Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Gdzie są chłopcy z tamtych lat

Gdzie jest Toni z tamtych lat?

mrpw

Dawno temu wymyśliliśmy sobie cykl pt. "Gdzie są i co porabiają chłopcy z tamtych lat?". Można się z niego było dowiedzieć z jednej strony o koszykarzach bankrutach, którzy swoje mistrzowskie pierścienie pozastawiali albo posprzedawali na ebayu, ale z drugiej strony i o takich, którzy po zakończeniu kariery zostali biznesmenami, dziennikarzami, motywatorami, albo po prostu bardzo bogatymi emerytami.

Dziś zaczął się lockout, przez najbliższe miesiące w NBA nie będzie się działo nic ciekawego, więc pora wrócić do starej rubryki. A ponieważ głównie pisywaliśmy w niej o dawnych chicagowskich Bykach, dziś pora na Toniego Kukoca.

Kukoc zawiesił koszykarskie buty na kołku 5 lat temu. Po rozstaniu z Bulls pograł trochę w Philadelphii i w Atlancie, a karierę kończył w Milwaukee Bucks. Dostał jeszcze kilka propozycji, ale nie zamierzał się przeprowadzać z Illinois. Kupili z żoną Renatą dom w Highland Park i mieszkają tam do dzisiaj. Z koszykówką Kukoc żegnał się bez specjalnego żalu:

"I always felt like I needed to play basketball. Right now, it's not my most desirable thing anymore. I'd rather play golf."


Wychowują dzieci. 14-letnia Stella Kukoc jest dobrze zapowiadającą się siatkarką i piłkarką nożną. 18-letni Marin poszedł w ślady ojca i gra w koszykówkę - rok temu trafił do drużyny University of Pennsylvania, niestety pierwszy sezon przesiedział na ławce, lecząc kontuzję pleców - pewnie też odziedziczoną po tatusiu.

Toni m już 42 lata, plecy wciąż go bolą, półtora roku temu musiał sobie też sprawić nowe biodro, ale humor go nie opuszcza:

"I told the doctor, 'As long as I can walk OK, do some exercises and play golf, that's all I'm looking for.'"

?I rzeczywiście - w golfa Toni grywa codziennie.

Często zresztą grywa ze starym kolegą z drużyny, Michaelem Jordanem:

"It is still as competitive as it can be. I need a chiropractor after because if he's here, we play all day. Because of my hip and back, I get a little stiff. But it's fun. You're talking a little trash, you're talking memories, you have a cigar, just walking when it's nice outside. So it's all great and fun and you're playing golf, so what's better than that?"

Co poza tym porabia Toni Kukoc? Niewiele. Pojawia się jako gość specjalny na imprezach sportowych.

Wciąż jest rozpoznawany, więc chętnie rozdaje autografy. Trzyma kciuki za postępy sportowe swoich dzieci.

Sporo czasu spędzi z rodziną w domu - tym samym od lat. I bawi się z pieskiem.

Gospodaruje oszczędnie. Nie ładuje się w szemrane interesy, nie zmienia co roku samochodów, nie kupuje wartej miliony dolarów biżuterii. Golf jest dość kosztownym hobby, ale odsetki od zarobionych podczas kariery milionów dolarów wystarczają. Toni Kukoc swojej najcenniejszej biżuterii nie będzie musiał nigdy wystawić na ebayu.

Gdyby nie był koszykarzem, byłby designerem

mrpw

Nic się nie dzieje, a ponieważ nie możemy w nieskończoność zastanawiać się, dokąd trafi (jeśli gdziekolwiek) Shaq, powracamy do cyklu, który na sezon ogórkowy nadaje się idealnie. Gdzie są i co porabiają chłopcy z tamtych lat.

Dzisiaj kolejny zawodnik z TAMTYCH Byków. LuBara Dixon Simpkins, znany szerszej publiczności jako Dickey. Niedoszły artysta designer i marketingowiec, wieczny rezerwowy, który pojawiał się na parkiecie nawet nie razem z drugą piątką. On był dwunastym graczem swojej drużyny. Wchodził zazwyczaj na jedną akcję w obronie, albo w samych końcówkach meczów, kiedy wynik był rozstrzygnięty. Po Dickeyu już tylko publiczność.

Wybrany przez Bulls w drafcie 1994 z nr 21, 5 oczek przed Charlie Wardem, w idealnym, wydawałoby się, momencie - z drużyną akurat rozstali się skrzydłowy Horace Grant i center Bill Cartwright. Ale do pierwszej piątki Dickey się nie przebił - przegrywał rywalizację najpierw z Willem Perdue i Larrym Krystkowiakiem, potem z Lukiem Longleyem i Billem Wenningtonem. I w sumie przez pierwsze 3 sezony, rzucił w sumie niewiele ponad 500 punktów. Do rostera na playoffy się nie łapał ale pierścienie - jako członek drużyny - dostawał.

W końcu, w sezonie 1997/98 Bulls oddali go do Golden State za Scotta Burrella. Zagrał tam 19 meczów po 10 min., nie nadawał się, więc został zwolniony. Przygarnęli go - jakżeby inaczej - znów Bulls. Wszak przez 3 lata nauczył się tajników ofensywy trójkątów. No i - po raz pierwszy w karierze - zagrał w playoffs - w 13 meczach zdobywając (w sumie) 16 punktów i 13 zbiórek. Myśmy zapamiętali go głównie z pokracznie wykonywanych rzutów wolnych (trafiał niewiele ponad połowę). Ale to właśnie wtedy zdobył trzeci - i jedyny na parkiecie - mistrzowski pierścień.

Dickey był maskotką mistrzowskich Byków, kibice układali o nim dowcipy, takie jak ten: "When Dickey Simpkins jumps in water, he doesn't get wet. The water gets dickey simpkinsed."

Przełomowy w jego karierze okazał się sezon 1998/99, kiedy Byki wreszcie pozbyły się stojących na drodze Simpkinsa do wielkiej kariery Jordana, Pippena, Rodmana i Longleya, Dickey zagrał nawet kilka razy w pierwszej piątce, potroił zdobycze punktowe i zbiórkowe. W 2000 roku wygasł kontrakt z Bulls, nikt nie był zainteresowany, więc Dickey udał się za chlebem do Grecji, podpisując kontrakt z Makedonikos. Latem 2001 próbował jeszcze - wraz z Michaelem Jordanem - wrócić do NBA, podpisał kontrakt z Lakers, ale po miesiącu (jeszcze przed sezonem) został zwolniony. Potem jeszcze na jeden mecz zatrudnili go Atlanta Hawks, zagrał 3 minuty, nie zdobył punktu, nic nie zebrał, ale zaliczył jedną asystę. I tak zakończyła się jego kariera w NBA.

Ale kariera koszykarska i podróżnicza trwały w najlepsze. 2001/02 - Maroussi w Grecji i Rockford Lighnting w lidze CBA i Criollos Caguas w Portoryko. 2002/03 - Unics Kazan w Rosji. 2003/04 - Lietuvos Rytas na Litwie i Leones Ponce w Portoryko. 2004/05 - Dakota Wizards w lidze NBDL, Plus Pujol Lleida w Hiszpanii i Alaska Aces na Filipinach. 2005/06 - Blue Stars w Libanie i Bamberg Brose Baskets w Niemczech. W sumie 10 klubów w 4 lata. W Portoryko i na Litwie był nawet wybierany do Meczu Gwiazd. Na swojej stronie internetowej Dickey zeznaje, że grał też w Polsce - ktoś może pamięta gdzie i kiedy?

We wrześniu 2006 pojawiła się jeszcze plotka o powrocie do Chicago (widziano jak trenował w hali Byków) ale nic z tego nie wyszło.

Znaleźliśmy filmik promocyjny, na którym można zobaczyć najlepsze kawałki z kariery Dickeya. Prawdopodobnie są to wszystkie kawałki jego kariery, zważywszy że np. za 3 punkty trafił dwa razy w karierze, a na powyższym filmiku te 2 rzuty są pokazane z tylu kamer, że mamy wrażenie, że to co najmniej drugi Mark Price. No i skoro zmieścił się nawet celny rzut wolny...

Po zakończeniu kariery Dickey założył szkółkę koszykarską Next Level Performance, w której młodzi adepci koszykówki mają doskonalić swoje umiejętności i przenosić je na wyższy poziom.

Do pensji dorabia jeszcze analizując i komentując mecze NBA na ESPN i okazjonalnie wynajmując się jako mówca motywator w Bulls. Tako rzecze Dickey: "My experience, knowledge, work ethic, desire, and determination are some of the reasons for my success at the highest levels of basketball, both on and off the court... by each athlete using his or her talents, abilities, work ethic, consistency and determination combined with a personal hands-on training program, he or she can elevate their game to the NEXT LEVEL."

Dobra, dość tych żartów. Bo patrząc na to, co się po zakończeniu kariery dzieje z wieloma rozpieszczonymi i rozkapryszonymi koszykarzami, którzy często przez 3 miesiące zarabiają tyle, ile Simpkins zarobił w całej karierze w NBA (niewiele ponad 5 mln dolarów) ale potrafią potem całe zarobione pieniądze roztrwonić na panienki, samochody, ciuchy, biżuterię i kretyńskie inwestycje - musimy oddać Simpkinsowi, że znalazł swój pomysł na życie po koszykówce. I to całkiem fajny pomysł.

Bo na młodych chłopakach spotkanie z trzykrotnym mistrzem NBA pewnością robi ogromne wrażenie. W końcu sam Michael mówi: "Dickey was a hard working and intelligent player who could definitely help our team. I liked how he, as a young player, always followed the advice of the veterans, to improve his game. I've found Dickey to be a loyal and trusted friend."

No i ma Dickey całkiem fajnego synka.

Ku pokrzepieniu serc

mrpw

A jednocześnie spełniając dawno złożoną obietnicę. Spróbujemy zrównoważyć trochę smutne historie Antoine'a Walkera i Derricka Colemana. Bo okazuje się, że nie każdy koszykarz NBA po zakończeniu kariery trwoni majątek i zostaje bankrutem.

Gdzieś daleko, daleko, za siedmioma górami i siedmioma morzami, żyje sobie były koszykarz. Codziennie rano wstaje, myje zęby, je śniadanie, sprawdza prognozę pogody, po czym daje żonie buziaka, odwozi dzieci do szkoły i wbrew korkom i ludziom spieszącym do pracy, udaje się nad morze.

Parkuje tam, gdzie według porannej prognozy ma wiać najlepiej, siada na ławeczce i zastanawia się, która z trzech desek surfingowych (longboard, shortboard, fish - nie pływamy na desce, więc nie mamy pojęcia czym się to różni), które ma na tylnym siedzeniu, pasuje do dzisiejszych warunków najlepiej.

Jak już wybierze najbardziej odpowiednią deskę, to udaje się na poranną sesję.

Nie jesteśmy w stanie stwierdzić, czy ten pan na zdjęciu powyżej to Jud Buechler, ale właśnie to zdjęcie ilustrowało tekst o Judzie, który 2 lata temu pojawił się w magazynie Surfshot.


Kiedy Jud wraz z Michaelem, Scottiem i Dennisem, sięgał po trzy tytuły mistrza NBA, sporadycznie pojawiając się na parkiecie, żeby zebrać albo przechwycić jedną, czy dwie piłki czy rzucić jakąś trójkę. Ale wtedy też myślał głównie o tym, kiedy wreszcie nadejdzie lato a on będzie mógł oddać się temu, co kocha najbardziej - i bynajmniej nie była to koszykówka. There’s no pressure in the water. I’m in love with everything about it: dolphins, friends, duck diving, sharing stories, making stories… I hope to start every single day like that." - mówi dzisiaj.

Kiedy równieśnicy Juda wydawali miliony dolarów na nowe rezydencje, samochody, garnitury, zegarki, sygnety i złote łańcuchy - on kupował sobie nową deskę - za kilkaset bucksów.

Jud spędził w NBA 12 lat. Okazuje się, że przez 12 lat można zarobić tyle, żeby móc surfować do woli do końca życia. “It was a hard fought time, but I never forgot how incredibly lucky I was to be where I was.” - wspomina Jud.

Judson Donald Buechler wie co mówi. Nazywany "The Judge" albo "Jud", niedoszły siatkarz, został wybrany w drafcie 1990 przez Seattle Supersonics, z nr 38. Ale w Sonics nie zagrał ani razu. Powędrował do New Jersey, gdzie przez rok grywał ogony, zdobywając średnio 3 pkt. i 2 zb. Na początku kolejnego sezonu został zwolniony. Przygarnęli go San Antonio Spurs. Zdobył tam 33 pkt. - niestety nie w jednym meczu, tylko w sumie, przez miesiąc. Złamał rękę i na tydzień przed Bożym Narodzeniem został zwolniony. Na 2 dni przed Gwiazdką nad kaleką ulitowali się Golden State Warriors - został tam na blisko 3 lata i to tam rozegrał najlepszy mecz w karierze - w 1993 przeciwko Dallas zdobył 19 pkt.

We wrześniu 1994 podpisał kontrakt z Chicago Bulls. Doświadczył comebacku Michaela Jordana, zdobył 3 tytuły mistrzowskie.

W glorii chwały podpisał w styczniu 1999 kontrakt z Detroit Pistons za 1,7 mln dolarów. Pod koniec kariery trafił jeszcze na chwilę do Phoenix i do Orlando. Karierę zakończył w 2002 roku, zagrał w ponad 700 meczach, zdobył ponad 2,3 tys. punktów.

W sumie Jud Buechler zarobił w ciągu całej kariery pewnie kilkanaście mln dolarów, dziesięć razy mniej niż Walker czy Coleman. Potrafił tego nie roztrwonić. Pływa na desce. Wciąż przyjaźni się z kolegą ze studiów i z Bulls, Stevem Kerrem. Ma wspaniałą żonę Lindsey i dwie cudowne córki Reily i Brynn. Nie przepracowuje się, w wolnych chwilach trenuje szkolną drużynę siatkówki, w której grają jego córki (druga od prawej w górnym rzędzie to Reily a w środku w dolnym rzędzie - Madelaine Kerr, córka Steve'a Kerra - ciekawe, prawda?).

I chyba jest szczęśliwym człowiekiem.

Obiecaliśmy Wam kiedyś notkę o Stacey Kingu...

mrpw

Pamiętacie Staceya? Nasi równolatkowie na pewno pamiętają.

Michael Jordan - to ten facet na prawo po skosie w dół pod Stacey Kingiem (nr 34).

Stacey ma o 3 tytuły mistrza NBA więcej niż Charles Barkley, Karl Malone, Reggie Miller razem wzięci. Miał to szczęście, że w drafcie 1989 został wybrany przez Chicago z numerem 6 i pograł tam przez kilka sezonów. Najmocniejszy draft to to nie był - z jedynką poszedł Pervis Ellison, a z dwójką Danny Ferry. Ale perełki można było wyszperać - z 12. poszedł Mookie Blaylock, z 14. Tim Hardaway, z 17. Shawn Kemp. Bulls wybrali potem jeszcze BJ Armstronga. Stacey był kolejną (po Bradzie Sellersie i Willu Perdue) próbą Bulls znalezienia centra na lata. Cóż, Vlade Divac byłby na pewno lepszym wyborem (trafił z nr 26. do Lakers).

W Bulls Stacey niczym specjalnym się nie wsławił, choć do dziś z rozrzewnieniem wspomina jeden ze swoich pierwszych występów, przeciwko Cleveland w 1990 roku:

“I'll always remember this as the night Michael Jordan and I combined to score 70 points.”

Jordan zdobył wtedy 69 pkt. (rekord kariery), Stacey - resztę.

Po zdobyciu trzech tytułów i pierwszej emeryturze Michaela, w sezonie 1993/94, Stacey powędrował do Minnesoty, za samego Luca Longleya. Kręcił się po NBA przez kilka lat, bez specjalnych sukcesów. W 1997 roku przeszedł na emeryturę.

Po zakończeniu kariery został trenerem. W podrzędnej lidze CBA poprowadził nawet ekipę Rockford Lightning do finału, ale kariery innego trenera finalisty CBA, George'a Karla - nie powtórzył. Wciąż trenuje - ale tylko swoich trzech synów.

Na życie zarabia komentując mecze. Oczywiście mecze koszykówki. I oczywiście - mecze Byków. W stacji Comcast Sportsnet Chicago.

Ale pretekstem do napisania tej notki jest filmik, który ostatnio zrobił furorę na youtubie. W roli głównej rapujący Stacey King. Enjoy:

A w następnym odcinku cyklu "Gdzie są i co porabiają chłopcy z tamtych lat" - Judd Buechler albo Dickey Simpkins.

Zbankrutowany Rambo

mrpw

Kolejny odcinek cyklu "Gdzie są i co porabiają chłopcy z tamtych lat?". Ku przestrodze - że nie ma takich pieniędzy, których by się nie dało wydać.

Dzisiaj w roli głównej Randy Brown, pseudonim Rambo.

Trzykrotny mistrz NBA, w barwach Chicago, u boku Michaela Jordana. W sezonie 1998/99, po odejściu Michaela, grał nawet w pierwszej piątce Bulls. To, co widzicie na zdjęciu poniżej, to trzy mistrzowskie pierścienie Randy'ego.

Poprawka - to były trzy mistrzowskie pierścienie Randy'ego. W maju ubiegłego roku, po serii nieudanych decyzji finansowych (zainwestował w gastronomię i nieruchomości i stał się jedną z ofiar kryzysu) i zwolnieniu z posady asystenta trenera Sacramento Kings, Randy Brown zbankrutował. Z 15 milionów, które zarobił w NBA nie zostało nic. Za to namnożyło się sporo długów. Swoją drogą - to niebywałe, jak szybko potrafią niektórzy koszykarze NBA roztrwonić swój wielomilionowy majątek. Złota kaczka byłaby pod wrażeniem. Brown nie jest przecież jedynym koszykarskim ex-milionerem, który dzięki pomocy tzw. "doradców" wkrótce po zakończeniu kariery zbankrutował.

"It was humbling. When I retired from basketball, I became my own business person with all these people I thought were my friends. What set me back was when I signed my name to a bunch of stuff that I shouldn't have. At the time, I thought it was a great opportunity for me and didn't even think about it. Then everything started going downhill and I looked around and all those guys were gone." - opowiada rozżalony Brown.

Randy musiał wystawić na licytację cały majatek - swój dom i dwa samochody Dodge Charger. No i najcenniejszą pamiątkę - mistrzowskie pierścienie z czasów gry w Chicago Bulls.

Pierścienie poszły za 53 tysiace dolarów, historię bankruta przeczytał Jerry Reinsdorf,  zlitował się i latem ubiegłego roku zatrudnił go w roli dyrektora ds. rozwoju zawodników. Randy jest szczęśliwy, bo ma fajną robotę - spędza dużo czasu z młodymi koszykarzami Bulls i im mentoruje - dzieli się doświadczeniami, opowiada stare historyjki i anegdoty, tłumaczy gdzie mogą zajść jeśli będą ciężko pracować.

"I don't even know how many times I've thanked Mr. (Jerry) Reinsdorf. I told Derrick Rose and James Johnson, "You'll never hear me tell Michael Jordan stories unless you want to hear them." But everything I share I lived and are my own experiences from my years in the NBA. I've been on a team that won 72 games and on a team that lost a bunch." - mówi Brown.

Ale jego historia ma być też dla młodych Bulls przestrogą - jak łatwo spaść ze szczytu na dno: "I can share with my players that if you go into business ventures, get attorneys to read stuff over and don't always sign your name because at the end of the day, people come after you."

Randy ropoczął nowy rozdział w życiu. Co miesiąc odkłada pieniądze, żeby móc zamówić replikę mistrzowskich pierścieni.

I ma nadzieję, że będzie pracował dla Bulls aż do emerytury: "I never take this opportunity for granted. I'm truly blessed. And I'm telling you: I won't let them down."

Dzisiaj w roli głównej Randy Brown, pseudonim Rambo.

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci