Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Z archiwum X

Tak zrodziła się dynastia

mrpw

Czy dynastia - to się jeszcze okaże. Fani Lakers już skandują "We want Boston! We want Boston!" ale wcale nie jesteśmy przekonani, czy to Celtics (pomimo home court advantage) są dla Lakers idealnym finałowym przeciwnikiem, zwłaszcza po kompletnie bezradnych Phoenix Suns.

Po pierwszym meczu Steve Nash zauważył, że Lakers są od Suns znacznie wyżsi i że to się raczej nie zmieni. Miał rację - nie zmieniło się. Po drugim meczu Grant Hill dodał: "I really don't know what the answer is."


W pierwszym meczu Kobe rzucił bezradnym Słońcom 40 pkt., więc w meczu nr 2 był podwajany. Efekt? 13 asyst - playoffowy rekord życiowy Bryanta. Gasol 29 pkt. (11/19) i 9 zb. Odom z ławki 19 pkt. (7/10) i 11 zb.

Dwa lata temu napisaliśmy Fruwając pod koszem, które chyba dobrze pasuje, żeby je dziś, kiedy Lakers znów rozgnietli Suns w Finale Konferencji, przypomnieć.

Tak rodzi się nowa dynastia

Brzydkie kaczątko zmieniło się w pięknego łabędzia, ropucha w śliczną księżniczkę, a Los Angeles Lakers w najlepszą drużynę w NBA.


Jeszcze pół roku temu byli beznadziejni. Mogą załapać się na ostatnie miejsce w play-off - taki był consensus w ocenie Lakers przed tegorocznym sezonem.

Kilka głosów z październikowego sondażu ESPN:

Nawet jeśli Kobe zostanie, to nie wystarczy, aby ta ekipa awansowała do play-off. Kontuzje znów są problemem, a atmosfera w drużynie jest - i pozostanie - koszmarna.

Zgody z Kobe Bryantem nie będzie. Trzeba było zdecydować się na transfer w okolicach draftu. Teraz muszą go sprzedać, żeby uratować twarz. A w międzyczasie sezon pójdzie na marne.

Lakers będą cudownie przeciętni.


Nawet wśród menedżerów NBA - którzy powinni wiedzieć lepiej - nie znalazł się ani jeden śmiałek, który postawiłby na awans Lakers do finałów ligi.

Poniekąd słusznie. Przecież rok temu Lakersi odpadli w słabym stylu już w pierwszej rundzie play-off, przecież w składzie nie zaszły większe zmiany, a w dodatku sfrustrowany Kobe rozpowiadał wszem i wobec, że się wynosi - choćby na Plutona.

A dziś... Lakers grają najlepszą koszykówkę w NBA. W dwóch pierwszych meczach finałów Zachodu upokorzyli broniących tytułu San Antonio Spurs. I choć wciąż możliwe jest, że starzy mistrzowie wstaną z kolan, Manu Ginobili wyleczy bolącą kostkę i w finałach zobaczymy po raz piąty Tima Duncana - to jakoś trudno nam uwierzyć, by w najbliższych pięciu meczach Lakers zdołali wygrać tylko raz.

Brzydkie kaczątko wyrosło. Ale dlaczego nikt tego wcześniej nie przewidział?


1. Nikt nie dostrzegł, że Lakers mają plan

Cały ten układ wydawał się bezsensowny. Samolub Bryant. Trener Jackson, ślepo przywiązany do swej "triangle offense" i przywykły do prowadzenia dream teamów. Szczypiorek Andrew Bynum niegotowy do gry na wielkim poziomie. I bezimienna ławka rezerwowych. To przecież w nic się nie składało. Albo Lakersi chcą wygrywać teraz - a wtedy powinni dać sobie spokój z wychowywaniem młodzieży - albo stawiają na przyszłość, a wtedy niech lepiej Phil Jackson odejdzie leczyć swe schorowane biodra, bo szkoda życia na te męki.

Tymczasem plan był: tak prosty, że aż niewidzialny. Dzieciaki pod okiem Jacksona od trzech lat uczyły się "triangle offense" - systemu zabójczo skutecznego, ale też wymagającego samodzielności i doświadczenia, które przychodzi po miesiącach praktyk. A ze wzmocnieniami czekano na dogodne okazje.

2. Nikt nie docenił Mitcha Kupchaka

Nieporadność menedżera Lakers sprawiła, iż zaczął trafiać na listy najgorszych GM-ów NBA. Przez kilka lat, zdawało się, nie zrobił nic - za wyjątkiem jednego fatalnego transferu (Kwame Brown).

Tymczasem cechą wielkich menedżerów jest cierpliwość. Kupchak czekał. Ciułał malutkie wzmocnienia, wynajdywał w drafcie rodzynki, które - jego zdaniem - pasowały do triangle offense: Jordana Farmara, Saszę Vujacicia, Ronny Turiafa. Wyrzucał tych, którzy nie pasowali (Smush Parker). Latem 2007 skorzystał z okazji i zatrudnił ponownie Dereka Fishera. I, przede wszystkim, odrzucał propozycje.

Nie zdecydował się (co omal nie doprowadziło do odejścia Bryanta) wziąć do LA starzejącego się Jasona Kidda. Nie kupił Jermaine'a O'Neala. Nie oddał Bynuma. Czekał.

Okazja nadarzyła się w lutym 2008 r. Memphis Grizzlies wystawili na sprzedaż Pau Gasola, Lakers zaatakowali błyskawicznie i, co ważniejsze - w zamian nie oddali nic wartościowego. Ot, dwa niepotrzebne wybory w drafcie, rozgrywającego z głębokich rezerw, beznadziejnego Kwame Browna. Rywale byli w szoku. "Powinni tego zabronić" - krzywił się menedżer San Antonio.

A Gasol okazał się być nabytkiem idealnym. Szybki, wszechstronny, dobrze podający i rzucający z półdystansu - czy jest w NBA skrzydłowy, który lepiej niż on pasowałby do ataku trójkątów?

3. Wszyscy zapomnieli, że Phil Jackson wielkim trenerem jest

Po zeszłorocznym play-off, najgorszym w biografii Jacksona, można było uznać, że wielki trener już się wypalił.

Ale dziś wydaje się, że nie tylko tamta seria, ale ostatnie cztery lata były elementem jakiegoś dalekosiężnego planu. Najpierw roczna banicja, podróż na Antypody, ładowanie akumulatorów. Potem dwa sezony, gdy Kobe Bryant dostał wolną rękę, mógł wyszaleć się za wszystkie czasy - i dostrzec, że strzeleckie rekordy szczęścia nie dają.

Wreszcie: stoicki spokój jesienią zeszłego roku, gdy wrzawę wokół transferu Bryanta trener skwitował lekceważącym jednym zdaniem: "Myślę, że tu nic się nie kończy".


Jackson gwarantuje Lakersom stabilność. Wiadomo, że go nie zwolnią - i że grą LA rządzić będzie przez lata "triangle offense". Wiadomo więc, pod jakim kątem rekrutować nowych graczy. I wiadomo, że każdemu z nich Jackson przypisze odpowiednią rolę.

4. A w dodatku Lakers mieli szczęście

Po siódmym meczu półfinałów Zachodu wracający z Nowego Orleanu San Antonio Spurs spędzili noc w samolocie, bo maszyna miała awarię, a wszystkie hotele w mieście były zajęte. I w pierwszym meczu finałów Spurs zaczęli świetnie, ale w trzeciej kwarcie opadli z sił. Przypadek?

Raczej karma, bo szczęście sprzyja Lakersom przez cały sezon. Przed jego rozpoczęciem naprawdę myśleli o sprzedaniu Bryanta. Agent Kobego dwoił się i troił, żeby skroić jakiś dobry deal. Nic z tego nie wyszło. I dziś nikt tego nie żałuje.

Albo kontuzja Bynuma. Rzecz przykra, ale - bądźmy szczerzy - nie mogła zdarzyć się w lepszym momencie. Gdyby młody center uszkodził kolano wcześniej, nie zdołałby rozkwitnąć, Lakers tkwiliby w przeciętności, sezon spisano by na straty.

Gdyby Bynum był zdrów - raczej nie kupiono by Gasola, bo właściciel Lakers nie wydałby kilkudziesięciu milionów dolarów na kogoś, kto "może się przydać", ale nie jest niezbędny.

Antyfani Lakers, czeka was siedem chudych lat. W ekipie z LA nikt (może poza Derekiem Fisherem) nie planuje jeszcze emerytury. Kobemu stuknęła dopiero trzydziestka. Odom ma 29 lat, Gasol 28. Rezerwy są jeszcze młodsze: Jordan Farmar ma 22 lata, Sasza Vujacić 24, Ronny Turiaf 25. A Bynum, który ma wrócić jesienią, ledwie 21.

Pomyślcie, co by było, gdyby w Chicago Bulls obok Michaela Jordana, Scottie Pippena i Horace'a Granta grał jeszcze na centrze Patrick Ewing? Czy ktokolwiek byłby w stanie podjąć z nimi walkę? A to właśnie, po powrocie Bynuma, może zdarzyć się w LA.

Rodzi się nowa dynastia.

Kronika towarzyska

Ostatnio w dobrym tonie jest przyznać się, że się kiedyś paliło trawkę. Najpierw uczynił to Josh Howard z Mavericks, potem Donald Tusk, a ostatnio właściciel Mavericks, Mark Cuban, który jednak - podobnie jak nasz premier - zastrzegł się, że w ogóle mu się to nie podobało i że strasznie po tym kaszlał.

Kobe Bryant poszedł z kolegami z drużyny na kolację w ekskluzywnej (i bardzo drogiej) restauracji w Los Angeles. Kiedy przyszło do płacenia, koledzy zaczęli skandować "MVP! MVP!". Nie było wyjścia - Kobe zatroszczył się o rachunek.

W ramach podziękowań za pierwszy w karierze tytuł MVP Kobe kupił kolegom z drużyny luksusowe szwajcarskie zegarki firmy Jaeger - LeCoultre. Zegarki z wygrawerowaną datą i nazwiskiem każdego z kolegów, przyleciały specjalnym transportem prosto ze Szwajcarii, każdy kosztował podobno ok. 9 tys. dolarów.

A Dwayne Wade kupił prezent swojej mamie. Jolinda Wade jest pastorem więc dostała kościół w Chicago.

Ciekawostki

Przed rozpoczęciem drugiej rundy, trenerzy Phil Jackson i Gregg Popovich mieli w sumie na koncie 287 zwycięstw w play-off (Jackson 187, Popovich 100), co czyni serię Lakers - Spurs najbardziej utytułowanym pojedynkiem trenerskim w historii.

Od momentu, kiedy Spurs prowadzili w połowie trzeciej kwarty pierwszego meczu z Lakers 65:45, Lakers wygrali końcówkę tego meczu i cały następny mecz 145:91. Ciekawe, prawda?

Niezłe numery

1 - z takim numerem będą wybierali w tegorocznym drafcie Chicago Bulls.

1, 4, 8, 2, 4, 2, 7, 3, 7, 4, 13, 9 - z takimi numerami Bulls wybierali w ostatnich dziesięciu latach (dzięki transferom czasem mieli do dyspozycji dwa wybory). Ale nowej dynastii nie zbudowali.

1,7% - tyle wynosiły szanse na wylosowanie przez Bulls numeru 1.

Złota myśl

"To był mecz mamby przeciwko karaluchom" - Buck Harvey, felietonista z San Antonio, po drugim meczu Lakers - Spurs.

Rondo 1

mrpw
Rajon Rondo zainspirował nas do odgrzania kolejnego starego kotleta z cyklu Fruwając pod Koszem. Blisko półtora roku temu popełniliśmy tekst pt. Rondo 1.

Fruwając pod koszem: Rondo 1

Choć takich dwóch jak ich trzech, nie ma ani jednego - dopiero dzięki temu czwartemu mają piątkę na szóstkę.

Jeśli Boston Celtics (bilans 25-2, 17 zwycięstw z rzędu) wygrają u siebie z Nowym Jorkiem i Filadelfią, zaliczą najlepszy start w historii NBA. A z Wielkiej Trójki robi się pomału Wielka Czwórka. Tym czwartym muszkieterem, który dołączył do Pierce'a, Allena i Garnetta, jest młody rozgrywający Celtów, Rajon Rondo.

Jeszcze rok temu eksperci mówili, iż to właśnie słabość na "jedynce" jest piętą achillesową Celtów. Drużyna z mistrzowskimi aspiracjami musi mieć porządnego rozgrywającego, a nie jakiegoś 22-letniego gołowąsa. Przezorni Celtics zatrudnili więc w ostatniej chwili doświadczonego Sama Cassella, by w ogóle mieć kogoś, kto w ważnych momentach nie straci głowy i będzie umiał uspokoić grę.

Ale Rondo okazał się być bardzo poukładanym młodzieńcem. Już w debiucie w play ofach rzucił Hawks 15 punktów i miał 9 asyst. Z każdą serią czuł się na boisku coraz pewniej, a Cassell coraz dłużej wysiadywał na ławie. Zakończył sezon kapitalnym występem w szóstym meczu finałów (21 punktów, 7 zbiórek, 8 asyst, 6 przechwytów).
W tym roku takie wyskoki zdarzają się Rajonowi coraz częściej, i do przeszczęśliwych fanów Celtics zaczyna docierać, iż mają jednego z najbardziej obiecujących point guardów NBA. Rondo jest siódmy w tabeli najlepiej podających w NBA i drugi w rankingu przechwytów.

3 grudnia w meczu z Indianą Rondo zdobył swoje pierwsze triple-double: 16 punktów, 13 zbiórek i 17 asyst (rekord kariery). "Grał niesamowicie" - chwalił go potem Kelvin Garnett. - "Tak jakby było go trzech. Był wszędzie".

15 grudnia, w spotkaniu z Utah, zdobył 25 punktów (rekord kariery) i prawie wyłączył z gry rozgrywającego rywali, Derona Williamsa.

Cztery dni później, gdy przeciw Chicago Rondo do 15 asyst dorzucił 5 zbiórek, Kevin Garnett po meczu narzekał: "Miałem tylko jedną zbiórkę? Jedną? W tej drużynie, z Perkinsem i Rondo, człowiek nawet zbiórek nie może zaliczyć. Pozbędą się mnie "

Na mecz Bostonu przyszedł tego dnia najszybszy człowiek świata, Usain Bolt. "Dyskutowaliśmy w szatni, kto wygrałby wyścig: Bolt czy Rondo" - żartował trener Celtów, Doc Rivers. - "Bolt, nie ma sporu. Ale gdybyśmy dodali kozłowanie, to myślę że mielibyśmy szanse".


Bo faktycznie, na parkietach NBA nie ma chyba gościa szybszego i zwinniejszego, niż szczuplutki (185 cm, 77 kg) Rondo. "Wpada i sieje spustoszenie. Jest jak smuga, jak mały Speedy Gonzalez" - mówi o swym rozgrywającym Paul Pierce.

O tym, że nie stawiamy jeszcze Rajona Rondo na równi z Chrisem Paulem i Tonym Parkerem, decyduje jeden - maleńki, drobniusieńki - szczegół: rzut. Jest to coś, czego Rajon prawie nie posiada. Niemal wszystkie punkty zdobywa z kontrataków, wejść pod kosz, ekwilibrystycznych layupów - czy z rzutów wolnych, które wykonuje nieszczególnie (celność 65%). Ale już półdystans to dla niego strasznie daleko, a za trzy punkty Rondo trafia raz na cztery próby.

Zresztą gdyby nie ta ułomność, Rondo w ogóle nie grałby w Bostonie. W drafcie wybrali go wszak Phoenix Suns, ale trener D'Antoni orzekł, że na nic mu rozgrywający, który nie potrafi rzucać.

Doc Rivers twierdzi jednak, że Rondo już i tego się nauczył. Ma podobno zabójczy rzut z wyskoku, nie do powstrzymania, którym katuje kolegów na treningach. Na meczach jeszcze tego nie widać. "To kwestia pewności siebie" - mówi Rivers. - "To przyjdzie. A gdy przyjdzie, będzie po wszystkim".
Kronika towarzyska

Specjalizujący się w ubraniach dla dużych i bardzo dużych ludzi elegancki sklep odzieżowy, Casual Male, wytoczył proces centrowi New York Knicks, Eddy'emu Curry. Dwa lata temu Eddy zakupił tam ubrania na łączną sumę 41 tys. dolarów ale do dzisiaj nie zapłacił ani centa. Najwięcej (22 tys.) Curry wydał na gustowne garnitury ale nie wzgardził też np. kaszmirowym sweterkiem za 1400 dolarów.

Niespełna rok temu właściciel Dallas Mavericks, Mark Cuban, żeby pozyskać Jasona Kidda, oddał do New Jersey młodszego rozgrywającego, Devina Harrisa. W piątek Mavericks przyjechali do New Jersey a podwójnie zmotywowany Harris rzucił 41 pkt., zaliczył 13 asyst i poprowadził Nets do wysokiego zwycięstwa. A publiczność skandowała "Dziękujemy Ci Cuban!"

W świat poszła plotka, że w nadchodzącym tygodniu Michael Jordan ożeni się po raz drugi. Szczęśliwą wybranką Michaela jest kubańska modelka Yvette Prieto, wcześniej narzeczona Julio Iglesiasa juniora. Można ją obejrzeć na naszym blogu.
Dikembe Mutombo nudzi się na emeryturze i zastanawia się nad powrotem do NBA. Podobno jest już po słowie z Boston Celtics.

Stephon Marbury nadal ma zakaz stadionowy i nie może przychodzić na mecze New York Knicks. Pojechał więc do Los Angeles i za 2,5 tys. dolarów kupił sobie bilet na mecz Lakers - Knicks. Zasiadł w jednym z pierwszych rzędów, pogawędził ze Spike'm Lee, Knicks w ostatniej kwarcie zmarnowali wypracowaną wcześniej przewagę i minimalnie przegrali, Steph nie wyglądał na zmartwionego: "Zarabiam nic nie robiąc. Bardzo mi się to podoba. Jeżdżę po Stanach, wypoczywam, kuruję się - dzięki temu będę mógł pograć 2-3 lata dłużej."

Marbury twierdzi, że otrzymuje mnóstwo telefonów od przedstawicieli klubów zainteresowanych jego usługami. Podobno będziemy w szoku jak już się wszystko rozstrzygnie i dowiemy się, z jakim klubem podpisze nowy kontrakt.

Tako rzecze Shaq

"O Boże - Alvin jest naszym trenerem! Czyli my jesteśmy Clippersami! Czyli ja jestem Michaelem Olowokandi! O Nieeeeee!" - na treningu, na którym trenera Terry'ego Portera zastąpił asystent Alvin Gentry, były trener Clippers.

"Mógłbym wciąż zdobywać średnio 27 punktów i 10 zbiórek. Na luziku. Z zamkniętymi oczami. Nawet mając 50 lat."

Ciekawostki

Chris Paul po raz 106. z rzędu rozegrał mecz, w którym zaliczył przynajmniej jeden przechwyt. To rekord NBA.

Seria Paula rozpoczęła się w lutym 2007, w meczu z Denver. Chris odebrał wtedy piłkę Allenowi Iversonowi.

W nadchodzącym tygodniu Shaq spudłuje swój pięciotysięczny rzut wolny w NBA.

Dla porównania - kolega Shaqa, Steve Nash spudłował w karierze 250 kilka wolnych. Żeby dogonić O'Neala, musiałby grać jeszcze ponad 200 lat. Ciekawe, prawda?

Niezłe numery

168 milionów dolarów - tyle kosztował zeszłoroczny rozwód Michaela Jordana z Juanitą. Ciekawe czy tym razem Michael spisze intercyzę.

Złota myśl

"Chciałem się przebrać za Świętego Mikołaja ale przecież ona ma nadwagę i jest bez formy. Ja nigdy nie jestem bez formy." - Dwight Howard.

Wańki Wstańki

mrpw

Kontynuujemy cykl odtajniania archiwów Fruwając pod koszem. Całkiem niedawno, bo niespełna dwa lata temu, napisaliśmy felieton poświęcony San Antonio Spurs, dzisiaj jest całkiem na temat - choć w sumie jeszcze bardziej byłby na temat, gdybyśmy go wrzucili wczoraj. Jeśli ktoś nie pamięta - Spurs wygrali siódmy mecz, który wtedy zapowiadaliśmy 91-82. Manu rzucił 26 pkt., Parker 17, a Duncan dorzucił 16 pkt. i 14 zb.

Wańki - wstańki

Najmniej musi ich lubić komisarz NBA David Stern, bo eliminowanie przez nich jednego ulubieńca publiczności za drugim to zabójstwo dla popularności NBA...

Czy poniedziałkowy, siódmy mecz półfinałów Konferencji Zachodniej zakończy wreszcie erę supremacji San Antonio Spurs? Nie liczcie na to.

Historia powtarza się właściwie co roku. Przed sezonem Spurs są wymieniani jako faworyt dyżurny, ale nieprzesadnie modny. Potem, w ferworze trwającego sezonu, eksperci o nich zapominają i skłaniają się ku takim, którzy są bardziej trendy. W tym sezonie oczy wszystkich były skierowane najpierw na Boston, a po kilku transferach przeniosły się na Zachód, do Los Angeles i Phoenix. No i do Nowego Orleanu, gdzie rewelacyjnie poczynali sobie młodzi Hornets.

Tymczasem Spurs przegrywali z kim popadnie (w sumie w sezonie zasadniczym 26 porażek - w tym przegrane praktycznie z każdą drużyną z czołówki), doskonale wiedząc, że - parafrazując klasyka - prawdziwego mistrza nie poznaje się po tym, jak zaczyna, ale po tym, jak kończy. To już dziesiąty z rzędu sezon, w którym Spurs są na topie, ale ani razu (choć w międzyczasie sięgnęli po cztery tytuły mistrzowskie) nie mieli najlepszego bilansu w lidze. I tylko dwukrotnie udało im się przekroczyć 60 zwycięstw.

- To nie jest tak, że czekamy na play-off. Po prostu tak nam to wychodzi. Dopiero teraz umiemy skoncentrować się na tym, co należy zrobić - tłumaczy filar defensywy Spurs, stary cwaniak Bruce Bowen.

- Nie da się wygrać wszystkiego. Nie da się codziennie grać na najwyższym poziomie po czterdzieści kilka minut. Jesteśmy tylko ludźmi. Jedne mecze są mniej ważne, inne ważniejsze - dodaje Tim Duncan.

O Spurs przypomniano sobie, kiedy w pierwszej rundzie play-off los skojarzył ich z Phoenix Suns. Przecież "Słońca" sprowadziły Shaqa po to właśnie, żeby z San Antonio w play-off wygrywać, a w sezonie zasadniczym trzykrotnie ich ograły (w tym dwukrotnie po przyjściu O'Neala). Tymczasem ani się obejrzeliśmy, a Spurs wygrali pierwsze trzy mecze (w tym szaloną końcówkę meczu nr 1) i chwilę potem całą serię.

Chyba żadna inna drużyna w NBA nie ma równie silnego elektoratu negatywnego jak San Antonio. Najmniej musi ich lubić komisarz NBA David Stern, bo eliminowanie przez nich jednego ulubieńca publiczności za drugim to zabójstwo dla popularności NBA (zeszłoroczne finały Spurs - Cavaliers były najgorzej oglądanymi w historii ligi). Przypina im się łatki sztywniaków i nudziarzy. Są (słusznie czy niesłusznie) uważani za największych cwaniaków w NBA. Tu kogoś umyślnie sfaulują, sprowokują, wyprowadzą z równowagi, tam wymuszą na sędzi błędną decyzję. No i mają głośnych i antypatycznych kibiców, którzy owacjami nagradzają co brutalniejsze zagrania swoich ulubieńców.

W drugiej rundzie play-off Spurs znów walczą z ulubieńcami publiczności - New Orleans Hornets. Lord Voldemort potyka się z Harrym Potterem. Lord Vader z Lukiem Skywalkerem. Macocha z Królewną Śnieżką. Decydujący mecz nr 7 odbędzie się w poniedziałek w nocy w Nowym Orleanie. Hornets w tegorocznym play-off wygrali na razie u siebie wszystkie mecze, a San Antonio rozbijali średnio prawie 20 punktami, ale przed decydującym spotkaniem nie ma to większego znaczenia. Młodzi Chris Paul (23 lata), Tyson Chandler (25) i David West (27) w takiej sytuacji znajdą się po raz pierwszy w karierze. Nie wiedzą, co to znaczy grać mecz nr 7, co to znaczy grać ze świadomością, że porażka eliminuje cię z gry.

Spurs to uczucie znają. - Moi zawodnicy uwielbiają presję. Presja to nie przeszkoda. Presja to paliwo - mówi ich trener Gregg Popovich.

I jeśli Spurs rzeczywiście wygrają z Hornets, to pomyślmy o nich ciepło. Przecież z Manu Ginobilim i Tonym Parkerem zdarza im się grać naprawdę fajną koszykówkę. Przecież Tim Duncan zaczął na starość okazywać jakieś emocje. Przecież Robert Horry bije rekordy liczby meczów w play-off. I czyż to nie urocze, że ci panowie po trzydziestce (Robert Horry 38 lat, Bruce Bowen 37, Brent Barry 37, Kurt Thomas 36, Michael Finley 35, Fabricio Oberto 33, Jacque Vaughn 33, Tim Duncan 32, Manu Ginobili 31, Ime Udoka 31) wciąż mogą?

PS: Zapraszamy na nasz blog Supergigant.blox.pl, gdzie skomentujemy i siódmy mecz Hornets - Spurs, i wcześniejszy siódmy mecz Celtics - Cavaliers.

Kronika towarzyska

Robert Horry zyskał przydomek "Big Shot" dzięki celnym rzutom w decydujących momentach. Latka lecą, celności brak, Horry znalazł więc sobie inną niszę - brudne chwyty. Rok temu znokautował Steve'a Nasha, co spowodowało małą zadymę i odsunięcie od gry kluczowych graczy Suns. A teraz, w spotkaniu nr 6, rąbnął Davida Westa w jego chore plecy. Spurs wygrali, West musiał zejść z boiska, ale w meczu nr 7 raczej zagra.

Popisała się też publiczność z San Antonio, która po faulu na Weście zaczęła chóralnie skandować: "Horry, Horry".

W kategorii "ludzie bez klasy" nikt jednak nie dorówna kibolom z Salt Lake City. Rok temu Derek Fisher był ich bohaterem - gdy po operacji chorej na raka maleńkiej córeczki wrócił na mecz play-off i rzucił ważną trójkę. Po sezonie Fisher rozwiązał kontrakt z Utah i wrócił do Los Angeles, gdzie jego rodzina ma w pobliżu specjalistyczną opiekę medyczną. W związku z tym kibice Utah postanowili go wybuczeć i wygwizdać. Podobno krzyczeli mu do ucha: "Cancer, cancer". A jednego bałwana przyłapano na tym, że zasłaniał sobie oko w symulowanym grymasie bólu (córeczka Fishera ma nowotwór oka).

Za to w Nowym Orleanie jakiś kibic przytargał na mecz wielką, wyciętą z kartonu fotokopię Evy Longorii i pokazywał ją mężowi aktorki Tony'emu Parkerowi, gdy ten rzucał wolne. Zadziałało, Parker dwukrotnie przestrzelił.

Niezłe numery

W drugiej rundzie play-off na 23 mecze aż 21 zakończyło się zwycięstwem gospodarzy. - Wygraliśmy swój serwis, potem oni wygrywali swój, teraz nasza kolej, żeby wygrać serwis. Tylko o to chodzi - tłumaczył Phil Jackson. Jego Lakers byli jednymi ze zwycięzców wyjazdowych: wygrali szósty mecz w Utah i całą serię.

Ciekawostki

Robert Horry rozegrał swój 239. mecz w play-off, wyprzedzając w klasyfikacji wszech czasów dotychczasowego lidera Kareema Abdul Jabbara (237 meczów).

Pokonując Utah Jazz, Phil Jackson wygrał swoją 46. serię w play-off. Drugi w tym rankingu jest Pat Riley z 40 wygranymi seriami.

Boston Celtics są pierwszą drużyną w historii, która po wywalczeniu najlepszego bilansu w sezonie zasadniczym, w play-off przegrała pierwsze sześć meczów na wyjeździe. Nikt jeszcze nie zdobył tytułu, nie wygrywając ani razu na wyjeździe.

W rywalizacji Hornets ze Spurs po raz pierwszy w historii NBA zdarzyło się, że gospodarze wygrali wszystkie sześć meczów różnicą ponad dziesięciu punktów. Ciekawe, prawda?

Złota myśl

- Drużyna LeBrona Jamesa nigdy nie wpada w panikę - LeBron James o drużynie LeBrona Jamesa.

Z archiwów "Fruwając pod koszem"

mrpw

Kiedyś obiecaliśmy, że co jakiś czas bedziemy wklejać na blogaska swoje stare teksty z cyklu Fruwając pod koszem. Obiecanki, cacanki, zapału starczyło nam na wklejenie jednego tekstu - tego premierowego.

Ale że co się odwlecze, to nie uciecze, notka o Ronie Arteście jest dobrym pretekstem, żeby nowy cykl grzebania w archiwach rozpocząć. Dawno, dawno temu, napisaliśmy felieton o Arteście. Konkretnie ponad 7 lat temu, 3 lutego 2003.

Od tego czasu wiele się wydarzyło (rok później Artest zagrał w Meczu Gwiazd i został wybrany najlepszym obrońcą, a na początku kolejnego sezonu wziął udział w jednej z najsłynniejszych bijatyk w historii NBA), ale tekst trochę aktualności zachował. Zwróćcie uwagę na trochę  jeszcze wówczas niepozornego (choć oczekiwania już były wielkie), osiemnastoletniego bohatera rubryki Bohater tygodnia.

Gniewny człowiek

MICHAŁ RUTKOWSKI, PAWEŁ WUJEC

Straszne chuligaństwo zapanowało w NBA ostatnimi czasy. Rasheed Wallace z Portland pauzował siedem meczów za awanturę z sędzią. Taką samą karę dostał trener Utah Jerry Sloan za popchnięcie arbitra. Trener Indiany Isiah Thomas został zawieszony na dwa mecze za udział w bójce w meczu z Toronto. Na największego łobuza w lidze wyrasta jednak obrońca Indiana Pacers Ron Artest.

Artest to jeden z tych graczy, których najbardziej szanują nie kibice, ale rywale i trenerzy. Do NBA trafił w 1999 roku. Dwa i pół roku spędził bez rozgłosu w Chicago Bulls, w połowie zeszłego sezonu przeszedł do Pacers. Już wtedy miał opinię świetnego obrońcy, ale dopiero w Indianapolis jego talent do uprzykrzania życia boiskowym przeciwnikom ujawnił się w pełnej krasie.

Artest stał się niespodziewanie najlepszym (obok Jermaine'a O'Neala) graczem najlepszej drużyny Konferencji Wschodniej. W całej NBA nie ma chyba zawodnika grającego z większą pasją. Jego specjalnością jest wyłączanie z gry najlepszego strzelca rywali. I czyni to na tyle dobrze, że na dziennikarskiej giełdzie jest faworytem do zdobycia tytułu najlepiej broniącego gracza NBA (Defensive Player of the Year).

Granica między pasją, ambicją i zaangażowaniem a wariackimi zachowaniami jest jednak w przypadku Rona Artesta bardzo nieostra. Nasz bohater nie umie panować nad swoimi nerwami. Jest liderem NBA pod względem liczby brutalnych przewinień (flagrant fouls), a coraz częściej zdarzają mu się szalone ataki furii.

Kilka tygodni temu, po przegranym meczu z New York Knicks, wyrwał filmującemu go kamerzyście wartą 100 tys. dol. kamerę cyfrową i rozbił na kawałki, rzucając nią z całej siły o podłogę. Ostatni incydent miał miejsce podczas meczu w Miami. Artest wepchnął w trybuny Carona Butlera (skończyło się kontuzją), prowokował nieprzyjaznymi gestami rezerwowych Heat, napyskował trenerowi Patowi Rileyowi, a po celnych rzutach wolnych pod koniec meczu pogroził rozjuszonym kibicom klubu z Florydy i zaprezentował im środkowy palec lewej dłoni. Władze NBA ukarały Artesta odsunięciem od najbliższych czterech meczów Indiany.

Część dziennikarzy twierdzi, że współodpowiedzialnym za ekscesy Artesta jest trener Thomas, który kształtuje drużynę Indiany na podobieństwo "Bad Boys" z Detroit (zespołu, który w 1989 i 1990 roku dwukrotnie sięgnął po tytuł mistrzowski NBA, a jego kluczowym graczem był... Thomas). "Złymi chłopcami" w Detroit byli Bill Laimbeer i Dennis Rodman. W Indiana Pacers do tej roli najlepiej nadaje się szalony Artest, więc trener Thomas - zamiast uspokajać i edukować - zachęca go do agresywnych zachowań.

Wydaje się jednak, że te zarzuty nie mają wiele wspólnego z prawdą. Artest, syn boksera, od małego sprawiał problemy wychowawcze. Wychowywał się z siedmiorgiem rodzeństwa w biednej rodzinie na przedmieściach Nowego Jorku. Rodzice ciągle się kłócili, ojcu zdarzało się bić matkę. Maluch nauczył się rozwiązywać swoje konflikty w podobny sposób. Kiedyś na stołówce, kiedy jego kolega chciał wepchnąć się do kolejki, Artest złapał go za szyję i zaczął dusić.

Kiedy Ron miał osiem lat, rodzice zaprowadzili go do psychologa, żeby ten znalazł jakiś inny sposób na rozładowywanie gniewu przyszłego gracza Indiany. Po kilku wizytach i długich rozmowach pan doktor znalazł panaceum: koszykówka. I tak mały Artest zaczął wyładowywać swoją złość na parkiecie.

Dla Artesta nie ma mniej ważnych meczów. Latem 2001 Michael Jordan, przygotowując kolejny powrót do NBA, rozgrywał serię meczów sparingowych. I, jak to ma w zwyczaju, nieustannie obrażał broniących go zawodników. Raz trafiło na Artesta, któremu Jordan wytknął fatalną sytuację finansową (Ron był wówczas prawie bankrutem). W następnej akcji Artest brutalnie odepchnął Jordana, łamiąc mu żebra. Niewiele brakowało, a z powrotu Michaela do koszykówki nic by nie wyszło.

Co ciekawe, od tamtego czasu Jordan jest jednym z największych fanów Artesta.

Kronika towarzyska

Tracy'emu McGrady'emu urodziła się córeczka. W związku z tym lider Orlando opuścił jeden mecz. Trener Doc Rivers pochwalił się, że on umiał lepiej od McGrady'ego godzić boiskowe obowiązki z życiem prywatnym - cała czwórka jego dzieci urodziła się latem.

Nieśmiertelny

Michael Jordan jeszcze nie pożegnał się oficjalnie z NBA po raz trzeci, a media już piszą scenariusze czwartej części sagi MJ. Michael miałby rzekomo wziąć sobie rok wolnego, po czym przeszedłby z Waszyngtonu do nowo powstającego klubu w Charlotte (Północna Karolina - to tam na uniwersytecie Jordan rozpoczynał swoją wielką karierę). Jordan zaprzecza, ale kto by mu tam wierzył?

Zwłaszcza że na boisku czterdziestoletni Jordan radzi sobie wcale nie najgorzej. W sobotę zagrał najlepiej w tym sezonie - w meczu przeciw New Orleans Hornets zdobył 45 punktów (skuteczność z gry - 55 proc.). Wizards wygrali, mimo że w ich składzie zabrakło kontuzjowanych Jerry'ego Stackhouse'a i Larry'ego Hughesa.

Bohater tygodnia

LeBron James, 18-letni uczeń liceum w Akron w stanie Ohio, to pewny numer 1 w najbliższym drafcie do NBA. Zdaniem niektórych ekspertów to największy talent koszykarski od czasów Michaela Jordana. James już jest bardzo sławny, więc kiedy pojawił się w sklepie z odzieżą sportową, właściciel dał mu w prezencie dwie koszule warte - bagatela - 850 dolarów. Wdzięczny LeBron pozwolił się obfotografować.

Niestety, przyjmowanie drogich prezentów przez uczniów jest w amatorskiej lidze szkolnej niedozwolone, więc LeBron został zdyskwalifikowany i w barwach swojej szkoły już nie zagra. Swoją drogą to zabawne - komisja nie znalazła niczego niestosownego w tym, że LeBron jeździ kupionym na kredyt, wartym 75 tys. dolarów hummerem, ale ukarała go za dwie koszulki.

Niezłe numery

Detroit Pistons - Boston Celtics 118:66. Celtowie przegrali (na własnym boisku) 52 punktami i była to ich największa klęska w historii. Gdyby nie dramatyczny finisz, różnica byłaby jeszcze większa - w pewnym momencie Detroit prowadziło już 60 punktami.

Złota myśl

Ron Artest o swoim ewentualnym udziale w meczu gwiazd: "Niech lepiej mnie nie wybierają. Nie zdobędę wielu punktów, ale i tak łatwo zdominuję ten mecz. Będę bronił, i to ostro. Będę faulował. Będę brutalny. Wszyscy będą w szoku: co on wyprawia?".

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci