Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Pekin

I po igrzyskach

mrpw
Podsumowań nadszedł czas. Medalistom można już nawet bić wirtualne brawa. To może my też spróbujemy podsumować. 

      1. Sportowo to były bardzo dobre igrzyska. 8xPhelps i 3xBolt. Dwie supergwiazdy, w dwóch najbardziej prestiżowych dyscyplinach olimpijskich, faceci, jakich w tych dyscyplinach nigdy wcześniej nie było. Rekord za rekordem Phelpsa. Złoto za złotem. Phelps wygrywający o setną 100 m motylkiem. Lezak ratujący jedną z ośmiu pereł w koronie Phelpsa.  Bolt bijący rekord świata biegnąc pod wiatr. Zwalniający Bolt bijący rekord świata. Bolt bijący rekord świata, który przecież miał nigdy nie być pobity. Comeback USA Teamu w koszykówce. Detronizacja Brazylii w siatkówce. Wzruszające złote hollywoodzkie historie – jak ta superciężkiego sztangisty Steinera albo ta chorego na raka holenderskiego pływaka długodystansowego albo trenera amerykańskich siatkarzy. Starzy ale jarzy Jeannie Longo, Joergen Persson i Josefa Idem. Któreś z rzędu złoto Valentiny Vezzali. Itd. Itp.

2. Ale igrzyskom rozgrywanym w Azji mówimy stanowcze nie. I 20 lat temu w Seulu, i teraz w Pekinie najważniejsze finały odbywały się kiedy byliśmy w pracy. Podobnie (poza medalową niedzielą) było z polskimi medalami. Firmowe poszukiwania sprawnego odbiornika radiowego, skakanie po częstotliwościach w poszukiwaniu radiowej Jedynki, śledzenie relacji na zczuba i temu podobnych, oczekiwanie na wybuforowanie relacji na itvp mają oczywiście swój urok ale bez przesady. Wolimy Barcelonę, Ateny czy Londyn, gdzie finały na 100 i 200 m odbywa się ok. 20.30, czy Atlantę, gdzie zawody rozpoczynają się jak wracamy z pracy, no i można sobie zafundować niezapomnianą nockę jak ta ze skokiem wzwyż i Arturem Partyką 12 lat temu.

3. Sprawdziliśmy kandydatów na gospodarza igrzysk 2016. Wybory w przyszłym roku, w stawce są Chicago, Tokio, Rio de Janeiro i Madryt. Komu będziecie kibicować?

       4. Największe rozczarowanie – polscy pływacy. Żeglarze mogą się przynajmniej tłumaczyć zmiennymi wiatrami. Dla wszystkich pływaków świata pekiński basen był kosmiczny i pozwalał na bicie rekordów. Dla wszystkich za wyjątkiem pływaków polskich. Bezradne rozkładanie rąk i gadanie o tym, że świat nam odpłynął doprowadzało nas do szału.

5. Największa kompromitacja – działacze, działacze, działacze. Dno, syf, żenada. Pekin uświadomił nam, że każdy polski związek sportowy rządzi się takimi samymi zasadami jak PZPN. Tyle, że PZPN jest na świeczniku codziennie a Polski Związek Szermierki, PZLA, związek kajakarzy mają swoje 5 minut przez 2 tygodnie raz na 4 lata. To dobrze, że sportowcy i to ci, którzy akurat jakieś sukcesy osiągnęli (Plawgo, szpadziści, Konieczna, Kołecki), wreszcie przemówili i to jednym językiem. Nie żebyśmy wierzyli, że to coś zmieni. Ale kropla drąży skałę.

6. Największe emocje: ćwierćfinał siatkarski Polska – Włochy. Wystarczy spojrzeć na pomeczową wymianę uprzejmości na naszym blogasku. Szkoda, szkoda, szkoda.

7. MVP igrzysk? Usain Phelps czy Michael Bolt? W naszej sondzie minimalnie wygrał Bolt. Na nas też większe wrażenie zrobił Bolt ale w pełni rozumiemy tych, którzy stawiają na Phelpsa.

8. A MVP polskiej ekipy? Największy z naszych trzech złotych medali? Nie potrafimy wskazać. Każdy inny, każdy na sposób fajny, niesamowity i zajebisty.

- Historia z przepięknym happy endem Leszka Blanika. Gotowy materiał na hollywoodzki scenariusz. Niepolska, mało popularna dyscyplina, fatalne warunki treningowe, determinacja, lata ćwiczeń i wyrzeczeń, wszystko po to, żeby potem oddać dwa kilkunastosekundowe równe skoki. Najlepszy skok ever Dragulescu. I upadek Dragulescu. Dramat Dragulescu = szczęście Blanika.

- Dominatorzy z czwórki podwójnej, którzy niby zrobili tylko to, co do nich należało. Ale jakże rzadko w polskim sporcie się takie historie zdarzają. Znowu mnóstwo pracy, wyrzeczeń, determinacja, chwila zwątpienia tuż przed igrzyskami (pokonani po raz pierwszy, pokonani po raz drugi) i ten finał, w którym wątpliwości nie było ani przez ułamek sekundy. Dominacja totalna.

- I wreszcie mistrz kopciuszek, który w ogóle nie wygląda jak kopciuszek. Tomasz Majewski, najbardziej wyluzowany mistrz w historii polskiego sportu, medialny, wesoły, charyzmatyczny, z osobowością, analogie z Komarem. Fajna, prestiżowa, znacząca dyscyplina. Rekord życiowy po raz pierwszy. Rekord życiowy po raz drugi. Zdzira przepchnięta pół metra dalej niż zwykle.

9. Największy dowcipniś – Andrzej Niemczyk opowiadający o braciach na korcie tenisowym. Nie zniknął od razu ale zauważyliście, że końcówkę turnieju siatkówki (finały pań i panów) z pozycji eksperta komentował w studiu już tylko Marian Kardas? Ciekawy zbieg okoliczności.

10. Największy niewypał komentatorski? Nie pasował nam Szpakowski komentujący wioślarstwo – niby fajnie się jarał, niby wszystko ok ale jakoś mieliśmy wrażenie, że to wszystko trochę nienaturalne. Kajetan Broniewski w Atenach rulet, pamiętacie? Nie przepadamy za lansowanym przez Korzeniowskiego Sebastianem Szczęsnym – zimą zaczął jeździć na konkursy skoków, tutaj stał się ekspertem od ciężarów. Też tęsknicie za Krzysztofem Miklasem?

11. Największy postęp – komunikacja na linii trener - zawodnik w polskim boksie. Wiemy, że znowu nie ma medalu ale postęp jest. Cztery lata temu bokser Rżany odpadł w ćwierćfinale, bo nikt mu nie powiedział, że przegrywa. Tym razem podczas pojedynku boksera Maszczyka w 1/8 w pojedynku z Namibijczykiem, bez przerwy słyszeliśmy: „do przodu, bo przegrywasz jednym”, „dobrze, remis”, „bardzo dobrze, jednym wygrywasz”, „znowu remis”. Przepływ informacji zadziałał również w ćwierćfinale – Maszczyk na pewno miał świadomość wyniku z Irlandczykiem, dlatego zaczął się zabierać do opuszczenia ringu jeszcze przed zakończeniem decydującej rundy. Tak jak 4 lata wcześniej Rżany, przegrał w ćwierćfinale – ale wynik 4:15 z pewnością znał. Ciekawostka – zastanawialiście się pewnie, jak dalej bił się Irlandczyk, który pobił Maszczyka. Ano nie bił się najlepiej – w półfinale przegrał z Chińczykiem 0:15.

12. Największy regres – polskie zapasy. Byliśmy potęgą, jesteśmy niedołęgą. Jedna Agnieszka wiosny nie czyni. W zapasach męskich nie wygraliśmy ani jednej walki. Ani jednej. Lepiej turlali się Azerowie, Uzbecy, Kirgizi, Mongołowie, itp. Wszyscy turlali się lepiej. Jakbyśmy byli ministrem Drzewieckim, który straszy, że przykręci kurek, to zaczęlibyśmy od przykręcenia kurka zapaśnikom (za wyjątkiem Agnieszki ofkors).

13. Najbardziej debilna dyscyplina olimpijska – nie, nie, spokojnie, nie szermierka. Nadal uważamy, że szermierka jest bez sensu ale stawiamy jednak na kolarstwo torowe, wyścig punktowy. Faceci w dziwacznych kaskach jadą 100 kilkadziesiąt krążeń w kółko po welodromie i na co dziesiątym zbierają punkty. Można też zdobyć dodatkowe punkty za zdublowanie stawki. Spróbujcie sobie wyobrazić bieg na 20 km wokół stadionu, w którym punktowane jest co piąte okrążenie. Bronek Malinowski w ogóle nie zostałby mistrzem olimpijskim na 3 km z przeszkodami. Wyróżnienie dla keirinu – tu dla odmiany jadą kilka kółek za skuterem, najpierw powoli jak żółw ociężale, potem szybciej i szybciej, w pewnym momencie skuter zjeżdża i wszyscy zaczynają zapierniczać co sił w płucach.

14. Trochę dyscyplin byśmy z igrzysk wyoutowali. Boks w obecnym wydaniu jest kompletnie bez sensu. Boks nie polega już na tym, kto lepiej bije. Boks polega na tym, kto częściej dotyka. Widzieliśmy kilka walk bokserskich i kompletnie nie mamy pojęcia na jakiej zasadzie panowie sędziowie punkty zaliczają a na jakiej nie. Pięciobój nowoczesny. Softball i baseball. Tradycyjnie chód sportowy. Rzeczone kolarstwo torowe. Szermierki nie, bo choć bez sensu – to jednak klasyk.

15. Czytaliście pewnie dzisiejszą historię Anety Koniecznej. "Gdy jest medal, jesteście państwo wszyscy. Gdybym przegrała, zostałabym sama. Nie miałam z klubu żadnej pomocy. Nawet kajak, na którym trenowałam, był mój prywatny. Gdy poprosiłam w klubie o nowy, usłyszałam, że nie ma pieniędzy. Wiosła używam już piąty sezon. Był problem ze skorzystaniem z klubowej siłowni." Zestawmy to z wczorajszą informacją Przeglądu Sportowego o tym, jak dzielony jest budżet na poszczególne dyscypliny. Z zestawienia wynika, że najwięcej kosztuje nas podatników właśnie... kajakarstwo. Ponad 18,5 mln w ciągu 4 lat. I w tych 18,5 mln nie znajduje się kasa ani na nowy kajak, ani na nowe wiosła, ani na siłownię, ani nawet na ciuchy? I nie mówimy przecież o jakimś tam pierwszym lepszym obszczymurze, tylko o najbardziej utytułowanej kajakarce w historii polskiego kajakarstwa (medal w Sydney, medal w Atenach, teraz medal w Pekinie). Ktoś taki jak ona powinien mieć wszystko a nie ma kasy na podstawowe wyposażenie. To na co poszły te pieniądze, gdzie jest te 18,5 mln złotych?

16. Polska? Może sobie Prezes Nurowski mówić o postępie ale postępu nie ma. Skoro cztery lata temu dziesięć medali to była klęska, to dziesięć medali teraz to też klęska. Nawet jeśli kilka spośród tych medali miało nieco szlachetniejszy kolor.

17. A za 4 lata może być jeszcze gorzej. Blanika nie będzie na pewno. Kołecki, Kolbowicz i Korol, Otylia - też młodzieniaszkami nie będą. Pływanie pewnie nam odpłynie jeszcze bardziej. Nie mamy swojej dyscypliny produkującej medal za medalem. O polskiej szkole bokserskiej, zapaśniczej czy judockiej już dawno zapomnieliśmy. W szermierce - degrengolada. W lekkiej też mogą nie wystrzelić takie rzuty jak te Majewskiego i Małachowskiego. Coś tam na pewno wystrzeli znienacka (jak w Pekinie Wieszczek albo Rańda i jego banda) ale na dzisiaj raczej się nie zanosi na to, żebyśmy w Londynie mieli jakichś medalowych stuprocentowców.

18. Co nie zmienia faktu, że latem 2012, świeżo po emocjach związanych z Euro 2012, znowu zasiądziemy przed telewizorami i znowu będziemy się jarać tymi dziwacznymi dyscyplinami sportu, o których w 2009, 2010 i 2011 - nie będziemy mieli nawet pojęcia, że istnieją. Znowu będziemy analizować szanse, identyfikować medalowych pewniaków i szansiaków a potem będziemy liczyć medale, sprawdzać na ile przesunęliśmy się w medalowej klasyfikacji, czy mamy progres, czy regres. A potem znowu zasiądziemy do fachowych analiz... I tak w koło Macieju.

Zakłady sportowe w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Fajny team, choć nie Dream Team

mrpw

Pozdrawiamy wszystkich, którzy dniami i nocami wyczekują pierwszej tu olimpijskiej notki o koszykówce. Przypominamy przy okazji, że Supergigant nie jest (i nie był zresztą nigdy) blogiem koszykarskim. Powstał przy okazji Igrzysk w Turynie, o tutaj jest pierwsza notka. Rzec można nawet, iż powstał w odpowiedzi na błagalny apel czytelnika, byśmy już o koszykówce nie pisali nigdy więcej :)

Gdyby miał Supergigant być kroniką koszykarską, nazywałby się zapewne SuperWsad.

Miłośnikom NBA pragniemy też zwrócić uwagę, iż:
Żaden z herosów tej ligi nie zdobył w Pekinie ośmiu złotych medali.
Żaden nie pobił rekordów świata.
Żaden nie był bohaterem żadnego skandalu.
Żaden nie był naszym chłopakiem.

Więc się nie poczuwamy. Były w Pekinie zdarzenia od Redeem Teamu znacznie ciekawsze.

***

Co to w ogóle za głupia nazwa: Redeem Team

Prawie jak Dream Team - ale jednak jakoś niezgrabnie. 

Przeczytaliśmy kiedyś, że jeżeli zawodnik nie dorobił się naprawdę trafnego i unikatowego przezwiska, to znaczy, że nie jest naprawdę wielki. Tak też jest i z tym zespołem: świetna drużyna, ale porównywanie jej z Dream Teamem to bluźnierstwo.

Nie dlatego, że w tamtym składzie grało czterech koszykarzy z pierwszej piątki wszechczasów (Magic, MJ, Bird, Malone). Nie z powodu niepobitej różnicy punktowej - Dream Team gromił swych rywali ponad 40 punktami. I nawet nie z racji na niesłychaną wrzawę towarzyszącą debiutowi gwiazd NBA na igrzyskach.

Dream Team w nosie miał etos olimpijczyka. Nie trenował, niczym się nie przejmował, gromił wszystkich bez wysiłku.

Przybycie Dream Teamu przypominało spotkanie szaraczków z Planety Ziemia z obcą, górującą nad nami cywilizacją. Było zdarzeniem jednorazowym, niepowtarzalnym - a przy tym niewiele mającym wspólnego z rywalizacją sportową. Było ukoronowaniem mitu o "legendarnej" NBA. Przywoływanie tamtej historii nikomu nie służy, a już na pewno nie drużynie 2008, która grała w zupełnie inną grę i zasługuje na swoją legendę.

***

O ile bowiem rok 1992 był bolesnym dla Ziemian zderzeniem z obcą cywilizacją, to - jak uczy nas każdy porządny film sf - Ziemianie uczą się szybko, i w końcu znajdują sposób na pokonanie wszechmocnych ufoków.

W koszykówce wystarczyło 10 lat, by potomkowie Dream Teamu dostali łomot (i to u siebie w domu). Potem przegrali w Atenach, i ponownie na Mistrzostwach Świata. Teraz wygrali, ale - przynajmniej w finale - nie bez nerwów i nie bez walki. Jakoś nie przypominamy sobie, by bracia Gasolowie ustawiali się przed meczem o złoto do pamiątkowych fotek z Kobasem i LeBronem. Nie prosili o autografy. Nie gapili się jak w obrazek. Pau Gasol miał bodajże najwyższą w tym turnieju średnią punktową i skutecznosć ok. 65%. Był gwiazdą niewiele mniejszą niż LeBron czy Bryant, a górującą nad wysokimi z USA.

Aby w ogóle do finałowych emocji doszło, Team USA musiał obrać drogę kompletnie odmienną, niż przy poprzednich igrzyskach. Zamiast rekrutować spośród tych, którzy jeszcze się nie załapali na złotko, Amerykanie naprawdę próbowali ściągnąć wszystkich najlepszych. Niektórzy - jak KG i Duncan - odmówili, inni (jak Kobe) zgodzili się bronić honoru i czci Ameryki.

Zgodzili się też przepracować sumiennie trzy lata z rzędu. Co, w obliczu morderczego sezonu NBA jest prawdziwym wyrzeczeniem - lipiec jest po to, by bohater pluskał nogi w basenie i popijał drinki z palemką, a nie zasuwał na obozie treningowym.

Wreszcie, zgodzili się grać ze sobą (a nie tylko w jednej drużynie). Po to wspólne treningi, po to coach K, trzyletnie zobowiązanie.

Inaczej mówiąc: zaczęli zachowywać się, jak reprezentanci każdego innego kraju walczącego o olimpijskie złoto. Wygrali. Brawo. Ale nie porównujmy ich z Dream Teamem.

***

Fajny finał. Jedni piszą, że nikt w nim nie bronił, inni - że to jeden z największych koszykarskich pojedynków w historii. Gdzieś na ESPN czy CNN wyczytaliśmy, że to "największe zwycięstwo wszechczasów" dla drużyny USA.

Finał fajny, bo pokazał, ile człowiek może się nauczyć, jeden od drugiego :) Europejską koszykówkę kojarzymy z płynną, nawet delikatną grą po obwodzie i zabójczą skutecznością strzelecką. Amerykańską - z kafarami przepychającymi się pod koszem, paraliżującą obroną, olśniewającymi akrobacjami w powietrzu.

A w tym finale było odwrotnie. Trumna należała do Hiszpanów. Najbardziej widowiskowy slam dunk meczu - Rudy Fernandez. W zbiórkach i obronie też górą byli Hiszpanie, właściwie przez całą drugą połowę Amerykanie nie mieli sposobu na strefę.

Wygrali trochę po swojemu (kontrataki) ale głównie po europejsku: trafiając trójkę za trójką. Dwa najważniejsze rzuty: D-Wade'a a wcześniej Kobe Bryanta - to trójki, Kobe dorzucił jeszcze punkt z osobistego.

***

Fajnie, że wygrali - bo w ostatnich latach tradycją stało się już naśmiewanie z niepowodzeń Team USA i wyczekiwanie na nieuchronną porażkę. Czasami nie trzeba było czekać, 4 lata temu naszpikowany gwiazdami zespół prowadzony przez Larry Browna już na dzień dobry przegrał z Puerto Rico, gdzie numerem jeden był Carlos Arroyo.

Tamta drużyna była chyba rekordowo dysfunkcjonalna, naburmuszona i skłócona z trenerem - który postanowił podczas Igrzysk wychowywać młokosów, i nie pozwalał LeBronowi czy D-Wade'owi pograć dłużej niż kilka minut.

Teraz - wydaje się - team spirit rządził; pięciu czy sześciu członków Redeem Teamu ogłosiło już, że chce grać dla kadry narodowej dalej.

Larry Brown był katastrofą. Coach K okazał się bohaterem. 

Zapamiętamy jego minę tuż po ostatnim gwizdku finału, gdy cała drużyna wybiegła na parkiet w radosnych podskokach, a on przyglądał się z boku. Na twarzy migotał półuśmiech, w oczach widać było (w każdym razie myśmy widzieli) wzruszenie i dumę.

Jakby patrzył na swoje dzieciaki z Duke.

Zakłady sportowe w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Najbardziej debilny przepis olimpijski

mrpw

Przypadkiem natrafiliśmy dziś na bodaj najbardziej idiotyczny z przepisów dotyczących kwalifikacji olimpijskich.

Zastanawialiście się kiedyś nad tym, dlaczego w igrzyskach może w jednej dyscyplinie wziąć udział trzech biegaczy, miotaczy, skoczków, pięcioboistów, pływaków, kolarzy albo szermierzy z danego kraju ale już np. tylko jeden zapaśnik, jeden bokser, jeden judoka, jeden wioślarz czy jeden kajakarz? Czy to ma jakiekolwiek logiczne uzasadnienie, że trzy medale mogą odebrać trzy jamajskie sprinterki, trzech chińskich pingpongistów, trzy amerykańskie szablistki albo trzech kenijskich przeszkodowców, ale trzech kubańskich bokserów, trzech japońskich judoków albo trzech brytyjskich wioślarzy - już nie?

Chyba nie ma - ale to nic w porównaniu z megadebilnym przepisem, na który natknęliśmy się przypadkiem, wspominając wydarzenia sprzed 4 lat. Przepis, który sprawia, że możesz być w swojej dyscyplinie, w swojej kategorii wagowej najlepszy na świecie ale na igrzyska nie jedziesz.

Na początek chwila wspomnień.

Poznajecie tę uroczą panienkę?

Cztery lata temu, w Atenach?

Tang Gonghong. Zapamiętaliśmy ją bo to m.in. ona wygrała wtedy z naszą Agatką Wróbel i sięgnęła po ciężarowe złoto. Pamiętamy, że zachowywała się na pomoście i potem podczas dekoracji dosyć dziwnie. Jakby w zwolnionym tempie. Jak robot trochę.

Dziś przez ciekawość postanowiliśmy sprawdzić jak jej poszło w Pekinie. Na początek dobra wiadomość. Wyniki Agaty Wróbel - zarówno ten z Sydney (295 kg), jak i ten z Aten (290 kg) - dałyby jej na luziku srebrny medal (druga - Ukrainka Olga Korobka uzyskała w dwuboju 277 kg). Szkoda, że Agata dała sobie spokój z dźwiganiem (gdzieś wyczytaliśmy, że ma zostać kobiecym Pudzianem i będzie brała udział w zawodach StrongWoman). 

Ale do rzeczy, Złoty medal zdobyła srebrna 4 lata temu Koreanka Jang Mi Ran, bijąc rekordy świata w rwaniu, podrzucie i dwuboju i uzyskując gigantyczną przewagę - chyba największą w historii ciężarów- 49 kg. W sumie Koreanka wydźwigała 326 kg.

 

Tang Gonghong po Atenach chyba zakończyła karierę. Gdzieś wyczytaliśmy, że jeszcze w Atenach miała straszliwe nadciśnienie i lekarze stwierdzili, że dalsze uprawianie ciężarów może być niebezpieczne. Znaleźliśmy jakąś notkę i fotkę sprzed 3 tygodni, Tang nadal wygląda jakby miała nadciśnienie...

W Pekinie nie wystartowała. Ale my zwróciliśmy uwagę przede wszystkim na drugą słynną chińską sztangistkę, na dziewczynę, która pojawiła się na pomoście 3 lata temu a w zeszłym roku na MŚ pobiła wszystkie rekordy świata. Równie urocza panieneczka, jak poprzednie, Mu Shuangshuang.

Ona też w Pekinie nie wystąpiła. A jeszcze na 3 miesiące przed igrzyskami zapowiadała, że pokona Koreankę.Dlaczego?

Otóż okazuje się, że każdy kraj ma prawo wysłać na igrzyska najwyżej cztery sztangistki. W sytuacji kiedy są to sztangistki walczące co najwyżej o miejsce punktowane (nasze panie Karpińska, Klejnowska, Gotfryd, Misterska) to jeszcze luz.  Gorzej, kiedy mamy do czynienia z ciężarową potęgą. Chińczycy desygnowali do walki swoje przedstawicielki w kategoriach 48-, 58-, 69- and 75-kilogramów. Uznali - jak się okazuje słusznie - że te kategorie są słabiej obsadzone a co za tym idzie szansa (gwarancja?) złotego medalu jest większa. I rzeczywiście - Chen Xiexia, Chen Yanking, Liu Chunhong oraz Cao Lei zdobyły z łatwością złote medale.

Mu Shuangshuang na igrzyska nie pojechała i Jang Mi-Ran nie miała z kim walczyć. Rozpacz jednej oznaczała szczęście drugiej.

 

PS. Prosimy bez seksistowskich żartów, zdjęcia dobieraliśmy naprawdę przypadkowo.

PS2. Następna notka poświęcona podnoszeniu ciężarów za jakieś 4 lata.

Zakłady sportowe w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Polska myśl olimpijska

mrpw

Tako rzecze Jerzy Sudoł:

"Igrzyska Olimpijskie to wielki stres zarówno dla uczestników, jak i osób odpowiedzialnych za całokształt przygotowań do tej imprezy. Jako wiceprezes PZLA ds. szkoleniowych poświęciłem ostatnie cztery lata swej pracy na rzecz stworzenia polskim lekkoatletom optymalnych warunków treningowych, będąc sam jednocześnie trenerem jednej z zawodniczek uczestniczącej w Igrzyskach. Narastająca presja sukcesów i trudne warunki klimatyczne coraz bardziej odbijały się negatywnie na moim zdrowiu już wcześniej, a po nieudanym starcie mojej zawodniczki zacząłem zażywać leki uspokajające. W feralnym dla mnie dniu wypiłem trzy lampki wina, po których poczułem się bardzo słabo i dlatego wyszedłem na zewnątrz budynku. Tam usiadłem na trawie, zapaliłem papierosa i dalej straciłem świadomość. Po chwili straż wioski wezwała szefa polskiej misji olimpijskiej. (...) Ta cała nagonka na mnie sprawiła, że boję się wychodzić z domu. Jestem teraz wrakiem człowieka."

Zakłady sportowe w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Nurowski, odczep się od Dołęgi

mrpw

W dzisiejszym PS Prezes PKOl, Piotr Nurowski, podsumowuje igrzyska.

Dowiadujemy się, że (choć igrzyska uważa za udane) najbardziej zawiedli go pływacy i żeglarze a gdyby miał wymienić jedną osobę z nazwiska - to największym rozczarowaniem jest ciężarowiec, Marcin Dołęga.

"Przepraszam, że mówię o jednej osobie indywidualnie, zresztą znakomitym zawodniku. Ale nie może być tak, że trener sobie, zawodnik sobie. Na własne życzenie wraca bez medalu. Gdyby ktoś mnie przed Pekinem zapytał o murowanego kandydata do wygranej, to ja bym na pierwszym miejscu stawiał właśnie na Dołęgę. A on sobie chciał rekord świata jakiś pobić podobno."

Nurowskiemu chodzi zapewne o tę wypowiedź trenera Smalcerza:

"Sugerowałem, by dźwigał 197 kg (w rwaniu, przp. mrpw). Igrzyska to nie czas na bicie rekordów, tutaj trzeba zbierać kilogramy. Niestety, nie mam pełnej władzy. Jak zawodnik się upiera, to dajemy mu szansę. Zakładamy, że zna siebie lepiej, choć ja podświadomie mu nie dowierzałem, spodziewałem się niedobrego. Już na początku zażyczył sobie ogromnego ciężaru, choć prosiłem, by działać spokojnie i rozważnie, przypominałem, że mamy czas. Trochę był z nim urtudniony kontakt, zabrakło mu realistycznego podejścia do swoich możliwości. A kiedy Marcin zorientował się, że musi walczyć choćby o brąz, zrobiło się za późno. (...) Trochę zgubiła go walka o złoty medal."

Szanowny Panie Piotrze. Szanowny Panie Zygmuncie. Mylicie się. Igrzyska to właśnie jest czas na bicie rekordów. Jeśli nie rekordów świata, to przynajmniej rekordów życiowych (a w przypadku Dołęgi rekord życiowy był akurat rekordem świata). Bo jeśli nie na igrzyskach - to kiedy? I po co? Gdyby igrzyska nie były dobrym momentem na bicie rekordów - pewien polski kulomiot, nie byłby dzisiaj mistrzem olimpijskim. Podobnie jak pewna belgijska skoczkini wzwyż. Pewien amerykański pływak nie przeszedłby do legendy wszechczasów. Podobnie jak pewien jamajski sprinter. Bez myślenia o rekordach, złotego medalu nie zdobyłby też pewnie pewien białoruski sztangista.

Złoty medalista olimpijski w kategorii 105 kg, Białorusin Andriej Aramnau, najpierw pobił rekord świata Marcina w rwaniu (200 kg). Potem pobił jeszcze rekordy świata w podrzucie (236 kg) i tym samym w dwuboju (436 kg). Żeby zdobyć tamtego dnia złoto - trzeba było bić rekordy świata.

Prawda jest taka, że Dołęga, jako jeden z nielicznych polskich zawodników, przyjechał na igrzyska po złoto. Nie po jakiś medal, nie po punktowane miejsce, nie żeby wziąć udział. Przyjechał po złoto. Kalkulował ile trzeba podnieść, żeby sięgnąć po złoto. I dlatego podchodził do 200 i 201 kg w rwaniu. Jak się potem okazało - walcząc o złoto przegrał brązowy medal.

Szymon Kołecki stoi murem za kolegą:

"Marcin nie popełnił żadnego taktycznego błędu. Ja też bym podszedł do 201 kg, w ogóle powtórzyłbym wszystkie jego ruchy. Są takie rzeczy w sporcie, które po prostu musisz zrobić. Zawsze walczy się o zwycięstwo. Inne medale są tylko słodzikiem dołożonym do bólu, który czujesz dlatego, że przegrałeś złoto. Niekiedy zostaje tylko czwarte miejsce. Trzeba jednak walczyć. Najbardziej żal drugiej próby w rwaniu - 200 kg to nie jest dla niego zbyt duży ciężar. Myślę, że na 10 podejść siedem razy wyrwie. Ale mi żal... Ale żal..."

Dołęga po przegranej walce o medal, długo siedział w szatni z twarzą schowaną w rękach.

Ale - w przeciwieństwie do wielu kolegów i koleżanek z reprezentacji olimpijskiej - nie szukał tanich usprawiedliwień:

"Tak mnie z nóg ścięło... Nie mam nic na wytłumaczenie. Nic." 

Zdecydowanie wolimy takie podejście i czwarte miejsce niż podejście innych niedoszłych bohaterów, którzy jak np. Mateusz Sawrymowicz, z rozbrajającą szczerością tłumaczyli, że rywale nam odpłynęli a myśmy tego nie zauważyli.

Parafrazując klasyka - Prezesie Nurowski, odpieprzcie się od Dołęgi.

Igrzyska olimpijskie Pekin 2008 w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

Postęp jest, Prezes zostaje

mrpw

Zczubaki od rana emocjonują się wywiadem, w którym Prezes Nurowski zapowiada dymisję w przypadku niepoprawienia wyniku z Aten. "Panie prezesie, trzymamy za słowo."- piszą.

Tyle, że wynik został poprawiony. Bilans z Aten - 3 złote, 2 srebrne, 5 brązowych. Bilans z Pekinu - 3 złote, 6 srebrnych, 1 brązowy. Postęp polega na kolorze 4 medali.

Sorry, zczuba, Prezes zostaje.

Igrzyska olimpijskie Pekin 2008 w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

 

Medaliści rządzą też na naszej klasie

mrpw

Zainspirowani przez Piotra Małachowskiego, który w wywiadzie dla Jedynki powiedział, że choć zepsuł mu się telefon i nie odbiera smsów, to był pod wrażeniem ilości gratulacji na naszej klasie, połaziliśmy po nk pod kątem naszych medalistów. Okazuje się, że profili nie mają (lub mają fikcyjne) tylko Leszek Blanik i Szymon Kołecki. Nasi medaliści charakteryzują się ogromną liczbą znajomych oraz mnóstwem komentarzy z gratulacjami w profilach.

Najzabawniejszy jest profil Tomasza Majewskiego (474 znajomych, pseudonim szkolny milimetr). W rubryce "czym się zajmuję" wpisał "opierdalanie się za dużą kasę". W rubryce miejsce zamieszkania "Donbas forever".

Sympatyczne zdjęcie z dekoracji medalistów z mistrzostw w hali ...

...podpisał "ja i dwóch grubasów w czasie konsumpcji metali kolorowych".

Klasa Majewskiego z entuzjazmem zareagowała na jego olimpijskie złoto.

Rekordzistą pod względem liczby znajomych i liczby komentarzy jest Piotr Małachowski, który codziennie akceptuje dziesiątki nowych zaproszeń a na forum odpowiada na komentarze z gratulacjami. Jeszcze wczoraj rano miał 500 znajomych, teraz jest ich już ponad ośmiuset.

Wesołą i aktywną naszoklasistką jest również Agnieszka Wieszczek (364 znajomych i aż 61 zdjęć, pseudonim szkolny wieszczu). W rubryce czym się zajmuję wpisała "turlam się po macie". W Pekinie wyturlała nam brąz. Wczoraj wrzucone zdjęcie spod Muru Chińskiego...

... zatytułowała "osioł z baranem pod chińskim murem".

Na naszej klasie są i czwórka srebrnych szermierzy - Tomasz Motyka (259 znajomych, ksywka Bliźniak lub Tomson), Radek Zawrotniak (349 znajomych, Zawrot), Adam Wiercioch (174 znajomych), Robert Andrzejuk (371 znajomych, Robson). Tylko trenera Pagińskiego brak.

Andrzejuk w rubryce o sobie napisał "11.08.2007-dzień który miał odmienić moje życie;) update 15.08.2008-dzień który okazał się dniem wyjątkowym;)" A w rubryce czym się zajmuje wpisał "Obijam się,jeszcze 2lata i emerytura. update Obijam się jeszcze bardziej,emerytura przesunięta o 2lata." Czyli zmienił zdanie i do Londynu się wybiera. 

Swoje profile mają też wszyscy medalowi wioślarze: Marek Kolbowicz (Kolba, 265 znajomych), Adam Korol (239 znajomych), Michał Jeliński (Jagiel, Jeleń, 268 znajomych), Konrad Wasielewski (304 znajomych) a także Paweł Rańda (301 znajomych), Miłosz Bernatajtys (Byku, 171 znajomych), Łukasz Pawłowski (351 znajomych) i Bartłomiej Pawełczak (26 znajomych).

Jeliński w rubryce czym się zajmuję napisał: "ja pierdziele, ale się porobiło.... cóżeśmy narobili?"

Bardzo fajnie żeście narobili.

A na koniec jeszcze jeden, mamy nadzieję medalista - z Londynu (449 znajomych). Prezentuje jak się nazywa:

UPDATE: Maja Włoszczowska też jest. Ma 155 znajomych i urocze zdjęcie.

UPDATE 2: Są też Aneta Pastuszka (359 znajomych) i Beata Mikołajczyk (341 znajomych).

Igrzyska olimpijskie Pekin 2008 w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

O błysk wiosła

mrpw

Beata Mikołajczyk, Aneta Konieczna, Edyta Dzieniszewska, Dorota Kuczkowska. 0,048 sekundy od medalu.

Adam Seroczyński i Mariusz Kujawski. 0,078 sekundy od medalu.

Biednemu woda w oczy.

Po odpadnięciu siatkarzy Rafał Stec napisał

Różnica między zwycięstwem a porażką bywa czasem nie minimalna, lecz niewidzialna, na dobrą sprawę istnieje tylko na tablicy wyników.

Siatkarze i tak mają lepiej, bo częściej mają okazję do rehabilitacji. Kajakarstwo i 90% sportów olimpijskich ma tylko raz na 4 lata szansę, czasem przez kilka sekund (Blanik), czasem przez kilka minut (kajakarze), żeby być w blasku jupiterów. I potem kilka setnych to różnica pomiędzy byciem bohaterem, noszonym na rękach a byciem nikim. Bo o żadnym z wymienionych powyżej sportowców pamiętać za tydzień niestety nie będziemy.

Sport jest okrutny.

Ale paniom Beacie, Anecie, Edycie i Dorocie oraz panom Adamowi i Mariuszowi przypominamy, że panowie Korol i Kolbowicz cztery lata temu swój brąz też przegrali o 0,07 sekundy. I dziś już chyba o tym nie pamiętają.

Igrzyska olimpijskie Pekin 2008 w bwin.com. Zarejestruj się i zgarnij bonus!

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci