Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Stadiony Świata

Janusz na Żylecie

mrpw

Tydzień zabrałem Ojca i dwóch synów na Łazienkowską, żeby być świadkiem pierwszego od siedemnastu lat awansu polskiej drużyny do Ligi Mistrzów. Taka trzypokoleniowa wyprawa - w końcu okazja wyjątkowa. Kilka rzędów ode mnie siedział nawet ten drugi, co ze mną bloguje - też przyszedł z dzieciakami. Ostatnie występy polskiej drużyny w Lidze Mistrzów (Widzew) spędziłem jako 24-latek w podróży poślubnej. Zwycięski mecz Legii z Blackburn rok wcześniej oglądałem z tym drugim, co ze mną bloguje, w jego pierwszym mieszkaniu, pamiętam, że jak jechałem wtedy autobusem, to padał śnieg.

Z marzeń o Lidze Mistrzów znowu nic nie wyszło, nasze dzieci będą musiały jeszcze trochę poczekać na pojedynki z Realami, Bayernami i Manchesterami. Dlatego nie będzie to notka euforyczna, z cyklu ale super, wygraliśmy, Puchar jest nasz, drżyj Champions League. Notka będzie refleksyjna, bo dzięki kontrowersyjnej decyzji UEFA po raz pierwszy w życiu obejrzałem mecz na Żylecie.

Zawsze chciałem pójść na Żyletę, żeby zobaczyć z bliska, czy rzeczywiście taki diabeł straszny. Chciałem - ale wizytę odkładałem. Bo trochę to jednak strach z dziećmi, trochę strach przed bluzgami takimi, że aż uszy zwiędną, trochę strach przed dość zbyt ostrym odtańcowywaniem Labada, trochę strach przed podpitymi łysymi fanatykami, zmuszającymi wrzaskiem i bluzgami do histerycznego dopingu, wrzasku i ubliżania przeciwnikom (jazda z k...ami, hej legia jazda z k...ami, itp. - nie jestem fanem takich klimatów). Kombinowałem, że może pójdę na Żyletę na mecz z Pogonią, bo tam przynajmniej bluzgów nie będzie.

Nie chciała przyjść góra do Mahometa, więc przyszedł Mahomet do góry. Odwlekałem, odwlekałem aż w końcu - dzięki UEFA, która zamknęła Żyletę i dzięki decyzji zarządu Legii, który tak pozamieniał trybuny, że miejsce dla kibiców z Żylety znalazło się naprzeciwko Żylety, znalazłem się na Żylecie. Może nie w jej samym sercu, tylko trochę z boku - ale jednak widziałem wszystko z bliska i jak na dłoni. 

I co? I wrażenia mieszane ale jednak w większości pozytywne.

1. Kompletnie nie kumam dlaczego w doniesieniach medialnych skupiamy się tylko i wyłącznie na negatywach. Kiedy po skandalicznym transparencie w Poznaniu na meczu z Żalgirisem, po awanturach w Łomiankach (żeby było jasne - uważam, że mieliśmy tam do czynienia z bydłem i bandytyzmem) i w Gdyni półtora tygodnia temu (również) Gazeta zrobiła aż z kibolstwa czołówkę (Michał Szadkowski: Kibol bezkarny jest), fanatycznym kibicom Legii też się dostało, za to samo co zwykle - czyli za okrzyki "jeszcze jeden, jeszcze jeden" i za spoliczkowanie Rzeźniczaka. Słusznie piętnujemy tego typu zachowania - ale przypominam, że miały one miejsce cztery lata temu. Od tego czasu trochę się jednak zmieniło. Łomianki - owszem ale nie wiemy tak naprawdę, kto tam był, no i działo się to poza stadionem Legii.

2. Zachęcam piszących te teksty do wizyty na stadionie przy Łazienkowskiej. Ja byłem tam w ciągu ostatnich miesięcy czterokrotnie: na Lechu, na Śląsku, na New Saints i na Bukareszcie (Molde oglądałem w TV). Za każdym razem doping był (nie licząc bluzg ale nawet tych nie słyszałem na meczach z New Saints i Molde) wzorowy. Zwłaszcza w porównaniu z tym, co wyprawiali kibice Steauy w Bukareszcie obrzucający Kuciaka czym popadnie i plujący na Polaków w loży VIPowskiej. Po meczu z Molde Ole Gunnar Solskjaer, który grał na niejednym stadionie na świecie, powiedział, że mamy fantastycznych kibiców, że klub powinien być z nich dumny. Niektórzy dziennikarze najwyraźniej wiedzą lepiej od Solskjaera.

3. Bo co czytam w kolejnym pomeczowym tekście Michała Szadkowskiego i Kuby Dybalskiego zatytułowanym: Kibole palą race. Legia płaci i rozmawiaKilka cytatów:

Lead: Kilkadziesiąt odpalonych rac, przedmioty rzucane na boisko i niedrożne przejścia

I dalej w tym samym tonie: 

Wtorkowy mecz trybuna południowa zaczęła od odpalenia kilkudziesięciu rac. Jedna wylądowała między reklamami a trybunami.

Piłkarz Steauy miał kłopot z wykonaniem rzutu rożnego, bo w stronę narożnika leciały różne przedmioty.

Przez cały mecz z trybun było słychać wulgarne okrzyki: "J...ć ku...y z Bukaresztu!".

Na trybunie południowej były też zatarasowane przejścia.

Co wyczyta z tego czytelnik, który na meczu nie był?

Że trybunę rodzinną opanowała zgraja faszystów, rasistów, piromanów, psychopatów i bandytów, którzy obrzucali piłkarzy Steauy tajemniczymi przedmiotami (zapewne niebezpiecznymi, być może kamieniami) i tarasując przejścia omal nie dopuścili do stratowania zwykłych kibiców. Strach się bać.

Ale sorry. Ja tam byłem. I widziałem co innego.

4. Po pierwsze - zajrzyjcie na facebooka Żylety. 

Cytat sprzed meczu:

Panowie i Panie zainteresowane dopingiem (chociaż zakładamy,że dotyczy to wszystkich ) - postarajmy się na trybunach, na których jesteśmy gościnnie uszanować zwyczaje gospodarzy i nie narzucać zwyczajów z Żylety. To bardzo ważne.

Jednocześnie ze względu na lokalizację gniazda w pobliżu styku Wschodniej i Południowej starajcie się w miarę możliwości tam grupować Pod żadnym pozorem jednak nie cyrkować z przeganianiem stałych bywalców - to są ich miejsca i uszanujcie to oraz dobrą wolę klubu i ciężką pracę wielu osób z SKLW i Grup Kibicowskich. Działamy wspólnie i w porozumieniu bez podziału na tych z Żylety, Wschodniej, sektora rodzinnego czy VIP.

I cytat po meczu:

Szczególnie chcielibyśmy podziękować i wyróżnić stałych bywalców trybun Wschodniej i Południowej - za współdziałanie, za zrozumienie dla niedogodności, których przysporzyliśmy oraz wyrozumiałość. Przepraszamy jeżeli wprowadziliśmy nieco chaosu i zamieszania w zwykły rytm życia tych sektorów. Naprawdę byliście wielcy i dzięki Wam jako jedna Legia na trybunach wznieśliśmy się ponad wszelkie utarte schematy i podziały.

Prawda, że nie brzmi tak strasznie? No ale żeby do tego dotrzeć, trzeba wejść na facebooka Żylety. Albo (jak ja) siedzieć na trybunie rodzinnej, rzekomo opanowanej przez troglodytów z Żylety podczas wtorkowego meczu.

5. Incydenty się zdarzały - owszem. Ale było to incydenty a nie reguła. W tłumie incydenty się zdarzają i będą się zdarzać. Na koncertach rockowych też się zdarzają. Ten drugi, co ze mną bloguje miał nieszczęście siedzieć koło jakiegoś obnażonego łysego wytatuowanego ziomala, który bez przerwy kurwiąc wydzierał się na sąsiadów, że mają cały czas śpiewać i się wydzierać. Takich klimatów nie lubię. Ale koło mnie takich klimatów nie było. I mam wrażenie, że tego typu akcje były raczej wyjątkiem niż regułą.

6. Różne przedmioty (zapalniczki, itp.) lecące w stronę piłkarza Steauy przy wykonywaniu rogu? Owszem, taki incydent (jeden) miał miejsce. Ale już nikt nie wspomni, że w przerwie gniazdowy ostro i kategorycznie upomniał, żeby tego nie robić, żeby niczym nie rzucać. Nie usprawiedliwiam ale w porównaniu z tym, co tydzień wcześniej spotkało w Bukareszcie Kuciaka a nawet polskich VIPów - lajcik.

7. Wulgarne okrzyki przez cały mecz? Bzdura. Owszem, pojawiły się - kilkukrotnie. I też mnie załamują, każdorazowo mnie załamują - zwłaszcza że byłem z dziećmi. Nie kupuję argumentu buraka, który siedział za mną na meczu z Lechem i śpiewał, że Polonia zawsze kurwą jest (w momencie, kiedy było już wiadomo, że Polonia została zdegradowana). Kiedy zapytałem go, czy nie można inaczej, czy trzeba bluzgać, odburknął, że stadion to nie teatr. Nie zgadzam się z tym, nie lubię bluzgów, zwłaszcza biorących się z niczego. Stadion to nie teatr ale stadion to również nie rynsztok.

Wracając do (owszem, żenujących) bluzg pod adresem garstki kibiców Steauy. Miały miejsce głównie w przerwie i po zakończeniu meczu. W trakcie meczu przez 95% czasu Żyleta była skupiona na kibicowaniu Legii a nie na obrażaniu Steauy. Czy byłbym zadowolony, gdyby udało się wyeliminować bluzgi z meczów piłkarskich? Byłbym zadowolony. Nie rozumiem tego, zwłaszcza, że przecież wiem, że ta biedna garstka kibiców Steauy i tak nie rozumiała tych błyskotliwych rymów częstochowskich układanych dumnie przez gniazdowego i spółkę (Steaua Steaua ch... ssała). Ale obawiam się, że się nie uda pozbyć bluzg ze stadionów. Bluzgi polskich kibiców naprawdę się nie wyróżniają. Klnie się na stadionach całego świata - w Anglii, we Francji (siedziałem w kwietniu na ultrasowskiej trybunie podczas meczu PSG i też bluzgali), we Włoszech i w Hiszpanii również. Been there, done that - w polskich bluzgach nie ma nic wyjątkowego. Może poza literą R.

8. Niedrożne przejścia? Hm, pod koniec meczu mój sąsiad poszedł z dziećmi po hot doga. Nie miał problemów ani z wyjściem, ani z powrotem. Ja wyszedłem w przerwie po zapiekankę dla młodszego syna, bo zgłodniał. I udało mi się bez problemów wrócić na miejsce. I nie, nikt na mnie nie nawrzeszczał, że na stadion się przychodzi kibicować a nie żreć, nikt mi tej zapiekanki z rąk nie wytrącił.

9. Race? Owszem było racowisko, tuż przed rozpoczęciem meczu, bardzo widowiskowe. I faktem jest, że w debacie o race kompletnie nie rozumiem determinacji żadnej ze stron. Ani nie kupuję argumentów o zagrożonym bezpieczeństwie i potencjalnym płonącym stadionie (może mam marną wyobraźnię), ani nie kumam, dlaczego kibice konsekwentnie te race odpalają, wiedząc, że zapłacą za to pustymi trybunami. Kartoniada z serduszkiem dla UEFA to mistrzostwo świata i przejaw wysokiej inteligencji, naprawdę. Race owszem, widowiskowe ale mając świadomość nieuchronnych konsekwencji - gra niewarta świeczki.

10. Kilka przebłysków geniuszu, kilka momentów wzruszających. W pewnym momencie spiker ogłasza, że zapłakany Jaś Kowalczyk się zgubił i czeka na tatusia. Co robi gniazdowy? W ułamku sekundy intonuje: Jasiu Kowalczyk i po chwili cały stadion skanduje imię i nazwisko chłopca. Nie ma siły, żeby gapowaty tatuś tego nie usłyszał.

Moment wzruszający - po meczu. Kiedy piłkarze Legii leżeli załamani na boisku, Żyleta zaczęła skandować Chodźcie do nas Chodźcie do nas i Mistrzem Polski jest Legia. I z jeszcze jednym bluzgiem ale sympatyczniejszym: Ch... z wynikami, dla nas jesteście mistrzami.

11. Nie jestem fanem przymusu i nakazu kibicowania nonstop ale przyznaję, że gdyby nie to, że na Żylecie panuje taka żelazna dyscyplina i przymus, to pewnie po stracie dwóch bramek w ciągu pierwszych dziesięciu minut, na trybunach zapadłaby głucha cisza. A tak - doping trwał, Legia się podniosła i zdołała wyrównać.

12. Czytając komentarze i artykuły pomeczowe, mam wrażenie, że niektórzy dziennikarze i komentujący tylko czekają aż powinie się noga, żeby pohejtować, żeby po raz n-ty podkreślić, że jesteśmy dziadami, jedyną dużą nacją poza Kazachstanem, która tam od lat nie pograła, że grali Finowie, Węgrzy, Bułgarzy i Słowacy grali, że można było się wczołgać czterema remisami i nawet tego nie potrafiliśmy zrobić, że nawet zmiana przepisów kwalifikacji nic nam nie dała, itp. Ci sami, którzy tylko zaciskają kciuki, żeby Lewandowski z Czarnogórą nic nie strzelił, żeby móc potem podsumować liczbę minut bez gola (o przepraszam, od kiedy przestało pasować, zaczęto liczyć liczbę minut bez gola z gry). 

Legia była od Steauy po prostu gorsza. To pierwszy tytuł mistrzowski od siedmiu lat. Poprzednikom zdarzało się potykać na przeszkodach słabszych i w znacznie gorszym stylu (Levadia Tallin, anyone?). Udało się wejść do fazy grupowej Ligi Europy, może uda się zdobyć trochę punktów, podskoczyć w rankingu, uzyskać rozstawienie w przyszłorocznych eliminacjach.

Polska drużyna w końcu zagra w Lidze Mistrzów, jak nie za rok - to za dwa albo za trzy. Czy to się hejterom podoba, czy nie.

13. Podsumowując: Nie taka ta Żyleta straszna jak ją malują. W ciągu ostatnich lat byłem na stadionach Arsenalu, Liverpoolu, Fulham, Tottenhamu, Boltonu, Evertonu, Realu i Atletico Madryt, Milanu i Fenerbahce, na finale Ligi Europy w Amsterdamie, na stadionach w Ameryce Południowej (Colo Colo, Cienciano, Racing Buenos Aires - to nie lans, chodzi o to, że naprawdę wiem, o czym mówię). Takiego dopingu jak na Żylecie nie było NIGDZIE, porównywalny był może na Fenerbahce i w Argentynie.

PS. Nie zacznę na Żyletę chodzić regularnie, bo jednak nie lubię bluzgów i nie lubię przymusu. Ale każdemu, kto czerpie swoją wiedzę TYLKO z przekazów medialnych będę radził, żeby się tam przynajmniej raz wybrał. No i jedno muszę przyznać - bez Was ten stadion i ten doping byłby uboższy, znacznie uboższy.

PS2. Kiedy dwa lata temu po meczu w Lidze Europy napisałem tekst w podobnym tonie, jeden z dziennikarzy Gazety skomentował to tak: "Pożyteczni idioci wiecznie żywi". Niniejszym nadstawiam drugi policzek :-)

Jak zobaczyć mecz na The Emirates (i na Craven Cottage też)

mrpw

Okazało się, że hobby pt. "Stadiony świata", czyli zwiedzanie stadionów (i optymalnie - najlepiej obejrzenie przy okazji jeszcze jakiegoś meczu) ma swoją fachową nazwę - groundhopping. I definicję na anglojęzycznej Wikipedii:

A hobby that involves attending matches at as many different stadiums or grounds as possible. Participants are known as groundhoppers, hoppers or travellers. Largely a football-related pastime, groundhopping probably found its origin in football in the 1970s in England. 

Stali czytelnicy naszego blogaska wiedzą, że przy okazji zwiedzania świata, staram się odwiedzać również stadiony. A czasami jest wręcz odwrotnie - przy okazji odwiedzin na stadionie, zwiedzam świat.

W ostatni weekend wybrałem się w ramach groundhoppingu do Londynu.

 

To była trzecia próba obejrzenia na żywo Arsenalu, ukochanego klubu mojego starszego syna. Pierwsza (jeszcze bez syna, z kumplem), zakończona kompletnym fiaskiem, miała miejsce dwa lata temu. Dostałem prezent urodzinowy. W biurze podróży Megatravel, rzekomo specjalizującym się w obsłudze wydarzeń sportowych, można kupić, po cenie z duuużym przebiciem, pakiet - bilet do hotelu plus bilet na mecz.

Mecz był hitowy. Manchester United - Arsenal. W dodatku tak się złożyło, że po kontuzji Fabiańskiego to tamten mecz miał być debiutem Wojtka Szczęsnego na wielkiej piłkarskiej scenie.

Okazało się, że w biurze podróży MegaTravel tylko jedna rzecz była naprawdę mega. Cena pakietu. No, może jeszcze stres i rozczarowanie - też mega.

Nie rozwodząc się nad szczegółami - mecz obejrzałem w pubie w pobliżu stadionu. Ktoś czegoś nie dopilnował, bilety nie dojechały. Jedyny pozytyw, że zwrócono mi wszystkie koszty wyjazdu - tj. cenę pakietu plus za bilet na samolot. Wracając spotkałem w metrze kibiców United, którzy ucieszyli się, że jestem z Polski, bo wciąż jeszcze występował tam Tomek Kuszczak. Zapytali, czy byłem na stadionie. Odpowiedział, że nie - obejrzałem mecz w pubie. Buahahaha, przyjechał aż z Polski, żeby obejrzeć mecz w pubie - zaczęli ryczeć ze śmiechu. Uznałem, że nie chce mi się im tłumaczyć zawiłej historii o niesolidności biura MegaTravel.

Niesmak pozostał. Ale jednocześnie postanowienie (zwłaszcza, że udało mi się podczas tamtego wyjazdu obejrzeć na żywo mecze na stadionie Evertonu i Boltonu i było super), że jeszcze jakiś wielki mecz Premier League obejrzę na żywo. Tylko, że tym razem załatwię to sobie sam. Taniej i będę miał nad tym kontrolę.

Drugie podejście miało miejsce w maju tego roku. Wyjechaliśmy z rodziną na weekend majowy do Anglii, mój syn jest fanem Arsenalu, akurat w Londynie miał się odbyć mecz ze Norwich. Biletów przez żadnych agentów tym razem nie zamierzałem kupować, myślałem zresztą, że z biletami na Norwich nie powinno być wielkich problemów, bo to nie jakiś wielki szlagier. Niestety - okazało się, że bilety na mecze Arsenalu zawsze wyprzedają się na pniu. Poszliśmy pod stadion, miałem nadzieję na jakieś zwroty a w najgorszym razie kupimy od konika.

Fail nr 2. Zwrotów nie było, koników też nie dostrzegłem, może i dobrze, bo potem doczytałem, że zdarzają się fałszywki.

Syn był załamany ale przynajmniej zrobiliśmy sobie tour po The Emirates, no i obiecałem, że jeszcze na mecz Arsenalu pójdziemy. Tamten mecz z Norwich obejrzeliśmy w pobliskim pubie wypełnionym po brzegi kibicami Arsenalu. Też było niesamowicie, Arsenal prowadził 1-0, potem przegrywał 1-2, Van Persie najpierw wyrównał a w 80 min. strzelił zwycięską (jak się wydawało) bramkę ale w 85 min. Norwich wyrównało a chwilę później jeszcze sędzia nie podyktował ewidentnego (tak się wydawało) karnego dla Arsenalu. Działo się...

Anyway, do trzech razy sztuka. W lipcu opublikowali terminarz rozgrywek. Zobaczyłem, że pierwszy hitowy mecz - z Chelsea - odbędzie się w ostatnią sobotę września. I tak rozpoczęła się misja Chelsea.

Krok nr 1: bilety lotnicze.

Okazało się, że w Ryanair można kupić bilety z Modlina za 78 zł w obie strony za osobę. Warto mieć kartę przedpłaconą, która zwalnia z dodatkowych opłat za dokonanie transakcji (ja zamówiłem taką na fly4free.pl). Przy wylocie na jedną / dwie noce nie będzie problemów, żeby zmieścić się w bagażu podręcznym.

Krok nr 2: Membership kibica Arsenalu.

Dla mnie i dla syna. Wydatek rzędu 30 funtów (tj. ok. 150 zł) za tzw. Red Membership. Procedura sprzedaży biletów na stronie Arsenalu wygląda tak, że pierwszeństwo mają posiadacze karnetów, potem posiadacze kolejnych poziomów Membershipu (złoty, srebrny, na końcu czerwony). Generalnie jest tak, że w puli dla Red Members (nie tłumaczę, bo po polsku brzmi to, hm - dość dziwnie) zawsze coś zostaje. Sprawdzałem przed chwilą - można np. bez problemu kupić (bądź odkupić) bilety na najbliższe mecze Ligi Mistrzów (z Olympiakosem i Schalke). Warunek - trzeba mieć wykupiony Red Membership.

Krok nr 3: rezerwacja noclegu.

Blisko lotniska Stansted (60 km od Londynu), bo samolot powrotny mieliśmy wczoraj o 6.45 rano. Holiday Inn bądź Premier Inn, standard bardzo przyzwoity. Koszt - ok. 250-300 zł za noc za 2 osoby, im wcześniej bukujemy (można zarezerwować bez zaliczki, z możliwością zwrotu - na booking.com), tym lepsza cena. Jedyny mankament - choć hotele znajdują się w odległości ok. półtora kilometra od lotniska, to chyba nie bardzo jest jak dojść do nich na piechotę (naokoło autostrady) a shuttle kosztuje 3 funty za osobę w jedną stronę (dzieci do lat 16 for free). Opcja dla hardcorowców (raczej nie jeśli jedzie się z dzieckiem) - można przespać się na lotnisku Stansted, oczywiście za darmo. Widzieliśmy całkiem sporo ludzi, którzy kimali w ten sposób. Pierwszy samolot powrotny jest o 6.45, więc i tak ok. 5 trzeba być na lotnisku, więc ta opcja wcale nie jest taka absurdalna.

Krok nr 4: przypominajka.

Data rozpoczęcia sprzedaży biletów dla Red Members jest z góry ustalona i podana na stronie (zazwyczaj na ok. miesiąc przed meczem). Pozostaje ustawić sobie przypomnienie w telefonie i kalendarzu i konkretnego dnia czatować. Sprzedaż uruchamiają bodaj o 11 czasu londyńskiego, tj. o 12 czasu warszawskiego. O konkretnej godzinie otwiera się sprzedaż dla Red Members i... serwery padają. Tzn. na stronie pojawia się pasek oczekiwania na zalogowanie z informacją, że można na pasku obserwować postęp czasu brakującego do połączenia. Trwało to ok. półtorej godziny ale się udało. Biletów było już bardzo niewiele, miejsca bez rewelacji (na górze za bramką) ale The Emirates to nowoczesny stadion, więc w zasadzie niezależnie od miejsca wszystko dobrze widać. Drogo - nie było już biletów na sektor rodzinny, mecz z tzw. kategorii A, czyli cena: 80 funtów za bilet (najdroższe kosztują ponad 120 funtów)... Ale spełnianie marzeń jest przecież bezcenne.

Krok nr 5: exchange.

Jeśli zaśpimy przy kroku nr 4, to też nie wszystko stracone. Po wyprzedaniu wszystkich biletów, rozpoczyna się program odsprzedaży, w ramach którego posiadacze biletów i karnetów mogą odsprzedawać swoje bilety po normalnych cenach innym Red Members. Sprawdziłem na 2 czy 3 dni przed sobotnim meczem z Chelsea (bądź co bądź hitowym - derby a Chelsea jest liderem Premier League) i nie byłoby problemów ze znalezieniem biletów. Nawet dwóch ze sobą sąsiadujących. Szczegóły znowu tutaj (trwa np. exchange biletów na środowy mecz LM z Olympiakosem, dostępność miejsc bardzo duża).

Krok nr 6: Stansted - Londyn

Lotnisko Stansted jest oddalone od Londynu o ponad 60 km. Daleko. Ale możliwości dojazdu jest całkiem sporo. Najszybsza ale i najdroższa (ponad 20 funtów w jedną stronę) to pociąg, który bodaj w 40 min. dojeżdża do centrum. Potencjalnie najtańsza ale najmniej wygodna (strasznie ciasno), najdłuższa (w niedzielę późnym wieczorem jechaliśmy prawie półtorej godziny), no i trzeba kupować bilet z dużym wyprzedzeniem to tzw. easybus - minibus w cenie od 2 funtów do Baker Street (w zasadzie prawie centrum Londynu, można połączyć mecz z Muzeum Sherlocka Holmesa). Optymalnie chyba jest przejechać się autobusem National Express - bilety dostępne od ręki w punktach na lotnisku, cena 6 funtów (3 funty za dziecko) do stacji Stratford we wschodnim Londynie (stamtąd już tylko 6 przystanków od stacji kolejką Overground Highbury, z której można w ok. 10 min. dojść do stadionu The Emirates, można też połączyć mecz Arsenalu ze zwiedzaniem pobliskiego Stadionu Olimpijskiego, myśmy nie zdążyli). Bilety na metro - jeśli mamy w planach więcej przejazdów, niż tylko na stadion i z powrotem, warto kupić kartę Oyster Card albo tzw. Daily Travelcard (bilet dzienny, za 7 funtów, dziecko 3 funty). Mapa metra londyńskiego np. tutaj.

I tak oto dotarliśmy na stadion. Atmosfera na ulicach wokół stadionu super, wszędzie kolesie w biało czerwonych koszulkach, łącznie z kelnerami w knajpach, czy sprzedawcami w sklepach spożywczych albo handlującymi zakładami w stoiskach bukmacherskich. Stadion przepiękny, nowoczesny, choć oczywiście po meczach Euro 2012 nie robi to już aż takiego wrażenia.

Mecz super, wrażenia super, choć mecze Arsenalu to, podobnie jak mecze innych europejskich potęg (w ostatnich latach byliśmy też na Realu i na Milanie i wrażenia mieliśmy podobne), przeżycie raczej turystyczne, niż piłkarskie. Przed nami jacyś Czesi, z tyłu Japończycy, widzieliśmy nawet transparent Arsenal Poland. Doping raczej przypadkowy niż zorganizowany, polegający głównie na wygwizdywaniu Johna Terry i Ashleya Cole'a i jakiejś niecenzuralnej przyśpiewce pod adresem Robina Van Persie. Łaska kibica na pstrym koniu jeździ - pubowe pieśni o tym samym Van Persie podczas majowego meczu z Norwich miały nieco inny wydźwięk... Ale lepsze wrażenie sprawiali kibice Chelsea, którzy - choć zajmowali tylko jeden sektor - byli głośniejsi i bardziej przekonujący.

Wszystko się udało, poza wynikiem. Akcje Arsenalu wyglądały na groźniejsze ale to Chelsea strzeliła dwie bramki, po dwóch rzutach wolnych bitych z tego samego miejsca. Oba po błędach Kościelnego i przy biernej raczej postawie Vito Mannone. Szczęsny wróć. Albo Fabiański. Arsenal odpowiedział tylko kapitalną bramką Gervinho. Meczbola miał w końcówce nowy letni nabytek, Giraud, minął Czecha ale do bramki już nie trafił.

Cóż - życzliwi Arsenalowi przypominają, że Thierry Henry strzelił swoją pierwszą bramkę dopiero w dziewiątym ligowym meczu. Giraud na razie trafił tylko raz, w Pucharze Ligi, gdzie grywają raczej rezerwy.

Ze stadionu wybiegliśmy w doliczonym czasie, bo w planach mieliśmy tego dnia jeszcze jeden mecz. Jak groundhopping, to groundhopping. Za niespełna pół godziny miał rozpocząć się mecz Fulham - Manchester City. Bilety na Fulham można kupić taniej (45 funtów za dorosłego, 15 funtów za dziecko) i prościej, nie trzeba się bawić w żadne Membershipy, ja swoje kupiłem jakoś w sierpniu, dostępność miejsc była wtedy ogromna.

Pognaliśmy do metra (stacja Arsenal, linia Piccadilly - przy samym stadionie), przejechaliśmy kilkanaście stacji, przesiadka na stacji South Kensington w linię District i kolejne 6 przystanków, aż do stacji Putney Bridge. Potem jeszcze ok. 15 minut marsz przez park na bardzo sympatycznie położony stadion. Podróż z The Emirates na Craven Cottage musi potrwać ok. godziny, liczyliśmy się ze spóźnieniem na drugi mecz ale dotarliśmy dopiero pod koniec pierwszej połowy (akurat Aguero strzelał wyrównującą bramkę dla City).

Ważne - ze stacji Putney Bridge jest już tylko 4 przystanki metrem do Wimbledonu, gdzie można zwiedzić słynny kort centralny i fantastyczne muzeum - nie tylko dla fanów tenisa. Byliśmy tam w maju, teraz po finale Radwańskiej jest pewnie sporo polskich smaczków.

Craven Cottage jest stadionem przeuroczym. Stary, wybudowany pod koniec 19. wieku, przepięknie położony, przy Parku Bishopa, nad samą Tamizą.

Z zewnątrz wygląda raczej jak jakaś wielka stajnia, niż stadion.

Bardzo autentyczny, klimatyczny, pozbawiony dystansu i pełen smaczków. Na trybunie południowej, zwanej Putney End, znajduje się sekcja neutralna, nazywana Małą Szwajcarią, mogą tam zgodnie siedzieć kibice w różnych barwach - władze Premier League zgodziły się na to z uwagi na to, że Fulham ma raczej kulturalnych fanów. Nie ma standardowych lóż VIPowskich, za to w rogu znajduje się tzw. Pawilon, czyli elegancki alpejski domek, z którego balkonów oglądają mecze rodziny piłkarzy i trenerów.

Siedzieliśmy blisko bramki, zaraz za Joe Hartem, kilkanaście metrów od nas rozgrzewali się Balotelli, Nasri i Dżeko. Trybuny jakieś wyjątkowo niskie, mieliśmy wrażenie, że siedzimy poniżej poziomu boiska. Widoczność bez rewelacji ale atmosfera bardzo OK.

Już nie tak turystycznie, jak na Arsenalu. Większość kibiców wyglądała na typowych Londyńczyków, kibiców Fulham z dziada pradziada, którzy regularne wizyty na Craven Cottage połączone z piwkiem z kumplami mają we krwi. Nawet stadionowy sklepik mały i biedny w porównaniu z megastorem Arsenalu. I tak jak w sklepie Arsenalu tłum ludzi zostawiających tam pewnie po setki funtów, tak w sklepie Fulham pustki (choć ceny sporo niższe).

I tylko wynik taki sam, czyli porażka gospodarzy 1-2. Ale do trzech razy sztuka. Po meczu poszliśmy coś zjeść a na trzecim sobotnim meczu wylądowaliśmy w londyńskim pubie. Tottenham po raz pierwszy od 23 lat wygrał na Old Trafford a pub oszalał z radości. Wyprawa zakończyła się happy endem, choć przecież kibice Arsenalu nie przepadają za kibicami Tottenhamu (i vice versa).

Podsumowując - jeśli mecz odbywałby się o 15, to daje się to ogarnąć nawet tak, że wylatujemy z Modlina rano pierwszym samolotem i wracamy wieczorem ostatnim (odpada koszt noclegu). Jeśli lecimy z dzieckiem nie na mecz hitowy z kat. A (Chelsea, United, City, Liverpool i Tottenham) i mamy szczęście i refleks przy rezerwacji, to może się uda kupić bilety w sektorze rodzinnym i wyjdzie dużo taniej - ok. 50 funtów za 2 bilety.

Raz na jakiś czas naprawdę można zaszaleć. Niezależnie od tego, komu się kibicuje, bo podobną historię mogliby pewnie opisać polscy kibice Chelsea, Liverpoolu, Manchesteru United, Manchesteru City (z tym wyjątkiem, że do Liverpoolu / Manchesteru nie ma aż tak wielu tanich połączeń, jak do Londynu).

Marzenia warto spełniać. Czego i Wam życzę.

Nie taki kibol straszny, jak go malują

mrpw

Zgodnie z obietnicą, po wizytach na kilku stadionach świata, rozpoczęliśmy zwiedzanie polskich stadionów. Na początek - bo tam najbliżej - Łazienkowska 3, czyli Legia.

Zacząłem (MR) od mocnego uderzenia, bo od meczu Ligi Europejskiej, Legia Warszawa - Hapoel Tel Aviv. Uderzenie mocne, bo i stawka niebagatelna, no i od razu megakontrowersja.

Siedziałem razem z synem na tzw. trybunie rodzinnej - tańsze bilety, naokoło większość to ludzie z dziećmi, atmosfera raczej rodzinna. Kiedy trybuny odśpiewały "Sen o Warszawie", były ciary. Ogromny transparent pojawił się naprzeciwko - na żylecie, przed rozpoczęciem meczu i nie zrobił na zgromadzonych specjalnego wrażenia. "Ciekawe, czy będzie afera" - pomyślałem, traktując transparent tylko i aż jako typową ultrasowską przedmeczową prowokację skierowaną w piłkarzy i kibiców drużyny przeciwnej. Wtedy jeszcze do głowy mi nie przyszło, żeby interpretować to jako prowokację rasistowską, antysemicką, obrazoburczą, itp. - prowokacje są na porządku dziennym na stadionach całego świata, niektóre są bardziej wyrafinowane, inne mniej. Dżihad = Święta wojna. Wszystko (jak dla mnie) mieściło się w ultrasowskiej stylistyce, zgodnej z najwybitniejszym cytatem poświęconym piłce nożnej, autorstwa Billa Shankly:

"Some people believe football is a matter of life and death. I'm very disappointed with that attitude. I can assure you it is much, much more important than that."

Potem był mecz i było naprawdę niesamowicie - i to mimo tego, że stadion był wypełniony tylko w ok. 2/3. Zabawa, doping bez przerwy, przez 90 minut - stadionu nie uciszyły ani bramka Hapoelu na 1-0, ani bramka wyrównująca na 2-2. Doping kulturalny, bez bluzg, bez haseł antysemickich czy antypzpnowskich. Hasło polityczne (standardowe - "Twój rząd obalą kibole") pojawiło się tylko raz, zresztą od razu zareagował spiker, który poprosił, żeby skupić się na kibicowaniu swojej ukochanej drużynie. Na trybunie rodzinnej podchwycone nie zostało. Poza tym raz, czy dwa było "Jesteśmy z Tobą, hej Staruch, jesteśmy z Tobą" (też nie podchwycone), reszta cały czas o meczu i o klubie.

Po doświadczeniach z Primera Division, Serie A i Premier League, w jednym muszę  przyznać środowiskom kibicowskim rację - jeśli chodzi o atmosferę, to nie ma porównania. Podobne kibicowanie na 100% i przez 90 minut widzieliśmy tylko w Ameryce Południowej i może jeszcze w Turcji na meczu Fenerbahce. W Hiszpanii poza trybuną ultrasowską mecz standardowo ogląda się na siedząco, trybuny ożywają tylko przy okazji sytuacji podbramkowych. W Anglii największe emocje budzą kontrowersyjne decyzje sędziowskie. Ale też kibicowania, skandowania, śpiewów i tańców na trybunach jako takich - na większą skalę tam po prostu nie ma. Okazuje się, że 20 tysięcy kibiców jest w stanie wytworzyć lepszą atmosferę, niż 2 czy 3 razy więcej.

Ale wróćmy do samego meczu - do kibiców dostroiły się wydarzenia na boisku, było dużo bramek, sytuacja zmieniała się jak w kalejdoskopie, emocje były do ostatnich sekund, no i był happy end.

Ze stadionu wychodziliśmy z synem w nastrojach euforycznych, spotkaliśmy kilkoro znajomych, wszyscy podobnie. Przedmeczowy prowokacyjny transparent budził co najwyżej niesmak, ale wszyscy skupiali się przede wszystkim na atmosferze, dopingu, no i ostatecznym wyniku.

Wróciliśmy do domu i okazało się, że byliśmy na jakimś innym meczu. Dużo istotniejsza od zwycięstwa Legii i atmosfery na trybunach była kwestia feralnego banneru. Czołówka portalu i bardzo ostre komentarze. Jeden, drugi, trzeci, kolejny...

Michał Szadkowski (znamienny tytuł tekstu "Obraźliwy transparent na trybunach. Jaka kara?"):

"Wywiesili, mimo przedmeczowych próśb spikera o powstrzymanie się od rasistowskich okrzyków i treści. - To hańba - komentuje Jacek Purski z antyrasistowskiego stowarzyszenia Nigdy Więcej. "

Kuba Dybalski, Michał Szadkowski, Piotr Machajski (tytuł tekstu "Kibol prowokuje dżihadem"):

"Gdy słowo "dżihad" prezentuje się w czasie meczu z klubem izraelskim - jest ksenofobiczne i ma antysemicki charakter. (...) Hasło namalowano na transparencie literami wystylizowanymi na pismo arabskie, rozwieszono je na sektorze, na którym wcześniej dochodziło już do incydentów antysemickich." - cytują znowu pana Jacka Purskiego z "Nigdy więcej".

Paweł Smoleński "Dżihad Legia: Kempie do sztambucha":

"Kiboli Legii nie lubię, bo to po prostu durnie. Przed meczem z Hapoelem Tel Awiw wywiesili transparent " Dżihad Legia". Jakby cokolwiek wiedzieli o świecie, gdyby nie pielęgnowali swojej głupoty, pewnie by tego nie zrobili. Ale zasadą kibola jest, by nie wiedzieć."

Roman Imielski "PiS ma swój dżihad":

"Odwołanie się do islamskiego dżihadu to jednak sprawa znacznie poważniejsza. To ludzie owładnięci ideą "świętej wojny" z niewiernymi porwali w 2001 r. samoloty w USA i wbili się nimi w wieże nowojorskiego World Trade Center i w Pentagon. To ich pobratymcy wysadzili pociągi w Madrycie w 2003 r. oraz zdetonowali bomby w metrze i autobusach w Londynie w 2004 r. To także wyznawcy "świętej wojny" porwali w Pakistanie polskiego inżyniera i ścięli mu głowę."

Jak widać, w kolejnych tekstach napięcie rośnie a porównania stają się coraz bardziej dobitne, najpierw czytamy tylko o jawnym i haniebnym antysemityzmie, a jednym z dowodów jest to, że na tej trybunie już wcześniej się antysemityzm zdarzał, potem o ignorancji, głupocie i durnowatości, wreszcie - wrzuca się nieszczęsny transparent do jednego worka z (sic!) zamachami z 11 września / 11 marca i ucinaniem głowy przez Al Kaidę.

Długo zastanawiałem się, czy w ogóle o tej sprawie pisać. Bo przecież w przeszłości na żylecie pojawiały się transparenty i zachowania absolutnie dyskwalifikujące, no i tłumaczenia Stowarzyszenia Kibiców Legii nie brzmią wcale bardziej przekonująco:

"Doczekaliśmy się niespotykanego wydarzenia. W Polsce podczas meczu z drużyną z Izraeala, której kibice epatują symboliką komunistyczną, nie pojawiły się antysemickie incydenty na trybunach – żadnych przyśpiewek czy transparentów. Warto publicznie sobie odpowiedzieć na pytanie – dzięki komu tak się stało? Kto w tej sytuacji zdał egzamin?"

No proszę, jacy jesteśmy super - nawet nie wznosiliśmy antysemickich okrzyków! To ci dopiero powód do chwały!

Pomyślałem, że może ja też wykazałem się - jak uważa Paweł Smoleński - ignorancją, durnotą i głupotą? Może rzeczywiście transparent rani uczucia kibiców i piłkarzy drużyny przeciwnej. Wszedłem więc na oficjalną stronę Hapoelu. Relacja z meczu zajmuje 4 solidne akapity.

Nieszczęsnemu transparentowi poświęcono JEDNO zdanie. Hebrajskiego nie znam, nieudolne tłumaczenie za translatorem googla (po redakcji):

"Na stadionie atmosfera gorąca, ale godna. Jedyna kontrowersyjna prowokacja dotyczy członków żylety (Ultras Legii), którzy wywiesili ogromny banner z napisem "Dżihad Legia". Spiker ostrzega kibiców, że jakiekolwiek okrzyki czy śpiewy niezgodne z duchem gry mogą  przynieść natychmiastowe zakończenie meczu. Wydaje się, że ostrzeżenie poskutkowało, mecz przebiegał bez żadnych problemów. Stadion nie jest duży, nie był pełny, ale akustyka jest wspaniała a tysiące białych fanów nigdy nie przestają śpiewać, krzyczeć i skakać. Nawet po zmianie wyniku na niekorzystny zdają się tego nie zauważać, nie przerywając dopingu ani na chwilę."

Okazuje się, że izraelski korespondent, Daniel Salomon, był (jeśli Google Translate czegoś nie przekłamał) nieporównywalnie mniej zbulwersowany nieszczęsnym transparentem niż nasi dziennikarze. Co więcej - on sam zauważył mnóstwo pozytywnych aspektów w zachowaniu kibiców Legii, czego już nasi dziennikarze nie dostrzegli.

Pogooglałem dalej - o sprawie napisała też agencja Agence France Press, za którą pojawiło się kilka tekstów, np. na portalu 101greatgoals.com. Ale także i one zauważają drugą stronę medalu - że może wcale nie chodziło o to, żeby było antysemicko i rasistowsko.

"The case of the Jihad banner may be a little more complex. As reported by TheNews.Pl, “editor of the Hebrew Section at Polish Radio’s External Service, Jaroslaw Kociszewski, who was at the game, says that despite the sign displayed before the match saying ‘Legia Jihad’ – which can be seen during many domestic fixtures at the Warsaw stadium – Legia fans were boisterous, but generally well behaved. ‘I heard no anti-Semitic chanting and saw no aggression,’ Kociszewski says… ‘You can see the Jihad banner at many Legia home games,’ he adds.”

Ano właśnie - po pierwsze hasło nie zostało wymyślone na okoliczność meczu przeciwko drużynie z Tel Avivu, pojawiało się już wcześniej, po drugie - kibice zachowywali się przez cały mecz głośno ale poprawnie, zero obraźliwych okrzyków.

Czytam to wszystko i jednego jestem pewien - na zgodę pomiędzy środowiskiem Gazety i kibolami nie ma szans. Jedni i drudzy tak się nawzajem nakręcają i uskrajniają, że każde zachowanie drugiej strony nadinterpretują na swoją modłę, zakładając złą wolę i nie zauważając jakichokolwiek objawów pozytywnych.

Nie jest broń Boże moją intencją stawianie znaku równości pomiędzy obydwoma podejściami - chcę jedynie zwrócić uwagę na podobne mechanizmy.

Dla Gazety kibol zawsze będzie tępym, brutalnym, dzikim półmózgim bandytą i antysemitą. Jeśli kibol (jak w ostatni czwartek) zrobi sto rzeczy pozytywnych, będzie budował fantastyczną atmosferę przez 90 minut, bez bluzg, bez chamstwa, bez prowokacji, to i tak Gazeta pozytywów nie dostrzeże a skupi się na tym jednym transparencie i go napiętnuje.

Dla kibola dziennikarze Gazety zawsze będą (takie epitety zresztą są często przypisywane również mi i temu drugiemu, co ze mną bloguje) tylko "szczekaczami sfory z Czerskiej", "pachołkami Michnika (a ostatnio i Tuska)", "partyjnymi funkcjonariuszami", którym nienawiść do kibica przesłania rzeczywistość, którą notorycznie zakłamują. Jeśli dziennikarz będzie tępił naganne zachowania kiboli, to według kibola będzie to robił tylko i wyłącznie ze złej woli i z nienawiści, a nie dlatego, że owe zachowania piętnowania wymagają.

Widać to także we wspomnianym wcześniej wyjaśnieniu SKLW: niby tłumaczą, że w wykorzystaniu słowa dżihad nie ma złych intencji, ale też nie ma tam krzty skruchy, czy stwierdzenia, że jeśli ktoś poczuł się urażony, to nie taka była nasza intencja - przepraszamy. Bo i prawda jest taka, że intencje stojące za przygotowaniem i wywieszeniem były oczywiste - nieprzypadkowo pojawił się on na meczu z Hapoelem właśnie (a nie z Gaziantenpsporem, czy ze Spartakiem), nieprzypadkowo był w czcionce stylizowanej na arabską. Szkoda, że towarzystwo nie pomyślało (a może właśnie wręcz przeciwnie - może właśnie pomyślało) o możliwej antysemickiej interpretacji, o tym, że taki transparent to woda na młyn wszystkich tych, którzy uważają Polskę za kraj pełen ksenofobów i antysemitów.

Choć oczywiście z drugiej strony - prowokacje są na stadionach świata na porządku dziennym. I zdarza się, że są poniżej jakiegokolwiek poziomu. Jak przychodzę na koncert Behemota, to darcie Biblii nie musi mi się podobać ale nie powinno mnie bulwersować, bo mieści się w stylistyce koncertu Behemota. I jak przychodzę na mecz piłkarski, to bluzgi czy mało wyrafinowane prowokacje (oczywiście warto zadawać pytanie, gdzie jest granica pomiędzy dopuszczalną prowokacją a szambem - ale to już temat na inny tekst) też nie muszą mi się podobać, ale nie powinny bulwersować, bo też mieszczą się w pewnej stylistyce. To nie filharmonia, nie opera, nie mecz tenisowy czy partia snookera. Widziały gały, co brały. Futbol (dla niektórych) to nie jest sprawa życia lub śmierci. To coś znacznie poważniejszego.

Przykład z ostatniego weekendu. Trzy lata temu Emmanuel Adebayor był piłkarzem Arsenalu. Dwa lata temu, już jako gracz Manchesteru City, po strzelonej bramce, pobiegł ją celebrować specjalnie pod sektor fanów Arsenalu, żeby ich sprowokować. Trzy dni temu próbował ich za to przepraszać:

“What happened two years ago was an accident and I do apologise to all the fans of Arsenal. Sometime the emotions, we cannot control them, we are all human beings. I regret what I have done and I say sorry to everyone but at the end of the day sorry doesn’t change anything. For me it’s over."

Dla kibiców Arsenalu it's not over. Wczoraj, przy okazji derbów zaśpiewali Adebayorowi:

"It should have been you, it should have been you, Shot in Angola. It should have been you." 

Fajne? Niefajne. Należy takie zachowania piętnować, co nie zmienia faktu, że czy nam się one podobają, czy nie - będą się zdarzały. Piłka nożna to nie jest sport dla delikatnych i poprawnych politycznie ludzi.

A prawda - nawet jeśli nie leży pośrodku - to na pewno nie jest też aż tak czarno - biała, jak chcą ją widzieć i jedni, i drudzy.

Wśród kiboli - jak w każdej dużej społeczności - zdarzają się i będą się zdarzać czarne owce. Zachowania takie, jak spoliczkowanie Rzeźniczaka przez Starucha, jak oplucie tzw. "Januszów" (w potocznym języku kibolskim określenie kibiców takich, jak np. ja - którzy chadzają na mecze rzadko i najchętniej zasiadają na trybunie rodzinnej) przez Litara, czy jak burdy na stadionie w Bydgoszczy należy piętnować i robić wszystko, żeby je z polskich stadionów eliminować.

Co nie zmienia faktu, że nie wszystko, co robi kibol jest z gruntu złe. To, że na polskich stadionach (nie wiemy, czy na wszystkich, ale na niektórych na pewno) mamy do czynienia z najgorętszą atmosferą w Europie - to też zasługa kiboli. I fajnie by było, gdybyśmy dożyli czasów, w których media równie konsekwentnie, jak piętnują zachowania naganne, zajęły się promocją i chwaleniem zachowań, które na pochwałę zasługują.

W międzyczasie w Gazecie pojawił się jeszcze jeden tekst, Roberta Błońskiego "Legia gra z Wisłą a kibic zostaje w domu", w którym wypowiedzi Grzegorza Mielcarskiego, Andrzeja Juskowiaka i Tomasza Rząsy, dowodziły tezy, że niedzielny mecz będzie słaby, że będzie niebezpiecznie, że nie ma się z kim w obu klubach identyfikować i że sam mecz nikogo nie obchodzi.

Na fali poczwartkowej euforii, na mecz z Wisłą też z synem poszedłem. Tym razem nie było biletów na trybunę rodzinną, więc kupiliśmy bilety na trybunę tuż koło samej żylety. Było drożej ale przynajmniej mogliśmy popatrzeć na to, co się tam dzieje z bliska.

Jedno możemy powiedzieć na pewno: tutaj obraz też nie jest taki czarno-biały, jak wmawiają nam to na codzień media. Wulgarne przyśpiewki, owszem, pojawiały się. Ale stanowiły nie więcej, niż kilka % tego, co było śpiewane przez 90 minut. Wulgaryzmy każdorazowo były przycinane przez spikera, który prosił, żeby skupić się na kibicowaniu drużynie gospodarzy.

Byłem z dziesięcioletnim synem, więc wolałbym, żeby bluzgów nie było. Ale znowu: widziały gały co brały - jak idę na mecz piłkarski, to się z bluzgami muszę liczyć. Zresztą bluzgi z polskich stadionów akurat od tego, co słyszeliśmy na stadionach Premiership, Primera Division i Serie A, też niespecjalnie odbiegają.

Na stadion przyszło ponad 25 tys. widzów - rekord frekwencji na Pepsi Arena. Siedziało za mną dwóch obcokrajowców, kibiców - turystów, którzy najwyraźniej zaliczali akurat kolejny odcinek podróży "Stadiony Świata". Wyglądali na zachwyconych, próbowali śpiewać razem z kibicami, cieszyli się, robili zdjęcia. Nasz sektor sąsiadował z sektorem ultrasowskim, ale nawet przez moment nie poczułem jakiegokolwiek zagrożenia. Owszem - trudno mi sobie wyobrazić, żeby zasiadł tam kibic w szaliku Wisły (tak jak to widywałem w Madrycie czy Mediolanie). Ale nie zmienia to faktu, że atmosfera była na tyle super, że jestem pewien, że to, żeby Pepsi Arena się zapełniła, jest tylko kwestią czasu.

Żeby tak się stało, media nie powinny tylko straszyć, jak jest bardzo wulgarnie, chamsko, brutalnie i niebezpiecznie. Powinny też czasem napisać o tym, że takiej atmosfery jak na polskich stadionach nie ma nigdzie indziej w Europie.

Można napisać, że na wczorajszym meczu aż 6 tysięcy krzesełek było pustych. Ale my wolimy powiedzieć, że ponad 25 tys. krzesełek było zajętych. I że było naprawdę fajnie.

Prawie jak La Bombonera

mrpw

Na początek uprzedzam - to nie jest notka koszykarska, tylko turystyczna. Niezainteresowanych uprasza się o nieczytanie, to nie będzie rozczarowania.

Obiecywałem jeszcze przynajmniej jedną notkę piłkarsko - stadionową z wakacji. Miała być z meczu Boca Juniors. Wieczór na słynnym stadionie La Bombonera, w loży honorowej być może sam Don Diego, na boisku m.in. Martin Palermo i Juan Riquelme, Boca miała akurat podejmować Independiente, czyli może nie Superclasico, ale przynajmniej Clasico ? derby Buenos. Superclasico Boca ? River w najbliższą sobotę. Mecz zaplanowano na piątek wieczorem (taka informacja widniała na stronie Boca jeszcze na 3 dni przed meczem). Do Buenos dotarliśmy w czwartek, czyli w sam raz. I okazało się, że plany mają to do siebie, że się zmieniają. W Argentynie - nawet w ostatniej chwili. W związku ze świętem pracy 1 maja, cały terminarz wywrócił się do góry nogami, a mecz Boca - Independiente przeniesiono na poniedziałek. Tyle, że w poniedziałek rano to myśmy z Buenos wylatywali. Marzenia o meczu na La Bombonera trzeba odłożyć na kiedy indziej.

Ale nie ma co załamywać rąk ? w samym Buenos Aires jest bodaj kilkanaście klubów pierwszoligowych. Okazało się, że tylko w ten jeden weekend odbędzie się jeszcze kilka innych Clasico. Na La Bombonerę pojechaliśmy rano, obeszliśmy Museo de la Pasion Boquense połączone z tourem po Stadionie. Wszystko trochę rozczarowuje - byliśmy na podobnych tourach w Madrycie, w Barcelonie, w Liverpoolu, czy Manchesterze, za każdym razem mieliśmy poczucie, że obcujemy z klubem magicznym, z wielką legendą, z setkami trofeów, z historią futbolu, z wybitnymi piłkarzami. Ba, nawet Museo Colo Colo w Santiago de Chile pozostawia takie wrażenie. W Boca (może poza ścianą ze zdjęciami wszystkich piłkarzy, którzy przewinęli się przez drużynę i poszukiwaniami Maradony) tego nie ma. Jest drogo, turystycznie, trochę zaściankowo i bezpłciowo. Brakuje multimediów, brakuje wspomnień, brakuje dreszczy (które pojawiają się np. w Liverpoolu przy wspomnieniach z ostatniego triumfu w Stambule, ale i w absolutnie wybitnym Muzeum Futbolu w Sao Paulo, które zasługuje na osobną notkę), brakuje Maradony, brakuje galerii z dziesiątkami pucharów, brakuje atmosfery. Na meczu podobno jest lepiej (zwłaszcza jeśli chodzi o atmosferę), ale to dopiero następnym razem...

Wyszliśmy z La Bombonery, złapaliśmy z synem taksówkę do sąsiedniej dzielnicy Avellaneda (metro tam nie dociera, więc nie odważylibyśmy się poruszać na własną rękę) i pojechaliśmy na Estadio Presidente Juan Domingo Peron, czyli stadion Racing Club. Miał się tam odbyć drugi hit kolejki, Racing podejmował drugą obok Boca legendę ligi argentyńskiej - River Plate.

Przez całą drogę przekonywałem Tymona, że kibicowanie River Plate nie jest dobrym pomysłem, bo nie wiemy jaka tu może być atmosfera na trybunach. Kiedy wysiedliśmy pod stadionem, wydawało się, że nie miałem racji. Naokoło sami kibice w barwach biało czerwonych (River), sprzedawane gadżety również, atmosfera szampańska, śpiewy, kiełbaski, okrzyki, tyle że wokół ani śladu kogokolwiek w biało błękitnych barwach gospodarzy. Okazało się, że podjechaliśmy pod wejście, którym na stadion wchodzą goście. Policjanci pokierowali nas do kas, obeszliśmy stadion naokoło, po drodze zobaczyliśmy autokar z piłkarzami River Plate podjeżdżający pod stadion, a potem już przestaliśmy mieć wątpliwości, kto jest gospodarzem. Choć nadal trudno nam sobie jest wyobrazić, jak wygląda Superclasico Avellanedy, czyli mecz Racingu z Independiente - oba stadiony ze sobą sąsiadują dosłownie płot w płot. Aha - kiedy z autobusu wysiadła grupka dresiarskich wyrostków w barwach Racingu i zaczęli się między sobą naparzać, mój syn przytomnie zmienił zdanie i podobnie jak ja postanowił kibicować dobremu futbolowi. Bilety kupiliśmy bez problemu, nabyliśmy również okolicznościowy szalik Racingu i weszliśmy na stadion.

Wrażenia przedmeczowe.

Po pierwsze: w Ameryce Płd. kibicowanie wygląda zupełnie inaczej niż w większości Europy, np. na Bernabeu, Camp Nou, czy San Siro. Grupa socios za bramką nadaje ton, śpiewa, bębni, skacze, dymi, rzuca konfetti i serpentyny, no i wdaje się z skandowania z kibicami drużyny przeciwnej. Tak było na Colo Colo, na Racingu było tak jeszcze bardziej.

Po drugie: kibice River Plate - absolutny szacunek. Siedzieli po przeciwległej stronie stadionu, było ich sporo (zajmowali dwa górne sektory), ale jednak nieporównywalnie mniej niż gospodarzy - a wrzawy robili tyle, że momentami naprawdę mieliśmy wrażenie, że to oni są gospodarzem meczu.

Po trzecie: żebyście nas źle nie zrozumieli - kibice Racingu też dawali radę. Za każdym razem, kiedy to tamtych było słychać, rozpoczynały się kontrśpiewy i okrzyki - prawdopodobnie mało kulturalne, ale nie znamy hiszpańskiego, poza pojedynczymi słówkami, np. "vamos", czy dość często pojawiające się słówko "puta". Przyśpiewki "Vamo vamo la acade" nauczyliśmy się dość szybko i dzielnie śpiewaliśmy wraz z sąsiadami.

Po czwarte: przepisami bhp to tam się nikt za bardzo nie przejmuje. Ludzie jarają nie przejmując się tymi co siedzą obok, bilety są nienumerowane, każdy siada (albo staje) gdzie chce (problemów nie ma, mecz był hitowy a mimo to sporo miejsc było wolnych - stadion ma pojemność ponad 50 tys.). Część sektorów jest w ogóle z definicji stojąca. Niektórzy kibice siadają na murku nad kilkumetrową przepaścią mad poniższymi trybunami i nikt nie zwraca na to uwagi. Stadion jest otoczony czymś w rodzaju fosy, za którą jest wysoki mur - ma to chyba za zadanie powstrzymywanie co bardziej krewkich kibiców przed emocjonalnymi reakcjami. Kibicom mur niestraszny, więc włażą na niego i obserwują mecz stojąc na krawędzi nad fosą. Niektórzy z kilkuletnimi dziećmi. Podczas naszego meczu nikt nie spadł.

Po piąte: bardzo przydatne są stare gazety. Kilkulatek obok nas miał przy sobie pełną siatkę podartych kawałków gazet, co jakiś czas wyciągał garść i rzucał nią w poniższe sektory. To takie confetti w wersji cheap ale równie efektowne.

Po szóste: na stadionie wszędzie mnóstwo policji. Trochę jeszcze ten wątek rozwiniemy przy wrażeniach pomeczowych.

Po siódme: na boisku jest rękaw, jak przy samolocie. Nadmuchują się zaraz po gwizdku, wychodzą przez nie piłkarze i sędziowie. Sędziowie często w asyście policji, przykryci tarczami. Jak rozumiemy - chodzi o to, żeby z trybun trudniej było chuliganom czymś dorzucić.

Wrażenia z samego meczu, choć przecież to mniej istotne :-) Sytuacja w tabeli była następująca - Racing na miejscu ósmym, River na trzecim. Zaczęło się od ataków gospodarzy, wyróżniał się zwłaszcza Kolumbijczyk z nr 29, niejaki Teofilo Gutierrez (niedawno grał w Trabzonsporze, ale zimą nie wrócił z wakacji i się przeprowadził). Publiczność szalała, co chwila wszyscy podrywali się z miejsc. Ale to River Plate grał po profesorsku - dali się rywalom wyszumieć, wyatakować, a ich kontry wydawały się być groźniejsze. I rzeczywiście - najpierw trafili w słupek, a w kolejnej akcji napastnik wpadł w pole karne, dał się sfaulować obrońcy i zrobiło się 1-0. Nadzieje gospodarzy odżyły pod koniec pierwszej połowy, kiedy po kolejnym faulu River Plate musiało się bronić w dziesiątkę. Druga połowa zaczęła się od huraganowych ataków Racingu, biało czerwoni przetrzymali burzę i dowieźli zwycięstwo do końca. Na chwilę zostali nawet liderem argentyńskiej Primera Division, ale wieczorem Velez Sarsfield (też z Buenos) wygrał 4-0 i to oni dziś są na czele.

Ciekawostka południowoamerykańska, do wprowadzenia od razu na innych stadionach. Przy rzucie wolnym sędzia wyciąga z kieszeni jakiś specjalny tajemniczy spray i maluje nim kropę, na której strzelający ma ustawić piłkę, po czym odmierza przepisową odległość i maluje kreskę, na której ma się ustawić mur. I nie ma kombinowania z ustawianiem i przybliżaniem piłki, czy z drobieniem kroczków i przybliżaniem muru. Spray po kilku minutach się wchłania w murawę i znika. Sędziowie byli wyposażeni w taki spray i w Chile, i w Argentynie.

Ale to jeszcze nie koniec emocji. Pora na wrażenia pomeczowe. Pomni doświadczeń z meczu Colo Colo, kiedy przy wejściu do metra omal nas nie stratowano, wyszliśmy na 5 min. przed końcem. Żeby uniknąć tłumu, żeby spokojnie złapać taksówkę powrotną i wrócić do San Telmo przed korkami.

Jak się okazało, nasz misterny plan się nie powiódł. Okazało się, że bramy wyjściowe są już zamknięte, a policjanci nieubłagani. Wypuścili tylko kilkoro niepełnosprawnych, rodzice z dziećmi musieli czekać. Jak rozumiemy - chodziło o to, żeby stadion spokojnie - bez awantur i bijatyk - opuścili przyjezdni. Staliśmy tak ok. 45 minut pod bramą, za nami po ostatnim gwizdku pojawił się już gigantyczny tłum, z czasem coraz bardziej zniecierpliwiony (w pewnym momencie zaczął padać deszcz) i wykrzykujący mało sympatycznie w kierunku policjantów.

Kiedy w końcu brama została otwarta, znów zrobiło się na chwilę nieprzyjemnie - tłum ruszył, naparł, koło nas pojawiło się nagle dwóch czy trzech wyrostków, których wcześniej nie było, zdaje się, że próbowali nas okraść (dostaliśmy z synem z łokcia a ja miałem wrażenie, że ktoś gmera w mojej pustej kieszeni), wszystko trwało kilka sekund, tłum wylał się ze stadionu, wyrostki uciekły z pustymi rękami, skończyło się na szczęście tylko na strachu, kilku kuksańcach i nerwach. Ale faktem jest, że policjanci mogli (i powinni) nas spokojnie wypuścić, nie byłoby problemów, zostałyby same dobre wspomnienia, zwłaszcza że przecież przezornie opuściliśmy stadion przed końcem meczu.

Podsumowując - emocje są dłuższe niż w Europie. Nie tylko podczas meczu, ale również przed i po nim. Jest trochę adrenaliny. Jako przeżycie wakacyjne - super. Warto zachować jakieś podstawowe środki ostrożności, ale chyba też bez przesady.

Kilka hintów (być może przesadzamy, ale strzeżonego pan Bóg strzeże):

Nie obnosimy się ze sprzętem foto, biżuterią, kasą.

Portfel z dokumentami, kartami kredytowymi i kasą zostawiamy w domu.

Bierzemy ze sobą trochę drobnych na bilet, transport i ew. gadżety i mamy je schowane głęboko (komórkę i mały aparat fotograficzny też).

Nie kibicujemy gościom siedząc wśród gospodarzy.

Unikamy tłumu.

Jeśli nie jesteśmy pewni transportu, dojeżdżamy na stadion taksówką, żeby nie błądzić po zaułkach, zwłaszcza po ciemaku po meczu.

I najważniejsze - dobrze się bawimy.

ChiChiChi LeLeLe, Colo Colo de Chile

mrpw

Jak już wspominaliśmy, jesteśmy na wakacjach. Ten drugi, co ze mną bloguje śmiga na nartach, ja jestem trochę dalej, w Ameryce Południowej. Playoffy NBA śledzę tylko na boxscorach, porażki Lakers i Spurs traktuję jako wypadki przy pracy.

Ale za to kontynuujemy spełnianie marzeń pt. Stadiony świata. Planowo Maracana - remont trwa, praca wre, krzesełka zdemontowane, na stadionie sprzęt ciężki, traktory, dźwigi i spychacze, wszędzie wystają jakieś druty i rury, ale na 2014 na pewno zdążą. Przy stadionie muzeum i odciśnięte stopy różnych sławnych Brazylijczyków - Pele, Zico, Dunga, Ronaldo, Kaka, Romario i jedna stopa nie-Brazylijczyka - Franza Beckenbauera. Pogłoski o tym, że w Rio ciągle na Ciebie napadają są bardzo przesadzone. Owszem, byliśmy króciutko i bardzo ostrożnie, nie biegaliśmy po zmroku po favelach, ale nie było ani jednego momentu, w którym poczulibyśmy się choćby minimalnie zagrożeni.

Wczoraj rano dotarliśmy do Santiago de Chile. Jak się okazuje - przypadkiem mieliśmy idealny timing. Ostatnia kolejka fazy grupowej Copa Libertadores - Colo Colo, najbardziej utytułowana drużyna w Chile, lider grupy, gra z Cerro Porteno, wicemistrzem Paragwaju, o awans do dalszych rozgrywek. Przed meczem liderem grupy jest Colo Colo, 9 pkt., dalej po 8 pkt. mają brazylijski Santos i wspomniane Cerro Porteno. Santos gra u siebie z najsłabszym w grupie wicemistrzem Wenezueli i pewnie wygrywa.

Rachunek jest prosty - Colo Colo musi wygrać, żeby wygrać grupę, zremisować, żeby awansować z drugiego miejsca.

Copa Libertadores live, taka okazja pewnie się już nigdy nie powtórzy. Rano jedziemy na Estadio Monumental po bilety.

Jeśli ktoś kiedyś będzie w Santiago, to droga na stadion jest bardzo prosta. Zielona linia metra, z centrum trzeba przejechać ok. 10 stacji, stacja Pedreno jest przy samym stadionie. Tylko niewielka część stadionu - trybuna Rapa Nui - ma bilety numerowane. Na szczęście kupiliśmy je bez problemu.

Przy okazji weszliśmy na sam stadion, do Museo Colo Colo pełnego południowoamerykańskich pucharów, no i do sklepiku, coby się obkupić gadżetami na wieczór. Co ciekawe - nie mają tam klubowych szalików. Tzn. można je potem niby kupić przed samym stadionem przed meczem, ale jednostronne i dosyć dziadowskie. Wcześniej w Rio byliśmy w LojaFla, oficjalnym sklepie Flamengo i szalików też nie było.

Na stadion wróciliśmy już przed samym meczem. Atmosfera niesamowita - już w metrze śpiewy, pod stadionem setki przekrzykujących się sprzedających gadżety i jakieś lokalne megaśmierdzące kiełbaski. Na stadionie fiesta - race, confetti, śpiewy, chóry, fajerwerki. I wbrew pozorom - całkiem bezpiecznie, nie byliśmy jedynymi kibicami z dziećmi. Choć na pewno obecność setek carabinieros nie była przypadkowa.

Jednej pieśni - tej z tytułu notki - nawet się nauczyliśmy i skandowaliśmy razem z kilkudziesięcioma tysiącami kibiców.

Zaczęło się fantastycznie. Nasi grają na biało. Czwarta minuta i Cristobal Jorquera.

Potem było jeszcze lepiej. 21. minuta i Esteban Paredes.

Przez pierwsze 40 minut Paragwajczycy nie istnieli. Colo Colo miało jeszcze kilka 100-procentowych okazji, jednego chyba niesłusznie niepodyktowanego karnego. I nagle, pod koniec pierwszej połowy, przytrafiło się nieszczęście.

Zaraz na początku drugiej połowy - drugie i zaczęło się nerwowe odliczanie czasu do końca. Nasi wciąż atakowali, ale grali nieskutecznie. Sędzia (jeszcze do niego dojdziemy) coraz częściej gwizdał na naszą niekorzyść. Aż wreszcie, w 88. minucie, odgwizdał wolnego przed polem karnym. Razem z publicznością chilijską krzyczeliśmy, że faulu nie było, ale obejrzeliśmy potem powtórkę i musimy mu przyznać rację, choć każdy kibic na świecie wie, że to jest bardzo zły sędzia.

Tak właśnie wyglądało trzecie nieszczęście. Co niebywałe - stadion nie zamilkł nawet na ułamek sekundy po każdej z bramek dla Paragwajczyków. Śpiewy na trybunie położonej za bramką trwały, jakby nic się nie wydarzyło. Sędzia doliczył 5 minut, potem nasi mieli jeszcze jedną kapitalną okazję, ale trafili w bramkarza.

Tak oto zobaczyliśmy na własne oczy jak Colo Colo odpada z Copa Libertadores już w fazie grupowej. I tak było super. Potem jeszcze sędziowie zostali sprowadzeni z boiska przez carabinieros, no i było trochę mało przyjemnie przy wejściu do metra, gdzie tłum omal nas nie stratował.

Całe przeżycie amazing, nie zapomnimy tego do końca życia. Czego i Wam życzę.

Jak już wróciliśmy , to sprawdziliśmy, kim był sędzia, który tak bardzo nie przypadł nam do gustu. To był Urugwajczyk, Jorge Larrionda. Ten sam Jorge Larrionda.

Blogasek niezbyt aktywny

mrpw

Za co przepraszamy. Ten drugi, co ze mną bloguje, poszedł wczoraj na łatwiznę i poprosił Was o głos. Ale wypada się wytłumaczyć, z czego wynika przerwa porodmanowa i brak komentarzy po zakończeniu regular season, choć przecież były czasy, że też kochaliśmy Sacramento Kings...

Ten drugi wyjeżdżał służbowo za Wielką Wodę, teraz zaraz wyjedzie niesłużbowo, a może już wyjechał, na Wielką Górę.

Ja też wyjechałem, albo może raczej wyleciałem.

Wakacje życia, czyli m.in.:

Bardzo słynny stadion w remoncie:

Bardzo słynny lodowiec:

Bardzo słynna góra, rzadko widoczna, nam się akurat na chwilę odsłoniła:

A w planach za 2 tygodnie jeszcze mecz na żywo, na słynnym stadionie, nie w remoncie:

Bo przecież marzenia trzeba spełniać.

Postaramy się jeszcze coś napisać wakacyjnie, jak tylko będzie więcej internetu. Dlaczego Lufthansa suxxx, jak przypadkiem znaleźliśmy się na Commerzbank Arena, gdzie można się poczuć prawie jak w Świebodzinie, dlaczego najbezpiecznej jest tam, gdzie jest niebezpiecznie, no i jak wygląda koniec świata.

Şükrü Saracoğlu Stadyumu

mrpw

Kilka miesięcy temu, po miniwakacjach w Madrycie, napisałem, że mam nowe hobby. Zwiedzanie stadionów świata. Postanowiłem sobie cel - żeby pójść na mecz na 20 najfajniejszych stadionach świata. Zaczęło się od Santiago Bernabeu i Vicente Calderon. Półtora roku wcześniej było Camp Nou - ale to się nie liczy, bo był tylko zwykły tour, bez meczu.

The Emirates, Old Trafford, Anfield Road... San Siro, powrót na Camp Nou... Allianz Arena, Signal Iduna Park... Amsterdam ArenA. Estadio da Luz. Stade de France. Celtic Park. Na deser Stadion Narodowy, nowa Łazienkowska, nowa Bułgarska.... A kiedyś może nawet Maracana i La Bombonera... Itd. powiedzmy 2-3 stadiony rocznie, powinienem się wyrobić.

Hobby ma dwie wady. Po pierwsze - jest dosyć kosztowne. Po drugie - upierdliwe logistycznie. Trzeba to próbować godzić z wakacjami, a przecież w czerwcu, lipcu i przez pół sierpnia ligi nie grają. Trzeba celować z wyjazdem tak, żeby dana drużyna akurat grała u siebie, a nie na wyjeździe. Albo żeby nie trafić na weekend, kiedy gra reprezentacja. No i trudno jest zaliczyć kilka stadionów za jednym zamachem, bo jak np. u siebie gra Arsenal, to na mecz Chelsea trzeba czekać tydzień. Nie wspominając o tym, że zdobycie biletów na mecz Premiership graniczy z cudem.

W ciągu kolejnego pół roku udało mi się być na meczu jeszcze raz - i rzeczywiście wrażenia były mocne. Przy okazji wizyty we Lwowie, poszukując rodzinnych korzeni, trafiliśmy do Mościsk, a tam akurat towarzyski mecz rozgrywała drużyna Skała Mościska. Okazja niepowtarzalna, więc poszliśmy. Na boisko wchodziło się przez dziurę w płocie, przy dziurze było stoisko, na którym jakiś dżentelmen sprzedawał w upale sardynki, trawa na boisku wysoka na kilkadziesiąt centymetrów, po jednej stronie boiska gigantyczna błotnista kałuża, w której piłka regularnie się zatrzymywała, a zawodnicy obu drużyn regularnie się wywracali. Dla jednego z piłkarzy Mościsk zabrakło czerwonej klubowej koszulki, więc grał w białej. Nie, nie wiemy, czy był to libero.

Kolejna okazja zwiedzenia stadionu świata przytrafiła się wreszcie trzy tygodnie temu. Znów nas los wywiał do pokochanego przez nas rok wcześniej Stambułu, ale teraz już zadbaliśmy, żeby być w mieście wtedy, kiedy gra liga turecka. No i żeby u siebie grało Fenerbahce.


Wrażenia niesamowite. Piłka nożna to w Turcji religia, tubylcy bez przerwy Cię zaczepiają, dopytując który klub turecki najbardziej lubisz. Kilka anegdot: Zakupiłem w sklepiku Galatasaray pluszową piłkę dla młodszego syna, idę z firmową siateczką przez Grand Bazaar, sprzedawcy bez przerwy mnie zaczepiają: "uuuu Galatasaray, Fenerbahce champion". Idę do Pałacu Topkapi, zaczepia mnie ochroniarz: "Galatasaray your favourite club? Because this is my favourite!" Kiedy indziej zawitałem do sklepiku Besiktasu, znów kupiłem kilka fantów, tym razem zaczepia mnie sprzedawca kebabów: "Uuu, Besiktas not good. I am from Trabzon, Trabzonspor the best. Where are you from? Poland? Aaa, Poland - Szimkowiak. And Koseki!". Dla odmiany celnik na lotnisku, kiedy mnie zobaczył z tą samą torbą Besiktasu, ucieszył się: "Besiktas super, you can go, Galatasaray and Fenerbahce stay - for control."

Ale miało być o meczu. Atmosfera na stadionie kapitalna.

Tłumy, które spotkaliśmy na Santiago Bernabeu mogą się schować. Tutaj każdy mecz (to akurat było spotkanie z ligowymi outsiderami, Genclebirligi) to wielkie święto. Trybuny 50-tysięcznego stadionu zapełnione chyba w 80%, chóralne śpiewy, bębny, skandowanie "FENER", wiwatowanie na cześć gospodarzy, wyjściowa jedenastka wyskandowana przez kibiców, gwizdy pod adresem gości, poszczególne trybuny wchodzące ze sobą we wzajemną interakcję, stadion to podskakuje, to faluje, to bije pokłony, to śpiewa hymny, szał radości i fiesta po strzelanych przez gospodarzy bramkach. Amazing.

Skrót meczu poniżej, emocji wielkich nie było, ale naprawdę było fajnie:

Fenerbahce wygrało 3-0. Jeśli będziecie kiedyś w Stambule, koniecznie idźcie na mecz. Na Besiktasie i Galatasaray podobno też jest fajnie.

PS. A za 2 tygodnie jedziemy na przedłużony weekend listopadowy do Mediolanu. Na środowy mecz Milanu z Palermo z biletami nie powinno być problemu - wrażenia spiszemy. Gorzej z meczem niedzielnym. Derby Mediolanu, gospodarzem Inter. Ktoś ma pomysł, jak zdobyć (niekoniecznie przez różne worldticketshopy, które liczą sobie po 100 kilkadziesiąt Euro) bilet na TAKI mecz?

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci