wtorek, 31 sierpnia 2010

Co jakiś czas pojawiają się na naszym blogasku notki filmowo - telewizyjne, teraz akurat uznaliśmy, że zdecydowanie warto.

Część z Was na pewno zna ten serial, pozostałym zdecydowanie polecam. The Shield - u nas chodził przez jakiś czas - chyba na C+ i AXN - jako Świat Glin.

Serial nie jest najnowszy. Pierwszy sezon wyemitowano w 2002, ostatni - po siedmiu sezonach - w 2008. Kilka lat temu obejrzałem pierwsze dwa sezony, potem dokupiłem dwa kolejne, ale jakoś tak się złożyło, że do oglądania wróciłem dopiero w tym roku. I wtedy już domówiłem całość.

Ciężki, mocny, brutalny, policyjny, momentami dołujący serial. Wciska w fotel, nie zostawia obojętnym. Chyba jeszcze nie spotkaliśmy serialu, w którym każda z głównych postaci byłaby tak niejednoznaczna, na swój sposób jednocześnie aż tak pozytywna i negatywna. Brzydzimy się nimi, ale jednocześnie im kibicujemy. Wzajemna lojalność i przyjaźń wciąż mieszają się z kłamstwem i zdradą. Przyjaciół się zdradza, z wrogami wchodzi w sojusze - jeśli cel nadrzędny tego wymaga. Każdy ma jakieś zasady, które prędzej czy później złamie. Każdy ma wartości, którym się prędzej czy później sprzeniewierzy.

Wszystkie główne postacie - wybitnie castingowane, pewnie także dlatego, że aktorzy stosunkowo nieznani - stają się bohaterami, których grają, nawet bardziej niż sobą samym.

Złapałem się na tym, że po zakończeniu ostatniego odcinka, kiedy oglądałem filmik z fety po ostatnim klapsie, miałem wrażenie, że role się odwróciły i że teraz to Vic Mackey gra Michaela Chiklisa, Shane Vendrell - Waltona Gogginsa a Dutch Wagenbach - Jaya Karnesa. A David Aceveda w skórzanej kurteczce zupełnie nie był sobą.

To dosyć rzadki przypadek, że (prawie, wyjątkiem jest może sezon szósty) każdy kolejny sezon jest chyba lepszy od poprzedniego. Już zakończenie pierwszego odcinka zostawia widza w przekonaniu, że czegoś takiego jeszcze w telewizji chyba nie widział. Więcej nie piszemy, nie spoilerujemy. W każdym razie wszystko zaczyna się od trzęsienia ziemi, a potem pętla się zacieśnia i nawet jeśli czasem się rozluźni, to wiemy, że wszystko zmierza do nieuchronnego końca. I że nie da się tu nijak wymyślić happy endu.

A'propos zakończenia - często jest tak, że mamy do czynienia z dobrym serialem, ale scenarzyści kompletnie nie mają pomysłu na to, jak to kontynuować, na przemian rozplątują i zaplątują zakończone już wątki, wprowadzają na siłę nowych bohaterów, którzy niewiele wnoszą, wreszcie kompletnie nie wiedzą, jak całość spuentować i zakończyć. Jeśli ktoś oglądał Prison Break, to pewnie wie, o czym piszę. Z The Shield jest inaczej - pojawienie się najpierw Glenn Close (sezon czwarty), a potem Foresta Whitakera (sezon piąty, być może najlepszy) - bardzo popychają serial do przodu. A półtoragodzinne Show Finale dowozi na każdym wymiarze. To prawdopodobnie najlepsze, bo najbardziej nieuchronne i poruszające Finale, jakie znamy.

"Wow. I feel like I’ve been emotionally pistol-whipped. In a good way." - napisał ktoś na swoim blogu po obejrzeniu ostatniego odcinka.

I jeszcze last, but not least - muzyka. Twórcy serialu powyciągali kawałki, często zupełnie nieznane (przynajmniej dla nas) i zrobili z soundtracku i jego wkomponowania w fabułę majstersztyk absolutny. I hip hop, i muzyka lat 80-tych (Dutch), i ostry rock (zakończenie pierwszego odcinka), i alternative (zakończenie drugiego sezonu), i blues (piosenka Johnny Casha w pierwszym odcinku Sezonu 6) i wreszcie nienznany nam diamencik na zakończenie serialu, "Long Time Ago..." Concrete Blonde, idealnie podumowujący całość i najważniejsze wątki za pomocą kilkunastu kluczowych scen. Wklejamy, bo wbrew pozorom nie spoileruje.:

PS. I jeszcze jedno - sorry, ale Michael Chiklis powinien sobie darować granie w Fantastycznej Czwórce. Vic Mackey nie ma szans być w takiej roli wiarygodny.

piątek, 27 sierpnia 2010

Dwie nasze ulubione pucharowe drużyny, Lech Poznań i Karpaty Lwów, trafiły do grup śmierci.

W zasadzie trzy - bo przecież Auxerre z Ireneuszem Jeleniem trafiło na Real, Milan i Ajax.

Rywale Lecha: Juventus Turyn, Manchester City i Red Bull Salzburg.

Rywale Karpat Lwów: Sevilla, PSG, Borussia Dortmund.

Do Poznania przyjadą m.in. Del Piero, Felipe Melo, Grosso, Camoranesi, Amauri, Salihamidzić, Iaquinta, Trezeguet. Przyjadą Tevez, Adebayor, Kolo i Yaya Toure, Balotelli, Boateng, Vieira i Gareth Barry.

Do Lwowa przyjadą Didier Zokora, Kanoute, Luis Fabiano i Jesus Navas. Makelele, Kezman, Giuly i Gregory Coupet. No i Lewandowski, Piszczek i Błaszczykowski.

Jasne - szans na awans jedni i drudzy raczej nie mają. Ale nie mieliby ich również w innych grupach. Będzie upadek, ale upadek z baaardzo wysokiego konia.

Dlatego wynik tego losowania bardzo nas cieszy.

Bo kto wie, może uda się strzelić bramkę wielkiemu Juve, albo wielkiemu ManCity? Może uda się z raz wygrać, albo zremisować? Pokonać Buffona, a jeśli się nie wykuruje - to Manningera. Pokonać Givena albo młodego Joe Harta. Karpaty - a gdyby tak strzelić bramkę Palopowi albo Gregory'emu Coupet?

Wszak cuda się zdarzają.

Czego życzymy i Lechowi, i Karpatom, no i Ireneuszowi Jeleniowi, który będzie miał niepowtarzalną szansę pokonać dwóch finalistów Mistrzostw Świata - Casillasa i Stekelenburga.

PS. Na koniec pora coś odszczekać. Kiedy prezesi Lecha przed poprzednią rundą mówili, że nie chcą wylosować Juve, tzn. jeszcze nie teraz, pisaliśmy: Jeśli nie teraz, to kiedy, panie Arkadiuszu? Przecież chyba nie chce nam Pan wmówić, że po tym, co pokazaliście w meczach z Interem Baku i Spartą Praga, będziecie mieli jakiekolwiek szanse w rywalizacji z Getafe albo AEK-iem Ateny? Bo Alkmaar i Dniepru Dniepropietrowsk też Pan sobie nie życzy. Lechowi, sobie i wszystkim kibicom życzymy wylosowania Juventusu. Niedługo zaczniemy odpadać jeszcze wcześniej i wtedy już w ogóle nie będzie szans zobaczyć w Polsce wielkich drużyn z Anglii, Hiszpanii czy Włoch. A w Juventusie wciąż gra Del Piero...

Okazało się, że rację miał pan Arkadiusz Kasprzak.

Wszystko dobre, co się dobrze kończy, mamy reprezentanta w fazie grupowej Ligi Europejskiej, dzięki czemu Antoni Piechniczek i spółka będą mogli nam przez najbliższy rok wmawiać, że z naszą piłką wcale nie jest tak źle, jak się nam wydaje.

Poznaniakom serdecznie gratulujemy - wstyd po meczach z Interem Baku i Spartą Praga udało się zmazać - ba, może będzie okazja się Czechom zrewanżować, jeśli los skojarzy nas z nimi w fazie grupowej (będą losowani z trzeciego koszyka).

Ale największe emocje Ukraińcy przeżywali wczoraj wcale nie podczas meczu Dnipro. We Lwowie prawdziwy kopciuszek Karpaty Lwów, podejmował Galatasaray Stambuł.

Naszpikowane gwiazdami (Milan Baros, Elano, Harry Kewell) Galatasaray, prowadzone przez samego Franka Rijkaarda, problemy miało już w pierwszym meczu, u siebie. Do przerwy Karpaty prowadziły 2-0, ale dwiema bramkami Milana Barosa udało się doprowadzić do remisu.

W rewanżu Karpatom wystarczał remis - bezbramkowy albo 1-1. Oto skrót meczu:

Tak oto Karpaty Lwów osiągnęły największy sukces w swojej historii. Byliśmy w czerwcu we Lwowie (przy okazji - przeurocze miasto, niedaleko, niedrogo, serdecznie polecamy), kupiliśmy sobie klubowy kubek za 25 hrywien, czasem popijamy z niego herbatkę, więc Karpaty darzymy sporą sympatią.

A zatem, СЛАВА УКРАЇНІ, СЛАВА ЛЬВОВУ, СЛАВА КАРПАТАМ, МОЛОДЦІ ТАК ТРИМАТИ!!!!

czwartek, 26 sierpnia 2010

Ciekawie typują, zobaczcie.

ESPN zrobił sondaż wśród swoich 93 dziennikarzy, felietonistów i współpracowników. I okazuje się, że ponad połowa z nich stawia na Lakers. Ponad 1/3 - na nową wielką trójkę, z Miami. Czyli skład finału też jest dosyć ewidentny: Lakers - Heat.

Nie wiemy, który odważny postawił na Oklahomę. Ale zaciekawiło nas, że tylko jeden eskpert (Chris Sheridan), postawił na Boston. Sheridan gdyba tak: If they had had Perkins and a healthy Rasheed in Game 7, I think they would have won at Staples. Pau Gasol was just too much for them down the stretch. But now they'll have Jermaine O'Neal, too, to check Pau in a deciding game. I still think they need to replace the departed Tony Allen, but it's a long time between now and the trade deadline.

I nawet ten jeden Sheridan nie wspomina w swojej argumentacji o Wielkiej Koniczynce.

Sami też nie uważamy Celtów za faworytów, tak jak skreślaliśmy ich przed rokiem. Ale to dobrze - Celtom lepiej się gra, kiedy nie są faworytem.

Wiemy już, jak typują eksperci ESPN. Zobaczmy, jak typują eksperci Supergiganta (dla uproszczenia bierzemy pod uwagę te same drużyny co eksperci ESPN). I możemy się założyć, że będzie u nas duuużo więcej zielonych typów niż na ESPN.

Dwa miesiące przerwy do nowego sezonu miną szybciej niż myślicie.

To niech nadrobi zaległości. Miło, naprawdę miło, zwlaszcza w zestawieniu z ogólnie panującą w piłce mizerią.

Będziemy mieli Polaka w Lidze Mistrzów, w dodatku grającego w podstawowym składzie, w dodatku dość regularnie trafiającego do bramki. Auxerre będzie losowane z czwartego koszyka, więc kariery pewnie nie zrobią, ale pokonać Zenit Sankt Petersburg, dysponujący kilkukrotnie większym budżetem - fajnie.

A wieczorem Lech. Sprawdźmy, jak wiara w narodzie.

PS. Narzekacie, że rzadko piszemy. Macie rację - ale naprawdę nie bardzo jest o czym. Meczów polskich koszykarzy nie oglądaliśmy, z sukcesów następców Małysza się cieszymy - ale z euforią poczekamy do zimy, Premiership dopiero się rozkręca, Serie A i La Liga nawet nie ruszyły, z siatkarzamy poczekamy do września i MŚ we Włoszech, w NBA cisza poza pomnikiem dla Scottie Pippena, coś chcieliśmy skrobnąć o siatkarkach - to nas załamała końcówka trzeciego seta wczoraj i to, co potem. Wszyscy piszą o krzyżu, ale my nie zamierzamy.

Chcieliśmy Wam pokazać, jak Andrea Pirlo strzelał wczoraj Barcelonie karnego, tak jak kiedyś Panenka, a ostatnio Sebastian Abreu na Mundialu, tyle że bramkarz (nie Valdes, niejaki Pinto) się nie ruszył z miejsca - ale jest tylko przydługi skrót z meczu.

Ale cierpliwości - we will be back.

czwartek, 19 sierpnia 2010

Taką oto starą śpiewkę słyszeliśmy przed dwoma tygodniami, kiedy krakowska Wisła przegrywała do przerwy z azerskim Karabachem 0-3.

No - to dziś, również do przerwy - Borussia Dortmund wygrywa z tym samym Karabachem 4-0.

To by było na tyle, jeśli chodzi o stwierdzenie, że w futbolu nie ma dzisiaj słabeuszy. Są. Np. Wisła Kraków.

środa, 18 sierpnia 2010

And boy, who with her go to the McDonald's and put Coca Cola in her trousers.

Parafrazując klasyka: "Piękna, she's beautiful". Pozna ją cały świat.

poniedziałek, 16 sierpnia 2010

“Who knew that No. 23 would be here 23 years later presenting me to the Naismith Basketball Hall of Fame?” - powiedział Scottie Pippen podczas ceremonii, w której trafił do koszykarskiego panteonu sławy. Był wyraźnie przejęty, dziękował ponad 8 minut, w przeciwieństwie do ubiegłorocznej ceremonii, której bohaterem był Michael Jordan, kontrowersji nie było.

“MJ, you have touched so many people’s lives, but none quite like mine. Thank you for being the best teammate. I will always cherish that experience.” - dodał Scottie. Zgodnie ze zwyczajem, osoba wprowadzająca nowo przyjętego, nie przemawia, więc Michael nie miał okazji się Scottiemu odwdzięczyć. Kiedy Pippen wymieniał kolegów z drużyny, poprosił ich o powstanie. I zobaczyliśmy eleganckich dżentelmenów w garniturach. Steve Kerr, Jud Buchler, Bill Wennington, Pete Myers, Randy Brown, Charles Oakley, no i Dennis Rodman - ten ostatni oczywiście nie w garniturze, za to w kowbojskim kapelusiku.

Potem na scenę wyszedł Karl Malone, w smokingu, jeden z największych NBA'owskich twardzieli, jakich pamiętamy. Podobno najbardziej zależało mu na tym, żeby się nie rozpłakać. Nie udało się.

Drexler, Barkley, Ewing, Olajuwon, Jordan, Stockton, Robinson, Pippen, Malone. Rok po roku do Hall of Fame trafiają bohaterowie naszej młodości, faceci, dzięki którym pokochaliśmy w latach 90-tych NBA. Tak trochę dziwnie oglądać ich pod krawatem, w nienagannie skrojonych garniturach, smokingach.

Kto następny? Pewnie Reggie Miller, Gary Payton, Alonzo Mourning.

Kiedyś trafi tam i Shaq.

piątek, 13 sierpnia 2010

Podczas transmisji meczu Kamerun - Polska, pisaliśmy na supergigantowym facebooku:

"Oglądamy mecz Polska - Kamerun. Polacy sprawiają wrażenie, jakby myśleli tylko o jednym: "Jak tylko ten łysy sędzia zagwiżdże koniec meczu, to biegnę do Samuela Eto 'o i może uda mi się wymienić z nim na koszulkę.""

Kilka minut później złośliwy (na szczęście tylko tymczasowy) trener reprezentacji Kamerunu, zdjął Eto'o z boiska i szansa na zdobycie bezcennej koszulki znikła - jak nam się wydawało - bezpowrotnie.

Na szczęście Polak potrafi.

Stacja Orange Sport pokazała podobno (filmiku nie znaleźliśmy, ale piszą o tym i wp, i interia - czytelnijkom dziękujemy za hinta, a w wywiadzie z Eurosportem potwierdza to nawet sam zainteresowany), że po meczu z Kamerunem w kolejce po autograf do Samuela Eto'o ustawiło się kilku dziennikarzy, a zwycięzcą wyścigu po koszulkę Eto'o z autografem został Franc Smuda. Serdecznie gratulujemy, doskonale rozumiemy, sam byłem kiedyś z rodziną w Barcelonie i mój 7-letni wówczas syn też zażyczył sobie koszulkę Samuela Eto'o (wówczas jeszcze piłkarza Barcy).

Michał Białoński na Interii pisze, że Franc wystarał się u Kameruńczyka o koszulkę w prezencie dla szwagra, byłego piłkarza Cracovii.

Sam Franc w wywiadzie dla Eurosportu zaprzecza, pytany dla kogo wziął koszulkę, odpowiada: Dla samego siebie. To wielki gracz.

Totem zdobyty przez Franca Smudę wygląda tak:

Dla Franca mamy dobre wiadomości. Za 3 tygodnie do Łodzi przyjadą Ukraińcy, będzie można zapolować na koszulkę Szewczenki. Trzy dni później do Krakowa - Australijczycy, a wraz z nimi może koszulka Harry Kewella. W październiku podczas tournee za oceanem będzie można powalczyć o koszulkę samego Landona Donovana i Javiera "Chicharito" Hernandeza, który ostatnio strzela bramkę za bramką w Manchesterze. A w listopadzie pewnie przyjedzie do Polski Andrei Arszawin. Ale prawdziwe koszulkowe żniwo będzie można zebrać w przyszłym roku, kiedy zagramy m.in. z Włochami i Niemcami. Szkoda, że podczas Euro 2012 - jako gospodarze - będziemy losowani z pierwszego koszyka. Nie ma raczej szans na wylosowanie Hiszpanii (koszulka Iniesty!), Anglii (koszulka Rooneya!) czy Holandii (koszulka Robbena!).

Jeszcze jedno - co poniektórzy, tak jak po meczu z Hiszpanią - będą pisać, żeby się nie dziwić tym młodym chłopakom i ich trenerowi, bo to jedyna okazja do kontaktu z ich wielkimi idolami i zachowania sobie jakiejś pamiątki. Bzdura. O koszulce idola może sobie marzyć kilku- czy kilkunastolatek. A młodzi ludzie, kiedy wybiegają na boisko powinni myśleć tylko o jednej pamiątce - żeby skopać idolowi tyłek (w przenośni oczywiście) - a pamiątką niech będzie filmik, który będą kiedyś pokazywać swoim dzieciom i wnukom, jak strzelamy takiemu utytułowanemu rywalowi bramki i jak cieszymy się ze zwycięstwa.

A rolą trenera jest takie ich nakręcenie i zmotywowanie, żeby uwierzyli, że granie przeciwko idolowi ja równy z równym jest możliwe. Cytując klasyka z jednego z naszych ukochanych filmów: "Great moments are born from great opportunities. (...) If we play ten times, they might win 9. But not this game. Not tonight."

Żeby było jasne - Smudy jest nam żal, zdajemy sobie sprawę, że problem jest szerszy i głębszy, pamiętamy, że nasze drużyny przegrały 7 z 8 meczów w ostatniej rundzie eliminacyjnej europejskich pucharów.

Wiemy, że pewnych rzeczy nie da się oszukać, ale też jesteśmy pewni, że dopóki marzenia polskiego reprezentanta i trenera będą się kończyły na koszulce i autografie Eto'o, dopóty będziemy przegrywać u siebie 0-3 (albo wyżej) z reprezentacją, która półtora miesiąca temu przegrała na Mundialu wszystkie 3 mecze.

czwartek, 12 sierpnia 2010

We're making LeBron James angry. And we won't like him, when he's angry.

Jak wszyscy, to wszyscy, my chyba też.

Siem przestraszyliśmy.

Zabrzmiał prawie jak Gary Oldman w Leonie. Scaaary.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 315
REKLAMA