AN NBA CHAMPIONSHIP BEFORE THE SELF-TITLED FORMER 'KING' WINS ONE"

You can take it to the bank.

A w wywiadzie z AP, Dan Gilbert powiedział jeszcze że LeBron od końca sezonu ani razu nie odpowiedział na jego telefony czy SMS-y. I że do ostatnich chwil nie raczył poinformować Cavs o swojej decyzji.

No i jeszcze, że LeBron poddał się w trakcie serii z Bostonem:

"He quit," Gilbert said. "Not just in Game 5, but in Games 2, 4 and 6. Watch the tape. The Boston series was unlike anything in the history of sports for a superstar."

Biedne Cleveland. I biedny Gilbert, który przez siedem lat zabiegał o zaufanie i wzajemność swej supergwiazdy. Będzie tej tyrady żałować.

Cytat dnia (za Sports Illustrated):

"LeBron James does not have the heart of a champion. He does not have the competitive fire of Jordan, the bull-headed determination of Kobe Bryant, the quiet self-confidence of Tim Duncan, the willful defiance of Isiah or the winning-is-everything hunger of Magic Johnson.

He is an extremely gifted player who wants the easy way out."

wtorek, 05 stycznia 2010

Musieliśmy odpocząć trochę po wystrzałowym sylwestrze :)

Nowy Rok zaczynamy od relacji z imprezki. Nie sylwestrowej jednak, lecz urodzinowej. LeBron James przyszedł na świat 30 grudnia 1984 roku, i przed kilkoma dniami świętował swe pierwsze ćwierćwiecze. Na urodzinach najzacniejszego syna Cleveland bawiło się ponad 500 gości, w tym Shaquille O'Neal, Mo Williams, Zydrunas Ilgauskas, Anderson Varejao, trener Cavs Mike Brown, oraz mnóstwo ludzi nie mających nazwisk a tylko przydomki: T.O. Akon, Drake, Young Jeezy, Adrienne Bailon, Fabolous.

Salę balową przystrojono wielkimi telebimami z podobiznami jubilata, a pośrodku stały dwa jego posągi. No, fajnie było. Więcej tutaj, a tutaj blisko 100 zdjęć z imprezki.

Ale najfajniejszy prezent sprawił LeBronowi Shaq. No, autko mu kupił.

Biały Rolls Royce Phantom, nówka sztuka, kosztuje 400 tysięcy dolarów.

Też chcielibyśmy mieć takiego kolegę.

REKLAMA