poniedziałek, 24 marca 2014

Dawno, dawno temu, po tragedii 11 września, David Aldridge napisał felieton "When Sports and Life Collide" o tym, jak różne ważne wydarzenia z jego życia przeplatają się z wydarzeniami sportowymi. Pewnie dziś już mało kto o tym pamięta ale atak na World Trade Center zbiegł się w czasie z powrotem Michaela Jordana do NBA (tym ostatnim, do Wizards). Przez kilka dni wcześniej w internecie (który też wyglądał wtedy inaczej niż dziś, nie było twittera ani facebooka) wrzało od plotek.

Tamten tekst Aldridge'a odkopałem ostatnio, po igrzyskach w Soczi, które - poza pierwszym złotem medalem Kamila Stocha - przeżywałem głównie odczytując SMSy od przyjaciół i śledząc relacje w Internecie. Były ferie, wyjechaliśmy z rodziną do ciepłych krajów, które nie jestem nawet przekonany, czy miały swoją reprezentację na igrzyskach.

I zacząłem sobie przypominać przeróżne wydarzenia sportowe z mojego życia, te, które przeżywałem niekoniecznie przed telewizorem. Niesamowite, że choć minęło tyle lat, to wszystko tak dokładnie pamiętam - w psychologii nazywają to chyba pamięcią fleszową (włącza się w szczególnych momentach w naszym życiu, dlatego np. prawie każdy pamięta, co robił i gdzie był, kiedy dowiedział się o ataku na WTC, śmierci Papieża albo katastrofie smoleńskiej).

Moje pierwsze sportowe wspomnienie w życiu to niestrzelony karny Kazimierza Deyny, podczas MŚ w 1978 roku. Miałem 6 lat, akurat przyjechałem z rodzicami do Babci na Żoliborz. Zdaje się, że się popłakałem.

Kiedy Bronisław Malinowski zdobywał złoto na 3 km z przeszkodami, miałem 8 lat. Spędzałem z mamą wakacje nad morzem. Relacji słuchałem w radiu.

Podczas meczu Polska - Peru, który zadecydował o wyjściu z grupy podczas MŚ w 1982, mój wujek tak się ucieszył po pierwszej bramce dla Polaków, że wyskoczył z radości do góry tak wysoko, że... stłukł żyrandol.

Kiedy jako czternastolatek oglądałem Mistrzostwa Świata w Meksyku, moja siostrzenica Kasia miała miesiąc. Transmisje meczów odbywały się w nocy a mój szwagier nosił małą na ramieniu, bo wtedy mniej męczyły ją kolki i przestawała płakać.

Kiedy miałem 16 lat, trwały igrzyska w Seulu. Walkę o złoto Andrzeja Wrońskiego wysłuchałem na lekcji biologii (radyjko pod stołem, słuchawka w uchu), pani się nie zorientowała. Finał na 400 m stylem dowolnym i brąz Artura Wojdata - to był chyba piątek, na dużej przerwie w stołówce był telewizor, zbiegło się pół szkoły. Tydzień później wyjechaliśmy na wycieczkę szkolną w Góry Świętkorzyskie, nie było smartfonu ani nawet komórki, żeby ktoś życzliwy mógł wysłać SMS, więc o złocie Waldemara Legienia powiedział mi... przypadkowy przechodzień w Kielcach.

Igrzyska w 1992 roku odbywały się w wakacje, miałem 20 lat i byłem na obozie żeglarskim. Wszyscy się ze mnie śmiali, bo nie rozstawałem się z małym czerwonym radyjkiem na baterie, zakupionym wcześniej właśnie na okoliczność igrzysk. Wysłuchałem kolejnej walki Legienia o złoto, jarałem się pięcioboistami nowoczesnymi, przeżywałem dyskwalifikację Korzeniowskiego przy wejściu na stadion a najwięcej radości i emocji dostarczyli mi wtedy oczywiście piłkarze.

Później już starałem się tak ustawiać wakacje (do 2014), żeby móc się cieszyć igrzyskami nie przez radio.

Igrzyska w Atlancie to transmisje wieczorne i nocne. Kiedy Nastula męczył się w półfinale z jakimś Brazylijczykiem, akurat odwiedził nas mój przyjaciel, który niespecjalnie się sportem interesuje. Ale nawet on był pod wrażeniem tego, jak Nastula odrobił straty. Najlepiej pamiętam chyba heroiczną nocną walkę Partyki o złoto w skoku wzwyż - a ja żeby nie zasnąć pomiędzy kolejnymi próbami grałem w Heroes of Might and Magic.

Kiedy trwały igrzyska w Sydney, kupiliśmy z żoną większe mieszkanie na Ursynowie. Miałem 28 lat, zaczęliśmy myśleć o powiększeniu rodziny. Kiedy Szymon Ziółkowski i Kamila Skolimowska rzucali złotymi młotami, pilnowałem ekipy remontowej, zerkając w telewizorek.

Mój starszy syn urodził się w nocy, przed meczem Norwegia - Polska (2-3), dokładnie 13 lat temu, 24 marca 2001. Pamiętam, że w dniu jego urodzin padał śnieg.

Na mecz Korea - Polska na MŚ'2002 urwałem się z pracy (miałem już 30 lat). Nie ja jeden, środek dnia, a oglądaliśmy go w kilkanaście osób u kuzyna w mieszkaniu na Mokotowie. No ale przecież czekaliśmy wszyscy na tamten mecz od 16 lat.

Finały NBA: kiedyś - powiedzmy w latach 1994-1998 - oglądałem z tym drugim, co ze mną bloguje. Mieszkaliśmy blisko siebie, kilka minut spacerkiem, pamiętam, że jak wracałem, to było już zupełnie jasno i pachniały kwiatki. Potem pozakładaliśmy rodziny i oglądaliśmy, dzieląc się wrażeniami przez telefon. Potem już głównie spaliśmy ale podczas finałów ubiegłorocznych nastąpił comeback. No i - o dziwo - kibicowaliśmy tym razem Spurs. Wakacyjne wspomnienia związane z finałami NBA mam dwa - czasem się to pokrywa z Bożym Ciałem. 2004 - jestem w Grecji i ten drugi, co ze mną bloguje, smsuje drugi mecz (ten z dogrywką, wygrany przez Lakers po niesamowitej końcówce Kobego). No i 2010 - finały Lakers - Celtics i drugi, rekordowy mecz Raya Allena.

Jeszcze kilka wesel mi się kojarzy na sportowo. Wesele kuzyna Pawła i mecz eliminacyjny Austria – Polska, telefony od tego drugiego, co ze mną bloguje, karny Żurawskiego, ten drugi komentuje na żywo: Żurawski strzela, bramkarz broni, Żurawski dobija… cisza… gol! Wesele innego kuzyna na Mazurach i poranny na kacu finał Mistrzostw Świata 2002, oglądany wspólnie z innymi gośćmi na kacu. Wesele kumpla i mecz z San Marino – długo nie mogliśmy strzelić bramki, wygraliśmy chyba 2-0. Albo wreszcie wesele tego drugiego i pojedynek Gołoty z Lennoxem Lewisem - nad ranem pojechaliśmy z państwem młodymi do siedziby HBO, gdzie pracowała wówczas panna młoda (HBO miało prawa do transmisji). Ledwo ciepli doczekaliśmy transmisji, która - jak się okazało - była dość krótka.

Bieg Justyny Kowalczyk po złoto w Vancouver i konflikt z biletami do teatru na Upiora w operze. Bilety kupiłem kilka miesięcy wcześniej, o igrzyskach nie myśląc. Na szczęście na spektakl udało się wysłać moją mamę i teściową a bieg Justyny mogłem spokojnie obejrzeć.

I wreszcie te ostatnie igrzyska, najlepsze polskie igrzyska zimowe ever. Kiedy Justyna sięgała po złoto na 10 km klasykiem, siedziałem w samolocie do Miami. Znowu złe planowanie... Kiedy wylądowałem, zaczęły spływać SMSy... SMSy o złocie Bródki spłynęły kiedy przeprawiałem się promem do miejscowości Puerto Jimenez w Parku Narodowym Corcovado. Walkę Stocha o drugie złoto postanowiłem obejrzeć w jakiejś knajpie - ale jak się okazało z igrzysk olimpijskich do Kostaryki docierają jedynie transmisje hokeja na lodzie i bobslejów. Ale znalazłem knajpę z WiFi i choć streaming w ramach oficjalnych aplikacji nie działał zagranicą, to dzięki inwencji kumpla (tego, na którego weselu bawiłem się podczas meczu z San Marino) obejrzałem tę pierwszą serię... przez FaceTime (on ustawił iPada kamerką na telewizor, po czym wydzwonił mnie przez Internet). 

Potem podjechała taksówka do dżungli, nie można było czekać na drugą serię, zasięg urwał się mniej więcej przy 25. skoczku i nie było go przez kolejne dwie doby. Dostępu do Internetu również.

O drugim złotym medalu Kamila Stocha dowiedziałem się więc dopiero w poniedziałek, pewnie później niż ktokolwiek z Was, kiedy w Soczi trwał już konkurs drużynowy. Za to w międzyczasie widziałem różne małpy, papugi, kolorowe żaby a nawet jednego tapira. Czego i Wam życzę.

poniedziałek, 10 lutego 2014

Jutro Supergigant skończy 8 lat. Kawał czasu. Różne były chwile w życiu naszego blogaska, ostatnio aktualizowanego od wielkiego dzwonu. Ale faktem jest, że wystartował przy okazji zimowych igrzysk olimpijskich (stąd taka a nie inna nazwa) i że sporty zimowe a zwłaszcza skoki narciarskie zawsze były mu bliskie. Nie możemy więc siedzieć dłużej cicho, skoro Polak zdobył medal olimpijski. Zwłaszcza w skokach. I to złoty.

Starzy czytelnicy blogaska pewnie pamiętają nasze wzruszenia i radości małyszowe, potem nasze narzekania na nadtrenera Tajnera i trenera Kruczka. Jeśli chodzi o Kruczka, to odszczekiwaliśmy już wielokrotnie ale odszczekajmy raz jeszcze. Łukasz Kruczek wielkim trenerem jest.

Przypomnijmy sobie drogę, jaką przeszły polskie skoki w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Był jeden talent, samorodek, geniusz absolutny, taki jaki trafia się raz na dziesiątki lat i trafił się akurat nam. Za jego plecami obserwowaliśmy żałosne zazwyczaj nieloty pozostałych Polaków - pamiętamy takie nazwiska jak Robert Mateja, Wojciech Skupień, Tomasz Pochwała, Tomisław Tajner, Krystian Długopolski, Marcin Bachleda, no i sam Łukasz Kruczek. Wielkim sukcesem było wtedy zakwalifikowanie się do finałowej pięćdziesiątki, trzydziestka była szczytem marzeń.

Dziś mamy pluton skoczków, którzy bez większych problemów zazwyczaj kwalifikują się do pięćdziesiątki, potem do trzydziestki. Mamy kilku gości, którzy będąc w formie, na pasującej im skoczni, mogą wygrać zawody Pucharu Świata (wygrywali już przecież i Żyła, i Ziobro, i nawet Biegun). Mamy kolesia, skaczącego bardzo równo, który kwalifikował się do drugiej serii chyba w każdych zawodach w tym roku (Kot). Mamy gości, którzy może nie są hiperrówni ale potrafią wystrzelić nawet do pierwszej dziesiątki (Murańka, Kubacki). Mamy wreszcie armię młodzieży, która zdominowała Mistrzostwa Świata Juniorów (Mistrz Świata - Wolny, szalejący na treningach i w kwalifikacjach - Zniszczoł oraz przetarci już w dorosłych zawodach Murańka i Biegun). No i mamy Kamila Stocha, najlepszego skoczka na świecie, który słucha się - i to z dobrym skutkiem - swojego trenera (vide metamorfoza po pierwszym dniu treningów w Soczi).

Łukasz Kruczek sprawił, że jesteśmy skokach potęgą. Że odejścia Małysza praktycznie nie odczuliśmy, wyłączając oczywiście sferę emocjonalną (płakaliśmy razem z Szaranowiczem, kiedy go żegnał w Holmenkollen). Złoto MŚ na dużej skoczni w Val di Fiemme. Brąz MŚ w drużynie (za Małysza nie do pomyślenia - Adam był tylko od tego, żeby swoim fantastycznym skokiem wciągnąć nas do ósemki i zagwarantować udział w drugiej serii). Lider Pucharu Świata. Niezliczone miejsca na podium. Konkursy takie jak te w Engelbergu, albo jak te w Willingen. Że o tym wczorajszym nie wspomnę. Wspaniałe loty Kamila, rekord skoczni, wielka przewaga nad rywalami ale i bardzo cenne siódme miejsce Kota i trzynaste Ziobry (a i Kubacki może by się załapał do drugiej serii, gdyby nie zmiana warunków i decyzja sędziów o obniżeniu rozbiegu po skoku Maksimoczkina).

Dziś już nie mówimy - zawołaj mnie, jak będzie Małysz skakał ale nie mówimy też: zawołaj mnie, jak będzie skakał Stoch. Bo Polacy są po pierwszej serii i w pierwszej, i w drugiej, i w trzeciej dziesiątce. Bo w zawodach Pucharu Świata skacze ich zawsze po sześciu. I nigdy nie wiadomo, który odpali. Nie licząc Stocha oczywiście, bo on odpala najbardziej regularnie.

Podejście Stocha do skoków zawsze nam imponowało. Nie cierpiał porównań z Małyszem, zawsze od nich uciekał, bo wiedział, że Adam Małysz był, jest i będzie tylko jeden. Tak samo jak był, jest i będzie tylko jeden Kamil Stoch. Pierwszy polski mistrz olimpijski od czasów Wojciecha Fortuny, człowiek, który jak nikt inny potrafi przygotować szczyt formy naprawdę perfekcyjnie (Turniej Czterech Skoczni, anyone?), w marcu być może pierwszy od czasów Adama polski zdobywca Pucharu Świata. Z sezonu na sezon, z mistrzostw na mistrzostwa, z igrzysk na igrzyska coraz lepszy. 

Dziś najlepszy na świecie.

Stoch na MŚ juniorów: 41, 26, 16, 8.

Stoch na MŚ seniorów: 2005: 37 / nie zakwalifikował się, 2007: 13/11, 2009: 24/4, 2011: 19/6, 2013: 1/8 (drużynowo kolejno 6,5,4,4,3)

Stoch w MŚ w lotach: kolejno 35, 34, 13, 10 (założymy się, że w tym roku będzie lepiej?).

Stoch w PŚ: 53, 45, 30, 30, 30, 24, 10, 5, 3.

Stoch na IO: 26/16, 27/14, 1/?.

A do tego wszystkiego: inteligentny, skromny (w kościele nie był w niedzielę ale był w sobotę), dowcipny (widzieliście jak udaje Oksanę), wygadany (albo jak się nabija z Kurzajewskiego), patriota (kask z szachownicą - to drugie mistrzostwo olimpijskie), z dużą ilością pokory, wyciągający wnioski, uczący się na błędach (metamorfoza po pierwszym dniu treningów to kolejne mistrzostwo olimpijskie).

Konkurs na dużej skoczni już w najbliższą sobotę (wyjeżdżam na ferie i już szukam, czy są jakieś aplikacje, które umożliwią mi obejrzenie konkursu). W poniedziałek za tydzień mamy niby całkiem realną szansę na medal w drużynie ale jestem raczej skłonny do tonowania hurraoptymizmu.

Bo po pierwsze - wciąż nie mamy czwartego do brydża, po drugie - Severin Freund się raczej po raz drugi nie przewróci, po trzecie - pewniakami do medali są i Austriacy, i Niemcy, i Słoweńcy - a medale będą tylko trzy). 

Ale jedno jest pewne - Kamil Stoch jest mistrzem olimpijskim, wszyscy kochamy Kamila Stocha!

PS. Zasłyszane wczoraj w studiu TVP - Kurzajewski do Małysza: Adamie, Kamil wygrał dziś w twoim stylu za najlepszych lat. Małysz - nie, nie, w lepszym, w lepszym. Wielki respect dla Małysza...

poniedziałek, 27 stycznia 2014

Żeby Supergigant powrócił z zaświatów, nie wystarczyło 62 punkty Carmelo Anthony. Musiał jeszcze Polak wygrać turniej wielkoszlemowy po 38 latach. Oglądaliśmy, obowiązkowo się popłakaliśmy, kiedy Łukasz przemawiał po zwycięskim finale. A taki jeden nasz kolega bardzo się tenisem jara i zaproponował, że napisze dla nas notkę. I był tak miły, że napisał.

Ale zanim ją opublikujemy, krótka anegdota. Noc z wtorku na środę. Nastawiam sobie budzik na środek nocy na mecz Oklahoma - Portland. Budzę się, Blazers prowadzą ale nie mają w swoim składzie Kevina Duranta, który gra - jak to ostatnio ma w zwyczaju - niczym natchniony. W końcówce wyprowadza Thunder na prowadzenie, którego nie oddadzą już do końca meczu. 46 punktów, wow. Co jakiś czas kontrolnie przełączam na Eurosport, żeby obejrzeć sobie planową porażkę z Wiktorią Azarenką. I jest dziwnie. Kiedy się budzę, Agnieszka Radwańska prowadzi w pierwszym secie 4-0, po chwili jest już 5-0, seta wygrywa ostatecznie 6-1. W drugim secie mamy huśtawkę, break, break back, koniec końców przegraną 5-7 (wszystko na przemian z Blazers - Thunder).  Za to w trzecim secie już miazga. Do zera.

O 4.34 wysyłam do trzech kumpli, z którymi często jaramy się tenisem.

"Pobudka! Radwańska prowadzi 5-0 w decydującym secie!"

Dwaj śpią, odpisuje tylko jeden: "A myślisz, że ja co? Oglądam :)))"

No i ten sam kolega był tak miły, że napisał nam notkę:

Wielki Łukasz, obiecująca Agnieszka, ambitny Kamil

 

Właściwie to podsumowanie Australian Open z polskiej perspektywy powinno skupić się na Łukaszu Kubocie, który właśnie przeszedł do historii tenisa. Niemniej jednak jesteśmy zdania, że choć „Luki” rzeczywiście zagrał turniej życia i mecz życia (finał debla), to dobre słowo należy się właściwie całej naszej ekipie. Był to bowiem turniej wybitnie dobry dla polskiego tenisa, a tylko i wyłącznie rozbudzonym w 2013 roku apetytom zawdzięczamy nutkę rozczarowania, którą słychać w komentarzach dziennikarzy, kibiców i fachowców. No więc po kolei.

 

Gęsto od Polaków w pierwszych dniach AO.

Mieliśmy nie w pełni sprawnego Janowicza w 3 rundzie, czyli coś więcej niż  plan minimum, a na dodatek bez awantur i bez „how many times”. Przysiężny 2 runda, czyli bardzo solidny wynik, przegrał z grającym „życie” Francuzem który doszedł do 4 rundy i urwał seta Murrayowi.  Wg nas dobrze, solidnie. Debel Fyrstenberg Matkowski  bez szału, ale 3 runda była. Zresztą wygrana z czołową parą świata Nestor i Zimonjic to już otarłoby się o sensację. Uwaga! Była też zaglądająca coraz śmielej do świata WTA Tour Kasia Piter, która przeszła 3 rundy eliminacji, a naprawdę, wielu zawodników potwierdzi, iż eliminacje przejść jest często trudniej niż coś ugrać w turnieju głównym. Także duży sukces Kasi, choć przegrała w 1 rundzie z Halep, ale Halep to już czołówka rankingu, więc trudno było o inny scenariusz. Kasia akurat szczęścia w losowaniu Main Draw nie miała. Tak więc w pierwszym tygodniu turnieju Polaków było naprawdę widać, i bywały takie dni, że grali w tym samym czasie swoje mecze na różnych kortach,  powodując rozdarcie obecnych w Melbourne kibiców i dziennikarzy z Polski.

Wielki Luki


Bardzo solidnie zaprezentował się cały team, teraz czas na gwiazdy. Największą niewątpliwie jest Kubot. Wygranie turnieju wielkoszlemowego to ogromny, kosmiczny sukces Polskiego tenisa i duży sukces polskiego sportu w ogóle. Po raz pierwszy od 1976 roku (wtedy Fibak też wygrał debla i też w Australian Open). A męski  debel to nie żadna pokazówka, ale bardzo wymagający sport, a do tego jeszcze wyjątkowo widowiskowy (mecz finałowy to tego żywy dowód). Nikt tak jak Kubot z polskiej ekipy nie zasługiwał na taki triumf. Jest wzorem sportowca. Niezwykle pracowity, skromny, świadom swoich ograniczeń (jest tenisistą który w dopiero w późnym wieku dostał się czołowej setki ATP), od lat ciężko i cierpliwie trenuje pnąc się w górę w rankingu deblistów i utrzymując solidną pozycję wśród singlistów. Last but not least, jeden z ostatnich Mohikanów Fair Play. W meczu półfinałowym skorygował decyzję sędziego na swoją niekorzyść, co mogło mieć tragiczne skutki. Oglądamy dużo meczów tenisowych i naprawdę takie zachowania należą niestety do rzadkości. Luki jesteś Wielki.

Obiecująca Isia


 

Są tacy którzy załamują się gładką porażką Agnieszki Radwańskiej w półfinale z Cibulkową, my przede wszystkim cieszymy się zwycięstwem nad Victorią Azarenką. Cieszy nas sam fakt zwycięstwa nad czołową  tenisistką świata, ale także sam styl,  bo naprawdę to co pokazała Radwańska w meczu z Wiką to był poziom wirtuozerii Messiego czy Ronaldo, jeśli wolno się posłużyć analogią futbolową. A tak racjonalnie, obiektywnie analizując, to jest dobrze. Agnieszka po raz pierwszy od dawna wygrała z kimś z wielkiej trójki  i utarła nosa wszystkim, którzy twierdzili, że z Azarenką nie będzie nigdy w stanie wygrać. Otóż widać, że będzie, tym bardziej jeśli nadal będzie poprawiać swój tenis, a my w Melbourne zobaczyliśmy postęp. Agnieszka lepiej serwuje i gra nieco agresywniej. To już bardzo dużo i szanse na Wielkiego Szlema rosną. Zaryzykujmy; jest bardziej prawdopodobne, że Isia wygra turniej wielkoszlemowy niż go nie wygra. 

Ambitny Kamil

 

Juniorskiego tenisa śledzą już naprawdę tylko zapaleńcy, a szkoda bo dzieje się tam dużo, a najlepsi juniorzy na świecie poziomem gry spokojnie kwalifikują się  do rywalizacji z seniorami niezłej klasy (patrz 3 runda AO Belindy Bencic czy 2 rundy Kokinakisa czy Kyrgiosa). Tymczasem niepostrzeżenie wyraźnie zaznaczył w tym gronie obecność Kamil Majchrzak, który znalazł się w gronie 8 najlepszych singlistów wygrywając 3 mecze, a także doszedł do półfinału debla z Australijskim partnerem. Mamy więc juniora w światowej czołówce (w 2013 Kamil wygrał już Juniorski US Open w deblu). Pochodzący z Piotrkowa Trybunalskiego  i nadal tam trenujący Majchrzak robi systematyczny postęp, a optymizmem napawa zwłaszcza jego „głowa” – jest zawodnikiem o stalowych nerwach i wielkiej ambicji który potrafi wygrywać ważne piłki i wychodzić cało z beznadziejnych sytuacji (choćby z 3-6, 0-4 w 2 rundzie  na 3-6, 6-4, 6-4). Tak więc ktoś tam jest wśród młodzieży, kto wydaje się mieć papiery na pójście w ślady Kubota, Przysiężnego czy Jerzyka.

Wszyscy kibice tenisa w Polsce porzućcie fochy i  łączcie się w optymizmie. Jest dobrze a będzie jeszcze lepiej. Następny krok już za chwilę w Moskwie w Davis Cup oraz w Szwecji w Pucharze Konfederacji. Zwłaszcza, że naszych najlepszych tenisistów do gry w reprezentacji namawiać nie trzeba.

PS. Z ostatniej chwili - okazuje się, że Puchar Davisa nam się trochę skomplikował, Kubot ogłosił, że w Moskwie nie zagra :-(

 

 

wtorek, 10 grudnia 2013

Zanotujcie sobie tę datę. 13 maja 2014.

Tego dnia odbędzie się (prawdopodobnie) towarzyski mecz Niemcy - Polska w Mainz. Mecz z początku nie zapowiadał się szczególnie porywająco - odbędzie się jeszcze przed finałem Pucharu Niemiec, przed finałami Ligi Europy i Ligi Mistrzów. Jak dobrze pójdzie, to najlepsze niemieckie drużyny - Bayern i Borussia - będą jeszcze w trakcie sezonu. A jeśli Borussia, to w trakcie sezonu będą też najlepsi reprezentanci Polski. Nie wspominając o tym, że ostatnia kolejka Ekstraklasy odbędzie się 31 maja.

Niemcy potraktują ten mecz pewnie rozbiegowo - najlepsi nie zagrają albo będą grali krótko. W pierwszej rundzie Mundialu Niemcy zagrają z Portugalią, w drugiej być może z Rosją, więc jakieś tam warianty będą mogli w meczu z Polską zacząć ćwiczyć. I pewnie jak zwykle skończy się naszą przegraną.

Ale dziś okazało się, że ten mecz może być meczem historycznym. TVP przegrała z Polsatem wyścig o eliminacje Euro 2016, turniej finałowy Euro 2016 a nawet eliminacje do MŚ w Rosji 2018. A to oznacza, że przez najbliższe pięć lat na mecze reprezentacji Polski będą nas zapraszać powracający na wielką scenę po pięciu latach Mateusz Borek na spółkę z Bożydarem Iwanowem i Romanem Kołtoniem.

Co to oznacza? Być może to, że 13 maja 2014 pożegnamy się z nieodżałowanym Dariuszem Szpakowskim. Brytyjski Szpakowski, John Motson, zakończył karierę komentatora w wieku 63 lat. Szpakowski skończy 63 lata za rok, w 2018 będzie już statecznym 67-latkiem. I nawet w ramach nowego systemu emerytalnego będzie emerytem.

Dziwnie jest z tym Szpakowskim. Nie jesteśmy w stanie go słuchać, opowiada straszne pierdolety i kocopały, bez przerwy myli zawodników (ale potrafi z tego wybrnąć, mówiąc np. Lewandowski... (a kiedy okazuje się, że to jednak nie Lewandowski) czeka na podanie), jest do bólu pretensjonalny (zobaczyć Neapol i umrzeć, zobaczyć Neapol i pożegnać się z Italia'90, ze stadionu w Neapolu żegna państwa Dariusz Szpakowski), komicznie przekręca nazwiska (szira, runi, pirsi, szyltyn, desłoker, podanie do desłokera), rozpoczyna te swoje żałosne podsumowania na pół godziny przed końcem. A jednak kiedy Basałaj go odsunął od prowadzenia meczów kadry w TVP, to było jakoś dziwnie.

No i jednego nie można mu odmówić. Fenomenalnie się jara. Wrzasków przy bramkach Polaków w eliminacjach Euro 2008 nie zapomnimy nigdy :-)

Ze Szpakowskim oczywiście nigdy nic nie wiadomo. Bohdan Tomaszewski komentuje Wimbledon w wieku 90 kilku lat. Ale jakoś trudno nam jest wyobrazić sobie 70-letniego starszego pana podróżującego na Mundial do Kataru. No chyba, że takim pożegnaniem byłby finał Ligi Europy w 2015 na Stadionie Narodowym...

poniedziałek, 25 listopada 2013

Wspominałem już, że ostatnie miesiące spędziliśmy z tłumaczeniem książki pana Jacka McCalluma, Dream Team: Jak Michał, Czarodziej, Wawrzek, Karol i najwspanialsza drużyna w historii podbili świat i na zawsze odmienili koszykówkę.

No to przetłumaczyliśmy. Tym razem w duecie, z tym drugim, co ze mną bloguje. Powrót do przeszłości, dwadzieścia jeden lat wstecz wyszedł autorowi całkiem fajnie a momentami nawet nostalgicznie. Nawet ten drugi, zazwyczaj stary cynik, wzruszył się podczas epilogu, czytając co czuł jeszcze starszy cynik, Larry Bird, stojąc na najwyższym stopniu olimpijskiego podium.

Książka chronologicznie opisuje całą historię Dream Teamu - począwszy od pomysłu, który zrodził się w głowie pewnego Inspektora ds. Kontroli Jakości Mięsa z Belgradu, przez początkowy opór i niechęć (nie tylko ze strony Amerykańskiego Komitetu Olimpijskiego ale również Davida Sterna), zakończone w końcu sukcesem głosowanie za dopuszczeniem zawodowców do igrzysk, fascynujący proces selekcji (kto, kiedy, dlaczego, szczególnie dużo miejsca autor poświęca temu, dlaczego na igrzyska nie pojechał Isiah Thomas), historię każdego z zawodników z osobna i ich prywatne przejścia (Magic Johnson i AIDS, Larry Bird i chore plecy, John Stockton i kontuzja kolana, Scottie Pippen i trudne dzieciństwo oraz konieczność bycia tym-drugim w Chicago, Charles Barkley i jego ekscesy, Michael Jordan i sława, David Robinson i wiara, Clyde Drexler i bycie tym-dwunastym, w dodatku nieJordanem, Chris Mullin i alkoholizm, Christian Laettner i bycie najsłabszym ogniwem), przygotowania do turnieju, same igrzyska i wreszcie where-are-they-now, czyli współczesne spotkania z bohaterami 1992.

Jeden rozdział jest w całości poświęcony Najlepszemu Meczowi, Którego Nikt Nie Widział, czyli sparingowi w Monte Carlo, w którym autor opisuje akcja po akcji, punkt po punkcie, rzut po rzucie, emocja po emocji, trash-talk po trash-talku słynny sparing wewnętrzny w Monte Carlo, w którym Biali Michaela Jordana (MJ, Pippen, Bird, Malone, Ewing) grali z Niebieskimi Magica Johnsona (Magic, Barkley, Mullin, Robinson, Laettner).

W innym rozdziale czytamy o sparingach, które z Dream Teamem rozgrywali ówcześni koledzy Laettnera z uniwersytetów - Grant Hill, Alan Houston, Chris Webber, Penny Hardaway, Bobby Hurley, Jamal Mashburn, Eric Montross, Rodney Rogers. Co ciekawe - żaden z nich nawet nie zbliżył się do karier, które były udziałem każdego członka Dream Teamu (poza Laettnerem oczywiście).

Albo o kłopotach ze sponsorami (Dream Team wyszedł na ceremonię wręczenia medali, z kołnierzami i flagami amerykańskimi zasłaniającymi logotyp Reeboka).

Albo o tym, skąd wzięła się nazwa Dream Team.

Albo o narodzinach Air Jordanów.

Albo o tym, dlaczego na igrzyska pojechało jedenastu koszykarzy NBA a nie sześciu, jak pierwotnie planowano.

Albo o wielkiej osobowości Chucka Daly, o którym nikt nie powiedziałby złego słowa.

Albo o pokoiku rodzinnym w hotelu Ambasador w Barcelonie, w którym nocami grało się w karty a w ciągu dnia niańczyło się dzieci.

Albo o tym, jak to jest jechać na igrzyska z wyrokiem śmierci (Magic).

Albo o Złotym Triumwiracie, jedynym takim w historii koszykówki i o tych, którzy do tego triumwiratu aspirowali.

Albo o Dream Team Manii - dziennikarzach, trenerach i koszykarzach drużyn przeciwnych, którzy za wszelką cenę chcieli sobie zrobić zdjęcia z członkami Drużyny Marzeń.

Albo o ciętych ripostach Larry'ego Birda.

Albo o niespodziewanej przyjaźni, która narodziła się między Larrym Birdem i Patem Ewingiem (Harry i Larry).

Albo o gierkach w golfa, które autor rozgrywał z członkami Dream Teamu.

Albo o nocnych eskapadach Charlesa Barkleya na Las Ramblę oraz jego akcie przemocy wobec reprezentanta Angoli.

Albo o wygłupach i złośliwościach, które permanentnie prawili sobie poszczególni zawodnicy.

Albo o kolejnych Dream Teamach, tfu - kolejnych amerykańskich drużynach olimpijskich, bo przecież Dream Team był tylko jeden.

Pięciokrotny mistrz NBA, Magic Johnson, mówi:

"The Dream Team is No. 1 of anything I've done in basketball because there will never be another team like it. There can't be."


I trudno się z nim nie zgodzić. Koszykówka się zmieniła, igrzyska się zmieniły, media się zmieniły, gwiazdy się zmieniły. Dream Team zakończył pewną epokę a jednocześnie rozpoczął i ukształtował kolejną. Zacytuję autora:

Latem 1992 roku Dirk Nowitzki był patykowatym niemieckim czternastolatkiem. Ot, dzieciak z marzeniami, jak wielu. W rodzinnym Würzburgu w północnej Bawarii zaczął właśnie grać w kosza i łapać rytm gry. Odkrył, że ma talent do rzutów i jeszcze większy do długich, samotnych treningów. Rzucał piłkę, zbierał ją, rzucał jeszcze raz i jeszcze… w tym samym ciągu powtórzeń, który z amerykańskich zawodników takich jak Larry Bird, Scottie Pippen, Chris Mullin czy John Stockton uczynił supergwiazdy. 

(...)

Nowitzki, tak jak wielu młodych Niemców, zachwycał się swym rodakiem Detlefem Schrempfem, który latem 1992 roku właśnie zakończył swój siódmy sezon w NBA i był liderem niemieckiej drużyny na igrzyskach w Barcelonie. Ale jego ulubionym graczem był Pippen.

(...)

I tak to wyglądało. Nastąpił, jak to ujął Nowitzki, „boom”, który na całym świecie zapoczątkował swego rodzaju rewolucję. W Argentynie igrzyska oglądał Manu Ginobili, piętnastolatek o dzikiej, niemal zwierzęcej sprawności fizycznej. W Hiszpanii przyglądali się im dwunastoletni Pau Gasol, który marzył, by zostać lekarzem, i dziesięcioletni José Calderón, początkujący rozgrywający. W Turcji zmagania Dream Teamu śledziło dwóch wyrośniętych trzynastolatków, Mehmet Okur i Hedo Türkoğlu, zaś we Francji dziesięcioletni Tony Parker, już wtedy uznawany za jednego z najszybszych młodzików w kraju. W Brazylii było to dwóch dziesięciolatków: duży i silny Nene Hilario i szybki Leandro Barbosa, natomiast w pobliżu Stanów dwaj uzdolnieni juniorzy – szesnastoletni pływak Tim Duncan z Bahamów i niepozorny, osiemnastoletni Kanadyjczyk Steve Nash, który zaczynał koszykarską karierę na uniwersytecie Santa Clara.

(...)

 "Dream Team miał gigantyczny wpływ – stwierdza Donnie Nelson, były asystent trenera drużyny Litwy, obecnie menedżer Dallas Mavericks, mistrzów NBA z 2011 roku. – Nie możesz tego dokładnie zmierzyć, ale możesz to sobie wyobrazić. Jakie znaczenie dla rozwoju muzyki w USA miał przyjazd Beatlesów? Tu było podobnie”.

Dla zainteresowanych lekturą - premiera książki w przyszłym tygodniu, przed Mikołajkami. Ale u nas tradycyjnie można książkę zamówić przedpremierowo, już dziś. Wystarczy zajrzeć tutaj:

http://www.labotiga.pl/dream-team

Dodać do koszyka, wpisać kod SUPERGIGANT i cieszyć się 25% zniżką. Wysyłka książki prosto z drukarni pod koniec tygodnia - powinniście ją otrzymać w poniedziałek, już za tydzień. Zniżka przestanie działać jakoś w okolicach Mikołajek, czyli trzeba się spieszyć.

Shaq wraz z ekipą Inside the NBA na TNT przygotowują się do nowej wersji Rydwanów ognia.

Podczas jednej z przerw w transmisji ostro trenowali. Skończyło się katastrofą.

wtorek, 19 listopada 2013

Widzieliście film Moneyball z Bradem Pittem? O wykorzystaniu zaawansowanych statystyk i analiz komputerowych w ewaluacji zawodników w baseballu. Pitt gra menedżera Billy'ego Beane'a, który jako pierwszy wykorzystywał pionierskie metody statystyczne ekonomii baseballu (sabermetrics) w MLB w 2002 i 2003, prowadząc do sukcesów drużynę Oakland Athletics.

Sabermetrics za wikipedią: the term for the empirical analysis of baseball, especially baseball statistics that measure in-game activity. The term is derived from the acronym SABR, which stands for the Society for American Baseball Research.

Big Data dociera do NBA. Do najnowszego MVP (w kioskach chyba pojutrze) napisaliśmy tekst, jak za starych czasów Fruwając pod koszem (gdzie jedyną drużyną, o której nie napisaliśmy nigdy byli Atlanta Hawks ale nadrobiliśmy to potem na Supergigancie i gdzie najgorszym naszym tekstem w historii był artykuł poświęcony Milwaukee Bucks, w oryginale zatytułowany Ćwoki z Milwaukee, co potem redakcja zmieniła na błyskotliwe Wielka Czwórka i trener Karl). Tekst poświęcony drużynie, która mało kogo interesuje (Mamphis Grizzlies, znani dawniej jako Vancouver Grizzlies) ale gra powyżej oczekiwań (rok temu dotarła do Finału Konferencji, eliminując po drodze Clippers i Oklahomę) i jej zatrudnionym w grudniu ubiegłego roku menedżerze, statystycznym freaku, ex-blogerze, twórcy słynnego wskaźnika PER (Player Effectiveness Ratio) Johnie Hollingerze.


Najstarsi czytelnicy naszego blogaska, a w zasadzie ci, którzy pamiętają naszą aktywność jeszcze w latach dziewięćdziesiątych, na grupie dyskusyjnej pl.rec.sport.koszykowka, najlepszym wtedy miejscem do dyskusji na temat NBA, być może pamiętają TRada, Tomasza Radko, twórcę cyklicznych felietonów Notatki na mankietach i maniaka statystyk równego Hollingerowi (tyle, że TRad jarał się wskaźnikiem Tendex). Wiele lat później na prsk pojawił się niejaki WilQ, Michał Wilczyński, który wyróżniał się tak bardzo, że aż zaczęli go publikować na 82games.com. Ciekawe, może i oni wylądują w jakimś klubie koszykarskim, kiedy moda na wykorzystywanie zaawansowanych statystyk dotrze do nas. Póki co wykorzystywanie statystyk przewija się we wszystkich dyscyplinach sportowych - w piłce nożnej mamy Carlsberg Castrol Performance Index a na portalu gazeta.pl błyskotliwe analizy statystyczne prowadzi Michał Zachodny. W siatkówce trener Raul Lozano pracował zawsze z laptopem na kolanach i coś tam skrzętnie notował. ''I am a loner with a laptop.'' - mawia Rafa Benitez.

Zbierając materiały do tekstu o Memphis i Hollingerze dowiedziałem się, że prywatnego analityka statystycznego, który ma zoptymalizować jego performance i celność zatrudnił Kevin Durant. Dzisiaj statystyk chyba spisał się nieźle - Durant rzucił 38 punktów a Thunder wygrali z Nuggets. Maniakiem statystyk jest też młody menedżer Houston Rockets, Daryl Morey.  Dowiedzieliśmy się też, że w Portland pracuje 24-letni basketball analytics manager, niejaki Ben Falk. I spójrzcie na tabelę NBA. Blazers na drugim miejscu na Zachodzie, 9 zwycięstw, 2 porażki. Ben Falk wygląda tak:


Kolejne kluby inwestują w tzw. SportVU ICE Sports Team Analysis and Tracking System, specjalny system monitoringowy, który wykorzystując technologię stworzoną na rzecz izraelskiej obrony przeciwlotniczej, będzie ze stuprocentową precyzją śledził trójwymiarowo poruszanie się po parkiecie każdego z zawodników Memphis.

Na koniec jeszcze jedna ciekawostka a'propos Hollingera. Jesienią ubiegłego roku, przed rozpoczęciem sezonu 2012/13, dziennikarzy zajmujących się NBA poproszono o wytypowanie finalistów NBA. Jeśli chodzi o Konferencję Zachodnią, to 20 z 30 tzw. ekspertów postawiło na Los Angeles Lakers (Dwight Howard, Kobe, Steve Nash - wiadomo). Dziewięciu – na Oklahomę (Durant, Westbrook - ubiegłoroczni finaliści, wiadomo). Hollingera, który jako jedyny postawił na San Antonio Spurs, wyśmiano. Osiem miesięcy później Spurs zmietli w finale Konferencji Zachodniej Memphis Grizzlies, których pracownikiem był już wtedy Hollinger 4-0 a nasz bohater mógł tylko pozwolić sobie na autoironiczny wpis na twitterze:

Ironia 1 – Hollinger 0.

 

piątek, 15 listopada 2013

Marek Plawgo zalinkował przed chwilą na swoim facebooku swoją ostatnią spowiedź, wywiad dla Życia Bytomskiego. Wywiad warto przeczytać, choć jest dość smutny i gorzki.

Po czym napisał:  

Moje marzenie o zakończeniu kariery na największej imprezie rozgrywanej w Polsce, czyli Halowych Mistrzostwach Świata w Sopocie, zweryfikowane zostało przez rozsądek. To już oficjalne - nie pojawię się więcej na bieżni.

Jakiś czas temu informowałem o tym że zakończyłem swój ostatni sezon letni, że podjąłem decyzję o zakończeniu kariery. Była to trochę niespójna informacja, gdyż zostawiłem sobie otwartą furtkę na start w hali, gdzie planowałem zakończyć ją definitywnie. Długo rozważałem wszystkie "za" i "przeciw" i zdecydowałem że nie ma co dłużej tego odwlekać. Czas stanąć na nogi. Jak się okazało, życie bez codziennych treningów i sportowych wyzwań, też jest ciekawe. A na pewno bardziej wdzięczne niż sport dla mnie w ostatnich trzech latach.


Dawni stali czytelnicy naszego blogaska wiedzą, że lubimy bardzo lekką atletykę, że trochę jest nam żal, że królowa sportu już nie jest tak popularna jak kiedyś. Staramy się oglądać wszystkie wielkie imprezy lekkoatletyczne, marzymy wtedy zawsze o sukcesach Polaków. Takich jak ten, 6 lat temu.

Panu Markowi za tamten bieg w Osace serdecznie dziękujemy. I życzymy powodzenia na nowej drodze życia.

Ta poprzednia, pomimo nękających kontuzji i pomimo braku medalu olimpijskiego, była przecież jednak bardzo udana.

Fajnie by było, gdyby znalazł się jakiś sponsor, który zorganizowałby Markowi Plawdze huczne pożegnanie. Fajnie by było, gdyby większe media niż nasz skromny blogasek czy Życie Bytomskie wyprodukowały jakiś pożegnalny tekst, zrobiły wywiad, powspominały.

Pan Marek sobie na to zasłużył.

Ostatnie 10 sekund dzisiejszego meczu Golden State - Oklahoma. Where amazing happens.

czwartek, 14 listopada 2013

Pewnie widzieliście buzzer beater Jeffa Greena w meczu z Miami kilka dni temu.

Ale to nic w porównaniu z tym buzzer beaterem.

Jak widać, amazing happens nie tylko w NBA. Ale nie o tym miało być.

16 i pół roku temu miała miejsce słynna Flu Game, piąty mecz finałów NBA Chicago – Utah, w którym Michael Jordan grając z grypą żołądkową (podobno w Salt Lake City podano mu zatrutą pizzę), dokonywał heroicznych czynów, rzucił 38 punktów i poprowadził Byki do zwycięstwa. Już wkrótce będzie można wziąć udział w aukcji, w ramach której będziecie mogli zakupić buty, w których grał wtedy Michael. Historia Prestona Turnera (na zdjęciu poniżej siedzi w czapeczce u stóp Jordana) jest na tyle urocza, że postanowiliśmy ją przytoczyć.

Wszystko zaczęło się jeszcze w sezonie zasadniczym. W listopadzie Byki przyjechały na mecz wyjazdowy do Salt Lake City. Przed meczem Jordan poprosił jednego z asystentów trenera, Chipa Schaefera o swoje ulubione krakersy i sok jabłkowy. Krakersy dostał ale okazało się, że sok jabłkowy został w Chicago. 

Niezadowolony Jordan odwrócił się do przebywających w szatni chłopców od podawania piłek i powiedział, że jak sok się nie znajdzie, to po meczu nie będzie autografów. Preston niewiele się zastanawiając, pognał do sklepiku, w jednym nie było, w drugim nie było, wreszcie w trzecim się udało zakupić sok. Byki mecz przegrały, Jordan w ogóle nie miał ochoty na podpisywanie autografów ale kiedy zobaczył Prestona, przypomniał sobie o danej obietnicy i zrobił dla niego wyjątek, mówiąc: „Może się zobaczymy w czerwcu.”

Kiedy Jazz i Bulls awansowali do wielkiego finału, Truman specjalnie się do meczu w Salt Lake City przygotował. Zakupił nie tylko zapas soku jabłkowego, ale i wspomniane ulubione krakersy Jordana i przyniósł je w dużych ilościach do szatni gości. „Pamiętałeś? To jest mój człowiek! Masz na imię Preston, dobrze pamiętam?” – zapytał Michael. „Tak jest proszę pana.”

Kiedy przed ostatnim piątym meczem w Utah Jordan leżał w szatni ledwie żywy pod kroplówką, Preston życzył mu zdrowia i zapytał, czy będzie po meczu potrzebował swoich butów. „A co, chcesz je?” – zapytał Michael. „Byłbym zaszczycony.” – odpowiedział Truman. W trakcie meczu siedział na podłodze przy ławce Bulls, podawał wyczerpanemu Jordanowi ręcznik, no i miał w pogotowiu rzeczony soczek jabłkowy. Zapamiętał też reakcję Jordana, kiedy lekarze zaproponowali mu, żeby odpoczął. "Fuck, no" - odpowiedział Jordan.

Po niesamowitym meczu w szatni pojawił się z gratulacjami Charles Barkley, a Preston był przerażony, że sir Charles sam poprosi Michaela o buty. Ale one leżały tak sobie w szafce i kiedy wreszcie jeden z asystentów chciał je zapakować razem ze sprzętem, Jordan przerwał i powiedział: „Zostaw, to jego.” i pokazał na Trumana. Po czym złożył na obu butach autograf.

Rok później jakiś facet chciał odkupić buty za 11 tysięcy dolarów ale Preston się nie zgodził. Zdeponował buty na 16 lat w sejfie bankowym i dopiero ostatnio doszedł do wniosku, że zbliża się już do czterdziestki i że na pewno znajdzie się ktoś, kto znajdzie dla tych legendarnych butów lepsze miejsce niż depozyt w banku. A przy okazji dobrze za to zapłaci.

Cena wywoławcza: 5 tysięcy dolarów ale na pewno ktoś da więcej, dużo więcej.

PS. Skończyliśmy właśnie (tym razem we dwóch, razem z tym drugim, co ze mną bloguje) tłumaczenie w ekspresowym tempie (stąd kolejna przerwa w Supergigancie) książki Dream Team: How Michael, Larry, Magic, Charles and the Greatest Team of All Time Conquered the World and Changed the Game of Basketball Forever (premiera jeszcze przed gwiazdką). W książce opisana jest podobna historia sprzed pamiętnego meczu w Cleveland, tego zakończonego The Shot. Jakiś mały chłopak porwał wtedy po śniadaniu widelec, którym jadł Michael Jordan.

Zdarza mi się czasem myśleć o tym widelcu. Czy chłopak cały czas ma go w swojej kolekcji? Może trafił na eBaya? A może znajduje się za szybą w ramce w kancelarii prawniczej, którą ten człowiek prowadzi? - napisał autor, Jack MacCallum.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 354
REKLAMA