piątek, 10 lutego 2012
Long time no see :-)
Dziś jest najgłośniejszym nazwiskiem w NBA. Bożyszczem Nowego Jorku i Azji, najczęściej tweetowanym, facebookowanym a jego imię i nazwisko jest najczęściej wpisywane w googla i odmieniane przez wszystkie przypadki. A jeszcze tydzień temu nikt o nim nie słyszał. Jeremy Shuhao Lin. Pierwszy Amerykanin chińskiego / tajwańskiego pochodzenia w NBA.
Ale zacznijmy od początku. 2006: Jeremy Lin marzy o stypendium uczelni UCLA. Pisze CV podsumowujące osiągnięcia naukowe, znajomy znajomego przygotowuje montaż jego najlepszych akcji koszykarskich z liceum i nagrywa to na DVD. Jeremy wysyła wszystko w paczce do Los Angeles. Nic z tego nie wychodzi, UCLA nie jest zainteresowana, Lin trafia na Harvard, uczelnię bez większych tradycji koszykarskich, która stypendiów sportowych nie oferuje. Tu trzeba się przede wszystkim uczyć a po godzinach się w koszykówkę raczej nie grywa. Dwa lata wcześniej starszy o 4 lata od Lina inny student Harvardu, niejaki Mark Zuckerberg, stworzył po godzinach mały serwis społecznościowy i nazwał go thefacebook.
Lato 2010: Jeremy Lin kończy studia na Harvardzie, zostaje magistrem ekonomii z bardzo przyzwoitą średnią. Nie gorzej idzie mu na parkiecie koszykarskim: kończy sezon ze średnimi statsami 16,4 pkt., 4.4 zb., 4.5 as., 2.4 przechwyty, 1.1 bl.
Ale na NBA ?wyniki Lina nie robią wrażenia. Podczas draftu bezskutecznie czeka na wywołanie swojego nazwiska. Harvard od ponad 50 lat nie miał swojego człowieka w NBA, zanosi się na to, że jeszcze trochę poczeka. Ostatnim koszykarzem z równie prominentnej uczelni był Chris Dudley (absolwent Yale, obecnie polityk, półtora roku temu o włos przegrał wybory na Burmistrza Oregonu). Lin wspomina, że nie najlepiej wypadał na przeddraftowych workoutach, rozgrywanych często jeden na jednego, dwóch na dwóch, czy trzech na trzech. Tłumaczy, że znacznie lepiej czuje się w tradycyjnej rywalizacji pięciu na pięciu. Wtedy najlepiej widać, jaki jest wszechstronny i jak zespołowo potrafi grać.
Uznania w oczach skautów nie znalazł ale latem udało mu się na krótko zaczepić w Dallas Mavericks. Pograł trochę w lidze letniej w Vegas, uwagę ekspertów zwrócił zwłaszcza występem przeciwko Wizards, gdzie stanął naprzeciwko nr 1 draftu - Johna Walla. Wall zdobył wprawdzie 21 pkt. ale trafił tylko 4 z 19 rzutów. Publiczność przyszła na mecz fetować Walla ale to popisy Lina oklaskiwali w czwartej kwarcie. A dziennikarze pisali: "The kid from the Ivy League refused to back down from the YouTube sensation and while Wall walked away with the highlight reel, Lin walked away as the fan favorite." Marzenie się spełniło. Występ przeciwko Wallowi wywarł wystarczające wrażenie i Lin dostał oferty od Mavs, Lakers i Warriors. Zdecydował się wybrać Golden State, bo proponowany kontrakt był na 2 lata. Za ćwierć miliona dolarów rocznie. Tak wspomina Lin: "[The matchup with Wall] was by far the biggest thing for me in terms of my stock and everything. Just thank God for a perfect performance on a perfect night. There are a lot of things you can't control but I fully believe that was a blessing from God. The timing of that was unbelievable."
Amerykańscy Azjaci od razu go pokochali, podpisał kontrakt z Nike, udzielał mnóstwa wywiadów, każde jego pojawienie się na parkiecie wywoływało owację ale zdawał sobie sprawę, że w drużynie, w której grają Monta Ellis i Stephen Curry na pierwszą piątkę nie ma raczej co liczyć. "Obawiam się, że nie wystąpię w tym roku w Meczu Gwiazd" - uprzedzał. I rzeczywiście - spędził sezon na przemian w Warriors i drużynie rezerw, w sumie zagrał w 29 meczach, zdobywając średnio 2,6 pkt., 1,2 zb. i 1,6 as. przy skuteczności 38,9%.
Potem był lokaut, a zaraz po lokaucie Lin został zwolniony. Warriors czyścili salary cap, żeby móc zaoferować kontrakt centrowi Clippers, DeAndre Jordanowi. Jordan podpisał potem z nimi czteroletni kontrakt na 43 mln dolarów, dzień później Clippers ofertę wyrównali i Warriors zostali z niczym. A Lin został bezpośrednio z tzw. waivers zatrudniony przez Houston Rockets. W Houston też długo miejsca nie zagrzał - po dwóch tygodniach, w Wigilię, został zwolniony, żeby zrobić miejsce w składzie dla centra, Samuela Dalamberta. To były chyba najgorsze Święta w jego życiu ale 27 grudnia, też bezpośrednio z waiverów, zatrudnili go New York Knicks. Kontuzji kolana doznał Iman Shumpert, nowo zatrudniony Baron Davis też jeszcze nie doszedł do siebie, Lin miał być polisą ubezpieczeniową, kimś takim jak dziś Tomasz Kuszczak w Manchesterze United, bo przed nim w kolejce do pierwszej piątki byli jeszcze Toney Douglas i Mike Bibby. Trener Knicks, Mike D'Antoni przyznawał, że niewiele wie o aktualnej formie Lina i nie robił mu wielkich nadziei na grę: "We picked up Jeremy Lin off of waivers as a backup point in case. He went to Harvard so he might be the smartest guy we have. We haven't seen him for a couple of years but when we worked him out we liked him. (...) "If somebody wakes up with a cold he's playing a lot. If not, then we'll see." Jeremy wiedział, że o występy może być jeszcze trudniej niż w Warriors, ale specjalnego wyboru nie miał a jego agent mówił: "What better place to show what he can do, than on the biggest stage in basketball?" Początki rzeczywiście nie były łatwe. W pierwszym meczu (przeciwko dawnym kolegom z Golden State) zagrał pół minuty i spudłował jedyny rzut. W drugim - 10 sekund dłużej - znów spudłował jedyny rzut ale za to trafił oba wolne. W trzecim zagrał już prawie 4 minuty ale z efektem podobnym - jedyny rzut niecelny, do tego 2 straty i 4 faule. Potem w protokole zazwyczaj trafiały mu się skróty DNPCD (did not play, coach's decision) oraz Inactive.
Przez pierwszy miesiąc zdobył 17 pkt., 4 zb. i 5 as. - w sumie. Na chwilę został nawet odesłany do rezerw w lidze NBDL. W Erie BayHawks zagrał tylko jeden mecz, zaliczył triple double i od razu został wezwany z powrotem. Ale i tak mało kto go kojarzył. "" - napisał na facebooku 4 lutego. I właśnie wieczorem 4 lutego nastąpił przełom. Knicks grali z prowadzonymi przez Derona Williamsa New Jersey Nets, trener Mike D'Antoni dał szansę Linowi wcześniej niż zwykle. 25 pkt., 5 zb., 7 as., tylko 1 strata, świetna obrona przeciwko Williamsowi (trafił 7 z 19 rzutów) i wygrana Knicks pomimo problemów z faulami Amare Stoudemire'a i fatalnego występu Carmelo Anthony'ego (3 z 15 rzutów). Publiczność skandowała "Jeremy! Jeremy!" a z głośników popłynął "Jeremy" Pearl Jam. ?It?s like I?m still kind of in shock about everything that happened but I?m just trying to soak it all in right now.?? - mówił po meczu Lin.
W nagrodę dwa dni później Lin zagrał już w pierwszej piątce, w meczu z Utah Jazz (z Devinem Harrisem). Knicks grali bez Amare Stoudemire (jego brat zginął w wypadku samochodowym) a Carmelo Anthony doznał kontuzji pachwiny i pograł tylko 5 min. Ale show znowu należał do Jeremy'ego: 28 pkt. i 8 zb. (rekordy kariery), pierwsza w karierze celna trójka i zwycięstwo Knicks, więc ośmioma stratami nikt się specjalnie nie przejął. "I'm riding him like freakin' Secretariat." - śmiał się D'Antoni.
Serwisy społecznościowe eksplodowały. Fanpage Lina na facebooku ma już 136 tys. fanów (w tym ponad 40 tys. aktywnych), jego ostatni wpis ma ponad 14000 like'ów i 1800 komentarzy, hashtag #Linsanity na twitterze jest najbardziej trendy, liczba followers konta JLin7 na twitterze urosła w ciągu kilku dni pięciokrotnie (już ponad 75 tys.). Miliony obejrzały filmiki z Linem na youtubie, kolejne miliony wpisywały jego imię i nazwisko na Sina Weibo, chińskim twitterze, jakiś raper nagrał już piosenkę w hołdzie Linowi. W dzisiejszych czasach stajesz się megagwiazdą w ciągu kilku dni, czy nawet kilku godzin.
Dziś w nocy w Waszyngtonie, Jeremy zarządził po raz trzeci z rzędu. 23 pkt., 4 zb., 10 as. (rekord kariery), trzecie kolejne zwycięstwo Knicks, no i pierwszy w karierze slam dunk. ?Just one of those in-a-moment things. I think they messed up on their coverage, so I was able to get free.?? - cieszył się Jeremy.
?Jeremy przyjmuje całe zamieszanie wokół swojej osoby z uśmiechem i stoickim spokojem. " - napisał na facebooku. "Congrats to
Jutro do Nowego Jorku przyjeżdża Kobe Bryant i spółka. Na spotkanie z Golden State Jeremy będzie musiał poczekać do przyszłego sezonu. Ale mówi, że dobrze ich wspomina i że jest im bardzo wdzięczny za to, że go w grudniu zwolnili.
PS. Przepraszamy za długą przerwę. Najpierw były wakacje, potem bolesny powrót do rzeczywistości a przesiadka z plus 35 stopni Celsjusza na minus 20 spowodowała krótkie przeziębienie. Ten drugi może coś pobloguje, ale dopiero jak ruszy nowy sezon F1, więc blogowanie i tłumaczenia na mojej głowie. Być może pora zamknąć bloga - rozważymy to. Ale więcej tłumaczeń nie będzie. Mogę tylko obiecać, że na kolejną notkę poczekacie krócej niż na tę.
sobota, 21 stycznia 2012
"Midway through the first,” Celtics coach Doc Rivers said, “he should have stopped and put his name on the (Hall of Fame) ballot.” Po tygodniu bez komórki i internetu. Siódme double double z rzędu, niezle. Przepraszamy za zerowa aktywność - ja na wakacjach, ten drugi - wiadomo. Trafiłem tym razem do kraju, w którym nie działają europejskie komórki a internetu prawie nie ma. Nie ma tez bankomatów i nie można płacić kartami kredytowymi. Tak - okazuje sie, ze są jeszcze takie kraje.
Ale wszystko wskazuje na to, ze zaraz sie to wszystko tu zmieni. Przewodnik donosił, ze nie ma tu tez Coca Coli. Juz jest. Wojska na ulicy nie widać. A portrety Damy, której nazwiska do niedawna nie wolno było głośno wymawiac, można dzis kupić na każdym rogu. I tuż przed naszym przyjazdem zwolniono kilkuset więźniów politycznych. Odwilż? Oby. Wiecej o Birmie jak juz będziemy w bardziej cywilizowanym miejscu. Teraz napisze tylko tyle, ze jest niesamowita i inna niż wszystko.
środa, 11 stycznia 2012
Z cyklu "Gdzie są i porabiają chłopcy z tamtych lat". Na pewno pamiętacie koszykarza zwanego Monster Mash, jednego z najmłodszych zawodników NBA, któremu udało się zaliczyć 50 punktów w meczu (młodszy był tylko Rick Barry i potem LeBron James i Brandon Jennings).
Sześć lat temu karierę Jamala Mashburna zakończyła przedwcześnie kontuzja kolana, dzięki czemu jest jednym z 6 koszykarzy, którzy w ostatnim sezonie kariery zdobywali średnio ponad 20 pkt. (pozostali to Jerry West, Larry Bird, Drazen Petrovic, Reggie Lewis, no i Michael Jordan). Jamal w przeciwieństwie do wielu swoich kolegów po fachu (60% koszykarzy NBA już 5 lat po zakończeniu kariery jest bankrutami!) nie oddał się na emeryturze wydawaniu kasy - imprezowaniu, hazardowi, spożywaniu alkoholu, zażywaniu narkotyków, czy kupowaniu samochodów i biżuterii. Trochę popracował jako komentator koszykówki w ESPN i został biznesmenem. Całkiem skutecznym biznesmenem.
Dziś Jamal jest właścicielem 38 steakhouse'ów Outback, 32 pizzerii Papa John, 3 cukierni Dunkin' Donuts, kilku punktów sprzedaży samochodów i jednej agencji nieruchomości. "Jak dorastałem, zawsze marzyłem, żeby nosić teczkę. Strasznie byłem ciekaw, co jest w środku." - wspomina dzisiaj.
"Byłem znanym koszykarzem i wykorzystywałem to, żeby otwierać drzwi i spotykać się z ludźmi. I oni szybko dostrzegają, że jestem kimś więcej niż tylko byłym koszykarzem. (...) Grając w koszykówkę nauczyłem się dyscypliny, motywowania i bycia liderem. To, jak grałem - przekłada się teraz na biznes. Bo samo to, że mam pieniądze, nie czyni mnie świetnym biznesmenem. (...) Przed każdym meczem musiałem ciężko trenować i tak samo teraz przed podjęciem każdej decyzji, muszę wykonać mnóstwo analiz. Na parkiecie byłem wszechstronny i teraz też tak jest: muszę się znać i na fast foodzie, i na samochodach, i na nieruchomościach." Jamal, także w przeciwieństwie do większości swoich kolegów po fachu, którzy masowo się rozwodzą, zdradzają swoje żony, płodzą dzieci na prawo i lewo i szukają sobie młodszych kobiet, jest też przykładnym mężem i ojcem. Spędzają mnóstwo czasu razem, chodzą razem do kina, pływają w rejsy prywatnym jachtem, Jamal wozi 15-letnią córkę i 10-letniego syna na treningi siatkówki i koszykówki. Ubolewa tylko, że syn jest fanem LeBrona Jamesa a nie tatusia. "Syn nie pamięta jak grałem w koszykówkę, bo był za mały. W domu są tylko plakaty z Dwyanem Wadem i LeBronem Jamesem. Musiałem trochę pogooglować, żeby mu udowodnić, że tatuś też kiedyś grał zawodowo w kosza i to całkiem nieźle." Angażuje się w działalność charytatywną, jeździ po szkołach i gra z dzieciakami w koszykówkę. Fajny gość.
"Sport uczy cię wielu rzeczy - dyscypliny, poświęcenia i zarządzania czasem. Koszykówka pozwala dzieciakom rozwijać umiejętności, które będą wykorzystywać w dalszym życiu. Cieszę się, że mogę być z nimi i dzielić się swoimi doświadczeniami." Ale marzenia Mashburna sięgają dalej. Razem ze wspólnikami z funduszu Ol Memorial Stable (m.in. Rick Pitino) przymierza się do zakupu klubu NBA. I ex-klub Mashburna, zarządzani przez NBA New Orleans Hornets, są idealnym kandydatem. "Myślę, że mogę być przydatny jako właściciel klubu - i nie chodzi tu tylko o wyszukiwanie talentów ale również rozumienie biznesowe. Pierwszy uczestnik Meczu Gwiazd z Hornets powraca do klubu jako właściciel, piękna historia."
poniedziałek, 09 stycznia 2012
W piątek udało się w końcu dopełnić formalności - obsługa w sklepie Arsenalu w Londynie mogła wreszcie zawiesić plakat "The Legend Returns" i zrobić półeczkę z nowymi koszulkami z numerem 12, dokładając do niej wygrzebaną z lamusa starą pamiątkową koszulkę z liczbą 226.
Wiadomo było, że ta druga koszulka, honorująca 226 bramek, które Thierry strzelił w Arsenalu, błyskawicznie się zdezaktualizuje. Dziś w Pucharze Anglii Arsenalowi długo nie szło. Wreszcie w 68. minucie Arsene Wenger nie wytrzymał i dokonał podwójnej zmiany, wpuszczając na boisko Theo Walcotta, no i Legendę.
Trybuny wstały, oklaski na stojąco. Wstał również uśmiechnięty David Beckham, wstali jego synowie.
A my mieliśmy nadzieję, że nie skończy się tak jak wczoraj z Paulem Scholesem, który też miał mieć wymarzony comeback, wszedł, popełnił błąd, po którym United straciło bramkę i w końcówce było sporo nerwów. Powiedzieliśmy tylko do siebie z synem, jak cudownie byłoby, gdyby Arsenal wygrał dziś 1-0 i gdyby wiadomo-kto strzelił tę jedną jedyną zwycięską bramkę. Jak Wilshere ćwierknął krótko: Minęło 10 minut i sen się spełnił. Rosyjskiego przestaliśmy się uczyć ponad 20 lat temu ale wszystko to, co powiedział ten pan na filmiku zrozumieliśmy. Jak w bajce, prawda? Takie rzeczy tylko w kinie. Kiedy wszyscy wiedzą, kto jest bohaterem. Kiedy wszyscy tylko na niego czekają. A on wychodzi i mówi: tak, to ja jestem bohaterem. I udowadnia to.
Jack Wilshere: Typical Henry! I'm Buzzing! Robin Van Persie: YES YES YES YES YES one word ---->LEGEND!!! TH love u man!!!!!!!!!!!? Sam Kelly: Thierry Henry, at a stroke, overshadows Lionel Messi's Ballon d'Or win earlier.? Henry Winter: It had to happen. Thierry Henry scores, rolling back the years, classic trademark finish to one side of gk.
Wrzasnęliśmy z synem z radości, popłakał się wzruszony David Beckham i tak sobie myślimy, że jego też jeszcze w kiedyś na Old Trafford zobaczymy. Myśmy oczywiście tradycyjnie też się spłakali ze wzruszenia. Henry jakoś się trzymał ale po końcowym gwizdku i on nie wytrzymał i się rozkleił. Witamy w domu, Thierry, fajnie że wróciłeś.
sobota, 07 stycznia 2012
Przez cały zeszły sezon zbieraliśmy cięgi od Miamofilów. Że jesteśmy hejterami, że nie potrafimy obiektywnie spojrzeć na rzeczywistość NBA, że się nie znamy. Przed chwilą oddaliśmy tekst do najnowszego numeru MVP (w kioskach pewnie za ok. 2 tygodnie już w piątek, na razie możecie nabyć numer poprzedni z tekstem postlokautowym), który zaczęliśmy od takiego zdania: Koszykówka NBA A.D. 2012 to taki dziwny, skrócony sezon z gwiazdką, w którym przez 66 meczów dziesięciu facetów będzie się uganiać za piłką, próbując ją wrzucić do kosza a na końcu wygrają Miami Heat.
Nadal nie jesteśmy przesadnymi fanami Heat, ale nie oszukujemy się: tym razem - o ile nie będzie jakichś spektakularnych kontuzji, to zdecydowany faworyt do tytułu jest tylko jeden. Zespół jest poukładany i zgrany, gra i wygrywa łatwo i na luzie, role są rozdzielone, każdy wie, co ma robić i czego nie robić. Wiemy, że teraz nam się znowu dostanie, bo po ośmiu meczach to jeszcze za wcześnie na jakiekolwiek wnioski, ale tak naprawdę było to trochę widać już pod koniec zeszłego sezonu i podczas playoffów (masakra w pierwszych trzech rundach na Wschodzie, zadyszka dopiero w finale z Dallas) i ten tekst mógłby równie dobrze powstać nawet w czerwcu. Heat rządzą. Spoelstra dmucha na zimne, daje odpocząć LeBronowi i D-Wade'owi, a oni i tak wygrali wczoraj z Atlantą.
A Wy jak myślicie?
środa, 04 stycznia 2012
Sezon się spóźnił o prawie dwa miesiące, bo był lokaut. Liga Jasnowidzów też się spóźniła - ale tylko o dwa tygodnie. Ale ponieważ dopominaliście się o nią w komentarzach, a szczególnie spodobało nam się proponowane pytanie o postępy Tracy'ego McGrady w playoffs, ligę niniejszym otwieramy. Ostatnio typowaliście marnie, tym razem powinno być Wam łatwiej, bo każda drużyna ma już na koncie kilka meczów i trochę już wiadomo. Pytań będzie mniej, bo sezon krótszy, no i odpadły wszystkie pytania o Shaqa.
UWAGA: Macie czas do 6 stycznia, do północy (noc z piątku na sobotę). Przypominamy MiniFAQ: Odpowiadajcie proszę tradycyjnie w komentarzach tylko do tej notki, nie zmieniając kolejności od 1 do 40, przeklejając po prostu pytania z notki (w nawiasie podpowiadamy co i jak należy wpisać) albo bez przeklejania. Przy królach bierzemy oczywiście średnią (asyst, punktów, zbiórek, bloków, celność za 3, z wolnych, z gry) na mecz na koniec sezonu. No i trzeba zagrać powiedzmy w 60% meczów, żeby się na takiego króla załapać a w przypadku trójek - rzucać przynajmniej 100 razy (czyli jeśli np. Gortat rzuci jedną trójkę w sezonie i trafi - to się nie łapie). Jeśli przy rekordzie strzeleckim, zbiórkowym, asystenckim (pyt. 21 i kolejne), itp. dwóch zawodników będzie miało taki sam rezultat x - wygrywa ten, który rzuci x punktów jako pierwszy. Przy równych bilansach (pkt. 1,2) obowiązują takie same reguły jak w samej lidze (bilans meczów bezpośrednich, itd.). Przy remisie przy największym postępie, regresie (3,4) - decyduje pułap, z którego się zaczynało (niższy przy progresie, wyższy przy regresie). Przy ew. remisach w głosowaniach na koniec sezonu (MVP, ROY, COY - 5,6,7) oraz innych teoretycznych remisach - oczywiście honorujemy obie odpowiedzi. Pytania na koniec sezonu zasadniczego: 1. Najlepsza drużyna w sezonie zasadniczym (miasto klub) 2. Najgorsza drużyna w sezonie zasadniczym (miasto klub) 3. Największy progres season to season (miasto klub) 4. Największy regres season to season (miasto klub) 5. MVP sezonu zasadniczego (nazwisko) 6. Rookie of the Year (nazwisko) 7. Coach of the Year (nazwisko) 8. Most Improved (nazwisko) 9. Obrońca roku (nazwisko) 10. Rezerwowy roku (nazwisko) 11. Król strzelców (nazwisko) 12. Król asyst (nazwisko) 13. Król zbiórek (nazwisko) 14. Król bloków (nazwisko) 15. Król przechwytów (nazwisko) 16. Król trójek (nazwisko) 17. Król strat (nazwisko) 18. Howard w Orlando (TAK NIE) 19. Rondo w Bostonie (TAK NIE) 20. Gasol w Lakers (TAK NIE) 21. Rekord strzelecki w jednym meczu (nazwisko) 22. Rekord zbiórek w jednym meczu (nazwisko) 23. Rekord asyst w jednym meczu (nazwisko) 24. Rekord bloków w jednym meczu (nazwisko) 25. Rekord strat w jednym meczu (nazwisko) 26. MVP Meczu Gwiazd (nazwisko) 27. Zwycięzca Konkursu Wsadów (nazwisko) 28. Zwycięzca Konkursu Trójek (nazwisko) 29. Rekord punktowy Gortata (-12, 13-17, 18-22, 23-27, 28+) 30. Rekord zbiórek Gortata (-8, 9-10, 11-12, 13-14, 15+) A na deser tradycyjnie 10 pytań playoffowych: 31. Jak skończy LeBron (runda zasadnicza, pierwsza, druga, finał konferencji, finał NBA, mistrz) 32. Jak skończy Durant (runda zasadnicza, pierwsza, druga, finał konferencji, finał NBA, mistrz) 33. Jak skończy Kobe (runda zasadnicza, pierwsza, druga, finał konferencji, finał NBA, mistrz) 34. Jak skończy McGrady (runda zasadnicza, pierwsza, druga, finał konferencji, finał NBA, mistrz) 35. Jak skończy Chris Paul (runda zasadnicza, pierwsza, druga, finał konferencji, finał NBA, mistrz) 36. Jak skończy Nowitzki (runda zasadnicza, pierwsza, druga, finał konferencji, finał NBA, mistrz) 37. Mistrz NBA (miasto klub) 38. Wicemistrz NBA (miasto klub) 39. MVP finałów (nazwisko) 40. Wynik Finału (4-0, 4-1, 4-2, 4-3) Powodzenia i niech wygra najlepszy. Mamy tylko nadzieję, że Konrad znany jako el_horse, nie znudził się jeszcze zliczaniem wyników i w tym roku też nam pomoże... Dawno już nie widzieliśmy tylu przedziwnych bramek naraz. Wieje dziś w Warszawie, wieje też w Anglii. Tak wieje, że jak Ryan Giggs próbował wybić rzut rożny, to nie mógł ustawić piłki, bo wiatr wprawiał ją ciągle w ruch. Najpierw powiało Timowi Krulowi z Newcastle. Potężnie wybił piłkę z spod własnego pola karnego, po drodze jeszcze ktoś musnął ją głową, wpadła w pole karne, gdzie czyhał i fenomenalnie uderzył Demba Ba. Potem w Liverpoolu powiało Timowi Howardowi z Evertonu. Wiele to nie dało, bo Bolton strzelił potem 2 gole i wygrał ale i tak wszyscy mówią tylko o golu Howarda. A w ostatniej minucie meczu Newcastle - Manchester United, raz jeszcze powiało Timowi Krulowi. Co nie zmienia faktu, że być może najładniejszą bramkę strzelił dziś chyba Cabaye. Nie jest bramkarzem ale jemu też nieźle powiało. Niesamowite, najbardziej emocjonujące i dramatyczne w historii jest tegoroczne Tour de Ski. Wszystko codziennie rozstrzyga się minimalnie, na ostatnich metrach i o ułamki sekund. Wszystko rozstrzyga się pomiędzy dwiema wybitnymi sportsmenkami, które w dodatku (mówiąc delikatnie) nie przepadają za sobą i przy każdej okazji zdrowo sobie ?nawzajem przysrywają.
Pierwszy bieg (3,1 km klasykiem w ubiegły czwartek) Justyna wygrała o 0,4 sekundy. Bjoergen popełniła jeden, minimalny błąd, na jednym ze zjazdów i to zdecydowało.
Dzień później, w biegu na dochodzenie, na 10 km klasykiem (koronny dystans Justyny), o wszystkim zadecydował finisz. W końcówce na podbiegu Justyna i Therese Johaug kapitalnie odjechały Bjoergen, o włos (0,2 sek.) lepsza była Justyna powiększając przewagę - Bjoergen straciła do niej kolejne 7 sekund plus bonifikaty. W Sylwestra w sprincie klasykiem Justyna rywalki zdeklasowała. Wygrała o ponad 3,2 sek. a przewaga nad Bjoergen urosła do blisko pół minuty. Justyna prowadziła w bezpośredniej rywalizacji z Marit 3-0 ale wiedzieliśmy, że najtrudniejsze próby są dopiero przed nią.
Pierwszym trudnym sprawdzianem był noworoczny bieg łączony, w którym Kowalczyk nie czuje się jakoś przesadnie super. Justyna - jadąc w grupie z Norweżkami - prowadziła przez pierwszą część dystansu, najpierw klasykiem, potem w końcówce łyżwą, w końcówce spadła na drugie i trzecie miejsce ale na ostatnim podbiegu zaatakowała, fenomenalnie wyprzedzając i Johaug, i Bjoergen. Kiedy wydawało się, że dojedzie niezagrożona na pierwszym miejscu, popełniła jakiś błąd przy ostatnim zjeździe, zwolniła i dała się wyprzedzić Marit. Czyli 3-1 - ale drugie miejsce trzeba było ocenić jako sukces, bo w ubiegłym roku Justyna była w biegu łączonym dopiero piąta. No i jednak sprawiała wrażenie, jakby troszeczkę się oszczędzała, wiedząc że to jeszcze nawet nie połowa rywalizacji w morderczym Tour de Ski.
Podczas dnia przerwy wybuchała bomba - Justynie spuchło kolano, musi walczyć z bólem, jest stan zapalny, bierze leki, podobno zastanawia się nad wycofaniem z touru. Wierietielny i Justyna znani są z tego, że lubią temperować oczekiwania i wypuszczać zasłonę dymną, ale i tak trochę niepokoju im się przed wczorajszym biegiem (3 km klasykiem) udało zasiać. Okazało się, że niepotrzebnie. Bjoergen co prawda pobiegła masakrycznie szybko - na króciutkim dystansie zdeklasowała rywalki, tylko Justyna częściowo dotrzymała jej kroku, przegrywając o niespełna 4 sekundy. Reszta pań biegła o 15 i więcej sekund wolniej. Ale to Marit po minięciu mety padła jak nieżywa - Kowalczyk nie, pozostawiając znów wrażenie, że jakieś tam rezerwy jeszcze w niej drzemią. 3-2 przed najgorszą dla Kowalczyk konkurencją - sprint łyżwą.
To miał być najgorszy dystans, Justyna straszyła katastrofą i stratą minuty bonifikaty w przypadku wygranej Bjoergen, przypominała, że w ubiegłym roku odpadła już w ćwierćfinale, zajmując 22. miejsce, narzekała że trasa - prosta, bez specjalnych podbiegów - kompletnie jej nie leży. 11. miejsce w eliminacjach też nie nastrajało zbyt optymistycznie (może półfinał). Ale potem okazało się, że to wszystko to znowu była zasłona dymna. Kowalczyk trzykrotnie biegła razem z Bjoergen - w ćwierćfinale minimalnie (o 0,1 sek.) przegrała, w półfinale równie minimalnie (o 0,3 sek.) wygrała, wreszcie w finale biegła spokojnie, mądrze, trzymając się w czubie, skupiając się na tym, żeby nie popełnić głupiego błędu i jakąś wywrotką nie zaprzepaścić pracy. Ostatecznie jeden błąd popełniła, potknęła się na ostatnim podbiegu, przez co pewnie straciła szansę na drugie miejsce - na mecie szybsza była (o 2,2 sek.) nie tylko Bjoergen, ale i sprinterka Kikkan Randall. Ale trzecie miejsce na dystansie, który jest piętą achillesową Kowalczyk to ewidentny sukces. Bjoergen doprowadziła do remisu 3:3. Ale wciąż jest to chyba remis ze wskazaniem na Kowalczyk. Wszystko, co najgorsze i najtrudniejsze - już chyba jest za nią. Wciąż prowadzi w klasyfikacji generalnej - niby tylko o niespełna 5 sekund i pewnie już jutro to prowadzenie Marit odda - bieg na 15 km łyżwą na czas, handicap start - startują zgodnie z klasyfikacją, zaczyna Justyna, 5 sek. po niej Marit, po 2,5 min. Johaug. startują co 30 sek., Bjoergen jest murowaną faworytką. Ale chyba wszystko zaczyna wskazywać na to, że niedzielny morderczy podbieg pod Alpe Cermis (w międzyczasie w sobotę, jest jeszcze bieg na dochodzenie na 10 km klasykiem, w którym Justyna na pewno będzie bardzo wysoko) Kowalczyk i Bjoergen rozpoczną prawie razem - różnica nie powinna być większa niż kilka, może kilkanaście sekund. I wygra ta, która jest po prostu mocniejsza. Mamy wrażenie, że mocniejsza jest Justyna.
Po pierwsze - we wszystkich trzech biegach, które przegrała, sprawiała wrażenie, że drzemią w niej jeszcze jakieś rezerwy (najpierw na podbiegu była lepsza ale dała się wyprzedzić na zjeździe, wczoraj po finiszu nie padła wycieńczona, dziś po prostu pilnowała się, żeby nie przegrać za bardzo, wiedząc że swoje już zrobiła w półfinale). Po drugie - Bjoergen sprawia wrażenie, że idzie na całość, a w takich zawodach jak Tour de Ski kluczowe jest odpowiednie rozłożenie sił, zwłaszcza kiedy różnice między faworytkami są takie minimalne. Po trzecie - z rywalizacji o zwycięstwo odpadła chyba definitywnie Therese Johaug, której Justyna tak bardzo obawiała się w kontekście niedzielnego podbiegu pod Alpe Cermis (w ubiegłym roku Johaug odrobiła wtedy 2,5 min.). Dziś w sprincie Johaug odpadła już w ćwierćfinale, ma już blisko 2,5 min. straty, może się ta strata jeszcze ciut powiększyć dziś i w sobotę.
Trzymajmy kciuki, wszystko rozstrzygnie się dopiero w niedzielę. PS. A Stoch w pierwszej serii skoczył tak, jak kiedyś skakał wiadomo kto.
poniedziałek, 02 stycznia 2012
Czy może raczej w czerwono białym.
Wojciech Szczęsny i Łukasz Fabiański będą mieli nowego fajnego kolegę. Oficjalnego potwierdzenia jeszcze wciąż nie ma (choć Wenger przyznał, że pozostały już tylko kwestie papierkowe) ale po co by sobie robił takie fajne zdjęcie? I po co by to zdjęcie wyciekało do netu, jeśli nie po to, żeby zwiększyć popyt na koszulkę z nazwiskiem Henry, jak już oficjalne potwierdzenie się pojawi?
Thierry Henry, jeden z najfajniejszych piłkarzy w historii klubu, obecnie gwiazda New York Red Bulls, wraca do Arsenalu. Będzie wypożyczony na 2 miesiące, korzystając (jak kiedyś David Beckham w Milanie a w tym roku - jeśli się dogada, to w PSG) z przerwy w sezonie MLS, podobno trzeba jeszcze domknąć formalności związane z ubezpieczeniem ale decyzja już zapadło. Bardziej odpowiedniego zastępcy za wyjeżdżających na Puchar Narodów Afryki Gervinho i Chamakha nie sposób sobie wyobrazić.
Henry od kilku meczów pojawia się na trybunach The Emirates, kibicuje Arsenalowi, trenuje z klubem, a już za chwilę będzie mógł im pomóc osobiście. Publika też nie może się doczekać, nawet taka, która występów Henry'ego w barwach Arsenalu nie może pamiętać.
Dziś na mecz z Fulham jeszcze się z papierkami nie ogarną, ale na sobotę, na mecz z Leeds w Pucharze Anglii - już pewnie tak. Van Persie się konkurencji nie obawia, wręcz przeciwnie - jest zachwycony: "For him to come back is something so brave. He has nothing to prove. He has a statue here – only a couple of players have that. He broke every single record at Arsenal – he won everything here. Some people might question ‘why do you do it, because you have proved everything already?’ but there is only one answer. That is because he loves the game so much that he just wants to play. I asked him a couple of weeks ago [to come back]. He is unbelievable, even in training. He had a couple of sessions and – I don’t want to put too much pressure on him – but he is looking right up there. He is looking very good. He knows when to drop, he knows when to make a one-two. He knows all these things. I am looking forward to it so much."
sobota, 31 grudnia 2011
Suplement do naszej wczorajszej dyskusji o Kobe Bryancie i jego umiejętności trafiania decydujących rzutów dodał dziś w nocy Dwyane Wade.
Drugi raz z rzędu wynik meczu Miami Heat decydował się w ostatnich sekundach. Drugi raz z rzędu piłka trafiła do Dwyane'a Wade'a. I drugi raz z rzędu Wade nie zawiódł. Z Bobcats Wade przez cały mecz się męczył, zdobył 8 pkt., trafił tylko 4 z 12 rzutów, karty na parkiecie rozdawał LeBron (35/6/7). Przed decydującą akcją Wade miał wątpliwości: “When coach called it, I was shocked because this guy had it going on. I wasn’t in the flow. I was about to say, `Let LeBron run it.’ Then I said, `You know what, I’ll do it.”’ Dziś LeBron rozegrał kolejny kapitalny mecz (34/8/10) ale w decydującej akcji piłka znowu trafiła do D-Wade'a. “I guess that’s why they give him the big bucks.” - śmieje się LeBron. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
Zakładki:
Blogi NBA
Produkty regionalne
Soccer means football
The very best of Fruwając...
Z archiwów Supergiganta
Zachowania nie-sportowe
Tagi
|