Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Skoki

Król Kamil Pierwszy

mrpw

Jutro Supergigant skończy 8 lat. Kawał czasu. Różne były chwile w życiu naszego blogaska, ostatnio aktualizowanego od wielkiego dzwonu. Ale faktem jest, że wystartował przy okazji zimowych igrzysk olimpijskich (stąd taka a nie inna nazwa) i że sporty zimowe a zwłaszcza skoki narciarskie zawsze były mu bliskie. Nie możemy więc siedzieć dłużej cicho, skoro Polak zdobył medal olimpijski. Zwłaszcza w skokach. I to złoty.

Starzy czytelnicy blogaska pewnie pamiętają nasze wzruszenia i radości małyszowe, potem nasze narzekania na nadtrenera Tajnera i trenera Kruczka. Jeśli chodzi o Kruczka, to odszczekiwaliśmy już wielokrotnie ale odszczekajmy raz jeszcze. Łukasz Kruczek wielkim trenerem jest.

Przypomnijmy sobie drogę, jaką przeszły polskie skoki w ciągu ostatnich kilkunastu lat.

Był jeden talent, samorodek, geniusz absolutny, taki jaki trafia się raz na dziesiątki lat i trafił się akurat nam. Za jego plecami obserwowaliśmy żałosne zazwyczaj nieloty pozostałych Polaków - pamiętamy takie nazwiska jak Robert Mateja, Wojciech Skupień, Tomasz Pochwała, Tomisław Tajner, Krystian Długopolski, Marcin Bachleda, no i sam Łukasz Kruczek. Wielkim sukcesem było wtedy zakwalifikowanie się do finałowej pięćdziesiątki, trzydziestka była szczytem marzeń.

Dziś mamy pluton skoczków, którzy bez większych problemów zazwyczaj kwalifikują się do pięćdziesiątki, potem do trzydziestki. Mamy kilku gości, którzy będąc w formie, na pasującej im skoczni, mogą wygrać zawody Pucharu Świata (wygrywali już przecież i Żyła, i Ziobro, i nawet Biegun). Mamy kolesia, skaczącego bardzo równo, który kwalifikował się do drugiej serii chyba w każdych zawodach w tym roku (Kot). Mamy gości, którzy może nie są hiperrówni ale potrafią wystrzelić nawet do pierwszej dziesiątki (Murańka, Kubacki). Mamy wreszcie armię młodzieży, która zdominowała Mistrzostwa Świata Juniorów (Mistrz Świata - Wolny, szalejący na treningach i w kwalifikacjach - Zniszczoł oraz przetarci już w dorosłych zawodach Murańka i Biegun). No i mamy Kamila Stocha, najlepszego skoczka na świecie, który słucha się - i to z dobrym skutkiem - swojego trenera (vide metamorfoza po pierwszym dniu treningów w Soczi).

Łukasz Kruczek sprawił, że jesteśmy skokach potęgą. Że odejścia Małysza praktycznie nie odczuliśmy, wyłączając oczywiście sferę emocjonalną (płakaliśmy razem z Szaranowiczem, kiedy go żegnał w Holmenkollen). Złoto MŚ na dużej skoczni w Val di Fiemme. Brąz MŚ w drużynie (za Małysza nie do pomyślenia - Adam był tylko od tego, żeby swoim fantastycznym skokiem wciągnąć nas do ósemki i zagwarantować udział w drugiej serii). Lider Pucharu Świata. Niezliczone miejsca na podium. Konkursy takie jak te w Engelbergu, albo jak te w Willingen. Że o tym wczorajszym nie wspomnę. Wspaniałe loty Kamila, rekord skoczni, wielka przewaga nad rywalami ale i bardzo cenne siódme miejsce Kota i trzynaste Ziobry (a i Kubacki może by się załapał do drugiej serii, gdyby nie zmiana warunków i decyzja sędziów o obniżeniu rozbiegu po skoku Maksimoczkina).

Dziś już nie mówimy - zawołaj mnie, jak będzie Małysz skakał ale nie mówimy też: zawołaj mnie, jak będzie skakał Stoch. Bo Polacy są po pierwszej serii i w pierwszej, i w drugiej, i w trzeciej dziesiątce. Bo w zawodach Pucharu Świata skacze ich zawsze po sześciu. I nigdy nie wiadomo, który odpali. Nie licząc Stocha oczywiście, bo on odpala najbardziej regularnie.

Podejście Stocha do skoków zawsze nam imponowało. Nie cierpiał porównań z Małyszem, zawsze od nich uciekał, bo wiedział, że Adam Małysz był, jest i będzie tylko jeden. Tak samo jak był, jest i będzie tylko jeden Kamil Stoch. Pierwszy polski mistrz olimpijski od czasów Wojciecha Fortuny, człowiek, który jak nikt inny potrafi przygotować szczyt formy naprawdę perfekcyjnie (Turniej Czterech Skoczni, anyone?), w marcu być może pierwszy od czasów Adama polski zdobywca Pucharu Świata. Z sezonu na sezon, z mistrzostw na mistrzostwa, z igrzysk na igrzyska coraz lepszy. 

Dziś najlepszy na świecie.

Stoch na MŚ juniorów: 41, 26, 16, 8.

Stoch na MŚ seniorów: 2005: 37 / nie zakwalifikował się, 2007: 13/11, 2009: 24/4, 2011: 19/6, 2013: 1/8 (drużynowo kolejno 6,5,4,4,3)

Stoch w MŚ w lotach: kolejno 35, 34, 13, 10 (założymy się, że w tym roku będzie lepiej?).

Stoch w PŚ: 53, 45, 30, 30, 30, 24, 10, 5, 3.

Stoch na IO: 26/16, 27/14, 1/?.

A do tego wszystkiego: inteligentny, skromny (w kościele nie był w niedzielę ale był w sobotę), dowcipny (widzieliście jak udaje Oksanę), wygadany (albo jak się nabija z Kurzajewskiego), patriota (kask z szachownicą - to drugie mistrzostwo olimpijskie), z dużą ilością pokory, wyciągający wnioski, uczący się na błędach (metamorfoza po pierwszym dniu treningów to kolejne mistrzostwo olimpijskie).

Konkurs na dużej skoczni już w najbliższą sobotę (wyjeżdżam na ferie i już szukam, czy są jakieś aplikacje, które umożliwią mi obejrzenie konkursu). W poniedziałek za tydzień mamy niby całkiem realną szansę na medal w drużynie ale jestem raczej skłonny do tonowania hurraoptymizmu.

Bo po pierwsze - wciąż nie mamy czwartego do brydża, po drugie - Severin Freund się raczej po raz drugi nie przewróci, po trzecie - pewniakami do medali są i Austriacy, i Niemcy, i Słoweńcy - a medale będą tylko trzy). 

Ale jedno jest pewne - Kamil Stoch jest mistrzem olimpijskim, wszyscy kochamy Kamila Stocha!

PS. Zasłyszane wczoraj w studiu TVP - Kurzajewski do Małysza: Adamie, Kamil wygrał dziś w twoim stylu za najlepszych lat. Małysz - nie, nie, w lepszym, w lepszym. Wielki respect dla Małysza...

Powrót w wielkim stylu!

mrpw

Nie, nie chodzi o Supergiganta, nieobecnego przez ostatnie ponad dwa miesiące. Przyczyny przerwy w dostawie Supergiganta są równie prozaiczne, co zwykle - najpierw okres przedświąteczny (praca, praca, praca), potem były święta (rodzina i obowiązkowy groundhopping:-)), potem był okres przedurlopowy (praca, praca, praca), potem był urlop (rodzina! :-)), potem było nadrabianie zaległości pourlopowe (praca, praca, praca).

Potem było zastanawianie się, czy napisać coś, jak gdyby nigdy nic (uprzedzaliśmy przecież nieraz, że przerwy, również długie i bardzo długie, będą się przytrafiać i że blogasek będzie już teraz zawsze bardzo nieregularny), czy też czekać na coś specjalnego.

Nie jest tak, że podczas przerwy nie działo się w Supergigancie nic związanego z koszykówką. Mój starszy syn walczy dzielnie i odnosi sukcesy w minikoszykówce (powalczą z Siedlcami i Żyrardowem o mistrzostwo Mazowsza) a ja po Shaqu tłumaczę dzielnie kolejną koszykarską książkę.

Rozważałem nawet, czy na comeback nie napisać zaległej relacji z Marcin Gortat Camp ale już nic z tego campu nie pamiętam. To może relacja z Birmy, którą też kiedyś obiecywaliśmy? A może coś na temat Agnieszki Radwańskiej i Jerzego Janowicza? Albo refleksja na temat wyprawy Dennisa Rodmana do Korei? A może pogłębiona analiza, dlaczego Miami Heat zdobędą pierścienie? Ten drugi, co ze mną kiedyś blogował odgrażał się, że napisze coś o Formule 1. Tylko co tu pisać, skoro tam też mają wakacje?

Uznałem, że nic na siłę. Że jak przyjdzie pora na nową notkę, to będę o tym wiedział. No i pora przyszła.

W sobotę oglądałem w telewizji, jak koncertowo Kamil Stoch przegrał drugim skokiem czekający już na tacy medal Mistrzostw Świata. Załamywałem ręce, że frajerstwo, że psycha, że na własne życzenie, no i że Adam z drugiego miejsca niejednokrotnie wskakiwał na pierwsze a bardzo rzadko wręcz przeciwnie.

I że Kamil to jednak nie Adam.

Kiedy dziś rano przeczytałem wypowiedź Stocha, jaki wynik go zadowoli.

"Nie wiem. Nie, nie będę się bał tego wymówić. Zadowoli mnie medal. Najlepiej złoty."

I pomyślałem, że może nie będzie źle. Bo to jest wypowiedź kolesia, który wie czego chce. I który pomimo tego, co się wydarzyło w sobotę, wie co potrafi i wie, czego chce. Stoch rzeczywiście nie jest i nigdy nie będzie drugim Małyszem. Sam to wielokrotnie powtarzał. I podkreślał, że on chce być przede wszystkim pierwszym Kamilem Stochem.

Małysz nigdy by nie powiedział, że zadowoli go medal a najlepiej medal złoty. Powiedziałby, że zadowolą go dwa dobre skoki. A potem te dwa skoki może i byłyby na tyle dobre, że by wygrał.

Dziesięć lat temu Małysz był w życiowej formie i zdobył w Val di Fiemme dwa złote medale. Nie uwierzylibyśmy wtedy, że już podczas pierwszych Mistrzostwa Świata po zakończeniu kariery przez Małysza będziemy się znowu cieszyć ze złotego medalu.

Ciekawe, czy Gazeta, która kiedyś chętnie robiła czołówki małyszowe, zrobi teraz czołówkę papieską czy raczej Król Kamil Pierwszy.

Kamil, dziękujemy - jesteś wielki!!! Czekamy na Soczi. A wcześniej na konkurs drużynowy - z sumarycznych obliczeń wynika, że powalczymy o medal z Niemcami, Austriakami i Norwegami.

PS. Tak, napisałem tę notkę przed oddaniem przez Kamila drugiego skoku. Uwierzyłem tak jak on! Mamy Mistrza Świata!!!

Adam, kochamy Cię!

mrpw

"Obiecuję, że nawet jeśli o 19 pogoda będzie niedobra, to ja i tak skoczę." - powiedział przed chwilą Adam.

A myśmy się znowu rozpłakali. Żaden sportowiec tyle razy nie doprowadzał nas do łez wzruszenia. Żaden.

Dziękujemy, Adam

Co tydzień siadaliśmy jak do telenoweli...

mrpw

To jest jedna z wielu pożegnalnych notek dla Adama Małysza na naszym blogasku, bo przecież nie może się skończyć na jednej :-) Przede wszystkim chcieliśmy Wam strasznie podziękować - akcja budowania nart dla mistrza przeszła nasze wszelkie oczekiwania. Zebraliśmy blisko 600 tys. (słownie sześćset tysięcy) podziękowań i zbudowaliśmy narty o długości prawie 1500 kilometrów. O akcji napisała gazetapl, tvn24.pl, Metro. A przecież to jeszcze nie koniec, jeszcze trochę powpisujemy, prawda?

I to od czytelników Supergiganta wszystko się zaczęło. Dzięki! Jesteście wielcy!

Na nas największe wrażenie zrobiły wpisy: "Dziękujemy za te wszystkie: zawołaj mnie jak Małysz będzie skakał." Prawda, że każdemu się coś takiego kiedyś przytrafiło?

Mamy taki pomysł, żeby zebrać wszystkie spisane podziękowania do kupy, wydać to w formie książki w jednym egzemplarzu i sprezentować Mistrzowi. Np. przy okazji przyszłorocznych zawodów w Zakopanem. Już nawet wstępnie rozmawialiśmy z zaprzyjaźnioną drukarnią, obiecują wydrukować bezkosztowo.

Ale póki co - wspominamy, wspominamy, wspominamy... I nikt się do tego nie nadaje lepiej od Włodzimierza Szaranowicza. Enjoy and cry:

Już nie będzie Adama Małysza na Mistrzostwach Świata... Nie jesteśmy tego w stanie oglądać bez wodospadu łez...

Budujemy narty dla Adama Małysza

mrpw

Wersja short notki tutaj.

Od dwóch tygodni wiemy już na pewno - Adam Małysz kończy karierę. Kiedy 10 lat temu wygrywał w wielkim stylu Turniej Czterech Skoczni, a potem zdobywał złoto i srebro w Lahti, nie spodziewaliśmy się, że będzie nam dostarczał tyle radości jeszcze przez 10 lat.

Myślałem sobie, że Małysz będzie dla mojego, urodzonego też w 2001 roku, synka kimś takim jak dla mnie Wojciech Fortuna - że będzie go znał tylko z opowiadań i przypominanych przez telewizję filmików. Nie doceniłem Adama. Był na topie przez tyle lat, że będzie go nie zapomni o nim żaden dzisiejszy dziesięciolatek, tak jak ja - też jako dziesięciolatek - pamiętam jak dziś mecze polskiej reprezentacji na Mundialu w 1982.

Za godzinę Adam odda swój przedostatni skok w karierze, jakieś pół godziny później - skoczy po raz ostatni. Potem będzie jeszcze tylko benefis w Zakopanem. I koniec. Szkoda tylko, że pożegnanie odbywa się bez wielkiego Hannu Lepistoe.

Trochę żal, ale tak naprawdę to strasznie się cieszymy z tej decyzji Adama Małysza. Odchodzi na własnych warunkach, jak chce i kiedy chce. Odchodzi, choć wciąż jeszcze jest w stanie skakać na najwyższym światowym poziomie, wciąż jest w stanie podejmować walkę z najlepszymi na świecie, młodszymi od siebie o dziesięć lat. Odchodzi w blasku dwóch srebrnych medali w Vancouver i brązowego w Lahti. Odchodzi będąc w stanie do ostatniego konkursu walczyć o miejsce na podium PŚ. Odchodzi walcząc do ostatnich zawodów o podium drużynowego Pucharu Narodów. Odchodzi niedługo po tym, kiedy w Vikersund pobił Rekord Polski. Odchodzi dwa miesiące po tym, jak po raz ostatni udało mu się wygrać w Pucharze Świata - i też fantastycznie się ułożyło, że udało się to zrobić w Zakopanem.

Zastanawialiśmy się, jak godnie pożegnać Adama. Jak mu za wszystko godnie podziękować.

Za te 15 lat, kawał życia.

Za te wszystkie medale olimpijskie, medale Mistrzostw Świata, za Kryształowe Kule, za zwycięstwa i miejsca na podium w Pucharze Świata, za Turnieje Czterech Skoczni, za zwycięstwa w Letniej Grand Prix, za te wszystkie skoki powyżej 200 m.

Za tyle radości, tyle łez szczęścia, tyle emocji, tyle dmuchania w ekran telewizora.

Za dwa dobre skoki. Zawsze dobre.

I postanowiliśmy zbudować dla niego narty. Wirtualne internetowe narty. Najdłuższe narty na świecie. Standardowe narty Adama Małysza mają długość ok. 2,5 metra. Czyli wystarczą 4 podziękowania, żeby zbudować narty dziesięciometrowe. 40 podziękowań - stumetrowe. 400 podziękowań - i powstają narty o dlugości jednego kilometra. Itd., itp. Sam Adam przeleciał podczas wszystkich zawodów Pucharu Świata w karierze 80 kilka kilometrów. Może nam też uda się zbudować narty takiej długości. A może dłuższe.

Jak skończymy budować nasze narty, to - może przed rozpoczęciem sezonu 2011/12 - pierwszego sezonu skoków bez Adama Małysza - spróbujemy mu te wielkie wirtualne narty przekazać. Nie wiemy jeszcze, w jakiej formie - na płycie, czy na wydrukach, jakąś formę wymyślimy.

Oczywiście sami nie damy rady takich nart zbudować. Cała nadzieja w Was, czytelnicy Supergiganta. Wchodźcie na www.adamdziekujemy.pl, wspominajcie słuchając Włodzimierza Szaranowicza (mamy nadzieję, że się nie obrazi za ten wzruszający montaż), klikajcie w podziękowania, rozsyłajcie linki, lajkujcie, facebookujcie, itp. Każdy może podziękować Małyszowi tyle razy, ile chce :-)

PS. Akcja nie ma oczywiście żadnego drugiego dna, żadnego haczyka. Projekt powstał społecznie (podziękowania dla Donaty, Szymona i Tomka). Nikt na tym nic nie zarabia, nie zbieramy żadnych danych, ani nic takiego.

Po prostu chcieliśmy jakoś Adamowi podziękować. Za wszystko.

PS. I trzy razy podium na koniec!!! Trzeci dziś w Planicy. Trzeci w Pucharze Świata 2010/11. I trzeci drużynowo w Pucharze Narodów! Plus symboliczne pierwsze miejsce Kamila. Cudowny koniec cudownej kariery. Dziękujemy!

Małysz powoli przygotowuje nas na to, co nieuchronne

mrpw

Od kilku tygodni coraz częściej pojawiają się w mediach plotki, że 5 marca, po zakończeniu MŚ Adam potwierdzi to, czego się wszyscy spodziewamy. Że to już jego ostatni sezon.

Na 26 marca w Zakopanem szykowana jest wielkie show z udziałem Adama. Skok do celu - nie do końca wiemy, na czym to ma polegać - ale chyba nie na tym, żeby skoczyć najdalej, tylko w punkt. Za zbyt daleki skok będzie dyskwalifikacja. Imprezę organizuje Red Bull, więc na pewno pojawią się Morgenstern i Schlierenzauer, ale zaproszenia dostanie cała czołówka i może kilku skoczków, którzy już karierę zakończyli. Kto wie - przy takim nietypowym regulaminie - może uda się nawet namówić na ponowne przypięcie nart Roberta Mateję.

Małysz ucina spekulacje, jakoby impreza miała być jednocześnie jego pożegnaniem. Twierdzi, że wszystko było planowane od dawna, miało się to przecież odbyć w ubiegłym roku. Ale z drugiej strony - z wywiadów Małysza można wywnioskować, że to już rzeczywiście koniec.

W wywiadzie z Robertem Błońskim przyznał, że decyzję podjął już dawno, przed MŚ. Czyli wczorajszy medal - lub jego ewentualny brak - nie miałby na to wpływu.

W kolejnym wczorajszym wywiadzie, ze skijumping.pl - podkreśla, z jakim trudem przychodzi mu, żeby wciąż pozostawać na szczycie. Wysyła sygnały, że jest już zmęczony, że wiele go kosztuje, żeby dotrzymać kroku młodszym wilczkom.

I w zasadzie trudno mu nie przyznać racji. Przyjrzyjmy się innym 30-kilku latkom, bohaterom końca XX wieku i pierwszej dekady XXI wieku, równolatkom Małysza. Gdzie oni dziś są? Martin Schmitt, 34. Janne Ahonen, 34. Primoz Peterka, 32. Kazuyoshi Funaki, 36. Martin Hollwarth, 37. Andreas Widholzl, 34. Jakub Janda, 32. Sven Hannawald, 36. Roar Ljokelsoy, 34. Sigurd Petersen, 31. Tommy Ingebrigtsen, 33. Risto Jussilainen, 35. Andreas Kuttel, 32. Wolfgang Loitzl, 31. Michael Uhrmann, 32. Lars Bystoel, 32.

Każdy z tych panów miał okres w karierze, kiedy regularnie bywał na podium, kiedy regularnie bywał faworytem zaowdów Pucharu Świata, czy imprez mistrzowskich. Dziś wszyscy są albo emerytami, albo telepią się gdzieś w drugiej, czy trzeciej dziesiątce. Skoki to nie jest sport dla starych ludzi. Chyba, że stary człowiek nazywa się Adam Małysz.

Dlatego tym bardziej się cieszymy z tego wczorajszego podium. Dlatego tym bardziej mamy nadzieję, że dowiezie do końca sezonu podium w Pucharze Świata.

I dlatego tym bardziej będziemy dziś trzymać kciuki za pana Kamila, a zwłaszcza panów Stefana i Piotra, bo o Adama jesteśmy spokojni. A gdyby mu się dziś udało to coś, co nie udało mu się jeszcze nigdy, to wszystko by się spięło piękną klamrą i dopełniło.

I jeśli to ma być zakończenie kariery Adama Małysza, to niech będzie to równie piękne zakończenie, jak cała kariera. Na jego warunkach.

I jak tu nie kochać Adama Małysza?

mrpw

Który to już raz nam dostarcza radości w ciągu tych 10 lat? Ilu łez wzruszenia?

Siem wzruszyliśmy, jak wskoczył na ten najniższy stopień podium, po raz pierwszy w karierze na MŚ. Morgenstern i Kofler byli dziś lepsi, ale ten brązowy medal 34-letniego starszego pana naprawdę smakuje cudownie.

Stoch był szósty, Żyła dziewiętnasty. Byrt ostatni, ale jutro pewnie będzie skakał Stefan Hula. Może więc jutro Małyszowi znowu uda się coś zrobić po raz pierwszy w życiu...

Wygrał!

mrpw

Małyszomania trwa już 10 lat. Na zwycięstwo w PŚ czekaliśmy cztery lata.

Uff... 1399 dni. Nie miał Adam Małysz szczęścia przez te wszystkie lata. Czasem wskakiwał na podium, był fantastyczny w Vancouver, ale trafił na nadczłowieka Ammanna, bywał fantastyczny w tym sezonie, ale trafiał na nadczłowieka Morgensterna. Miał być najstarszym człowiekiem na podium Turnieju Czterech Skoczni, ale w Bischofshofen 2 razy trafiał na gorszy wiatr. W Harrachovie i Sapporo też akurat w decydujących momentach to rywalom wiało ciut lepiej, nie jemu.

Dziś było odwrotnie. W pierwszej serii to jemu powiało najmocniej. Widmo pecha zajrzało w oczy w drugiej serii, gorszy wiatr, zakołysało nim w powietrzu, zadrżeliśmy...

Ale nic złego stać mu się dzisiaj nie mogło. Nie w Zakopanem. Nie tutaj, nie przy tej publiczności, nie w tych okolicznościach, nie przy tej publice.

Dla takich chwil warto żyć - powiedział ze łzami w oczach po konkursie.

Oj warto, warto.

Śpieszmy się kochać Adama, niedługo odejdzie

mrpw

Adam Małysz, którego koniec niektórzy eksperci wieszczyli już po igrzyskach w Turynie, nie skończył kariery (i bardzo dobrze) nawet po wspaniałych dwóch srebrnych medalach na igrzyskach w Vancouver. Już wtedy zdecydowanie sprzeciwialiśmy się lansowaniu tezy, że Adam na igrzyskach przegrał złoto, a nie wygrał srebro i zwracaliśmy uwagę, że Małysz jest jedynym trzydziestolatkiem na olimpijskim podium w ciągu ostatnich 30 lat.

Postawa Małysza w tegorocznym Turnieju Czterech Skoczni wprawia w podziw jeszcze bardziej. Bo na igrzyskach można mieć po prostu megafarta. Można trafić z formą, może złapać podmuch, można mieć dzień konia. To jest pojedynczy konkurs - mistrzem olimpijskim był niedawno Lars Bystoel, a dawno - nasz Wojciech Fortuna.

Na Turnieju Czterech Skoczni przypadków nie ma. Cztery konkursy w 10 dni, rozgrywane na różnych skoczniach, w różnych warunkach. W Turniejach Czterech Skoczni na podium stają dominatorzy.

Małysz przed jutrzejszym decydującym turniejem w Bischofshoefen, wskoczył na podium TCS. Przeskoczył Mattiego Hautamaeki, był przedwczoraj gorszy tylko od Thomasa Morgensterna. Nie zmienia to faktu, że z niektórych komentarzy w polskich mediach przebija rozczarowanie:

Morgenstern znowu lepszy. Kolejny nokaut. Morgenstern zmiażdżył rywali. Małysz bezradny wobec formy Morgensterna.


A dla nas znowu - szklanka jest do połowy pełna, a nie w połowie pusta. Małysz jest wielki, Małysz jest fantastyczny. Miesiąc temu skończył 33 lata. I jeśli utrzyma to podium w 2010, to może będzie to nawet bardziej imponujące i godne podziwu, niż triumf w 2001.

Przejrzeliśmy historycznie podium Turnieju Czterech Skoczni. I jeśli niczego nie przegapiliśmy, to być może już w czwartek Małysz zostanie najstarszym "medalistą" Turnieju Czterech Skoczni od czasów... Josefa Bradla. Nie kojarzycie Josefa Bradla? My też nie. To historyczny, pierwszy zwycięzca TCS. Wygrał w roku 1959, w wieku 35 lat. A potem stawał na podium jeszcze dwukrotnie, ostatni raz jako 38-latek. Aha, pan Bradl najbardziej jest znany z tego, że jest pierwszym skoczkiem, który przekroczył magiczną odległość 100 metrów. Od jego czasów skoki się trochę zmieniły.

Po nim rzadko kiedy zdarzało się, że na podium stawali 30-latkowie. Nawet ci najwybitniejsi skoczkowie - owszem, wygrywali jako dwudziestokilkulatkowie, albo wręcz nastolatkowie. Po trzydziestce już raczej nie.

Bjoern Wirkola (3 wygrane w TCS) po raz ostatni stanął na podium jako 25-latek.

Jens Weissflog (4 wygrane) - ostatni raz wygrywał w wieku 31 lat.

Matti Nykaenen (4 razy wygrał PŚ, 3 razy złoto na igrzyskach) - 25 lat.

Sven Hannawald (jedyny, który wygrał wszystkie 4 konkursy) - ostatnie podium zaliczył w wieku 28 lat.

Nawet Janne Ahonen (największa legenda TCS, 5 zwycięstw) - na podium stanął w zeszłym roku, ale był wtedy o pół roku młodszy niż Małysz dzisiaj.

Inni bohaterowie naszych czasów? Goldberger - 24 lata. Hollwarth - 30 lat. Andreas Felder - 28 lat. Kazuyoshi Funaki - 22 lata. Ernst Vettori - 23 lata. Martin Schmitt - 22 lata.

To nie jest sport dla starych ludzi. Chyba, że stary człowiek nazywa się Adam Małysz.

A zatem cieszmy się z każdego jego występu, każdego miejsca na podium, każdego dobrego skoku. Oczywiście - Małysz znowu ma pecha. Drugi sezon pomimo podeszłego (jak na skoczka) wieku skacze fantastycznie. Ale też drugi sezon z rzędu ma do czynienia z konkurentem - mutantem, który skacze w innej konkurencji. Rok temu był to Simon Ammann, teraz - Morgenstern, który pewnie - jak kiedyś Hannawald - wygrałby wszystkie 4 zawody Turnieju, gdyby w Ga-Pa nie kazano mu skakać w chorych warunkach.

Ale to nie zmienia faktu, że Adam już tyle lat jest w czubie, wciąż jest w stanie rywalizować z najlepszymi, wskakiwać na podium, walczyć o medale olimpijskie i (oby za półtora miesiąca) medale Mistrzostw Świata. Będziemy to jeszcze wspominać i do tego tęsknić, kiedy w końcu go zabraknie.

Doskonale pamiętamy przecież czasy Piotra Fijasa, jedynego polskiego skoczka, któremu zdarzało się wskoczyć na podium PŚ. Kreowanemu na następcę Małysza Kamilowi Stochowi (11 razy w dziesiątce PŚ) póki co się ta sztuka jeszcze zimą nigdy nie udała. A przecież jest rówieśnikiem Morgensterna.

PS. Małysz na treningu w Bischofshofen przed chdiwlą trzeci. Lepsi tylko Morgenstern i Kofler. Jutro powalczy z Hautamaekim o trzeci stopień podium. A kto wie - może postraszy Ammanna (15 pkt. przewagi) i powalczy o drugi...

Adam, głowa do góry, i tak jesteś wielki

mrpw

Przeczytaliśmy wywiad z Adamem Małyszem. Smutny wywiad, po którym jednak jeszcze bardziej Małysza uwielbiamy i szanujemy.

Planica w ten weekend to była równia pochyła - najpierw w piątek euforia po pierwszym skoku i - wreszcie - przeskoczeniu Simona. Potem wciąż wielka radość po drugim skoku - i tylko trochę złości na sędziów za noty niższe od lądującego na dwie nogi Ammanna. Po pierwszym dniu byliśmy absolutnie pewni, że Małysz wreszcie Ammanna dogonił, że w sobotę powalczą o złoto a reszta stoczy pojedynek o zaszczytne trzecie miejsce.

Po pierwszym sobotnim skoku wiedzieliśmy już, że z Ammannem znowu nie uda się wygrać. Trochę baliśmy się depcącego po piętach Schlierenzauera, ale najgorszego nie przeczuwaliśmy.

0,4 pkt.

Tyle zabrakło do brązowego medalu. Wystarczyła lepsza o pół punkta ocena w jednej z 12 not od któregoś z sędziów. Albo pół metra więcej w jednym z 4 skoków. Na mamucie to nic. Tylko jakie to ma znaczenie? Kto dziś pamięta, że Finowie narzekali w Predazzo na wysokie noty Małysza i odebrany rzekomo Matti Hautamaekiemu złoty medal?

Czwarte, najgorsze miejsce - w przypadku Małysza zabolało wyjątkowo. Bo ten sezon był tak niesamowity, bo nigdy - nawet gdy był na szczycie i wygrywał wszystko - nie zdobył medalu w lotach, bo wmawiano mu wielokrotnie, że w lotach jest słabszy, bo taki medal na zakończenie tego magicznego sezonu idealnie by go dopełnił happy endem absolutnym.

Nie udało się.


Była niespodziewana szansa, żeby zatrzeć ten niesmak w niedzielę - pod nieobecność Japończyków, przy słabiutkich Niemcach, Finach bez Ahonena, z chimerycznym Ollim, niedoświadczonym Muotką, przeciętnym Hautamaekim i znakomitych lotach Stocha - była realna szansa na - pierwszy w historii zawodów o taką stawkę - medal drużynowy. Niestety - tym razem w roli Roberta Matei wystąpił Łukasz Rutkowski, może przy drobnej pomocy sędziów, którzy puścili go w katastrofalnych warunkach...

Mógł Małysz wrócić z Mistrzostw Świata w lotach dwoma medalami - wraca z niczym. Szkoda.

Przypomnieliśmy sobie w sobotę i niedzielę, że skoki bywają okrutne i niesprawiedliwe. I nawet nie możemy sobie specjalnie ponarzekać na sędziów (jeśli chodzi o Małysza - więc narzekamy przy Rutkowskim) i na tę nieszczęsną nową punktację - bo akurat w tej czwartej serii i Jacobsen, i Schlierenzauer, i Adam, i Ammann skakali z tej samej belki, no i nikt Małysza z belki nie ściągał. Ot - zwykły pech - akurat jak skakali Anders, Gregor i Simon - to wiało mocno i płynnie, a jak na belce siadał Adam - wiać przestawało albo wiało w sposób szarpany.

Ale Małysza uwielbiamy również za to, że on do nikogo pretensji nie ma. Ani do sędziów, ani do wiatru, ani do punktacji. Tylko do siebie.

Żal we mnie siedzi, ale pretensje za skoki w Planicy mogę mieć i mam tylko do siebie.

Fantastyczny sezon Adam Małysz kończy trochę smutny:

Jestem bardzo zawiedziony, szansę na medal miałem ogromną. Ona może się już nigdy nie powtórzyć. (...) W życiu bym nie przypuścił, że wypadnę z trójki. Nie wiem, co w ogóle się stało, jestem w szoku. Ambicje miałem dużo większe. Chciałem zdobyć medal i uzupełnić kolekcję, chyba nawet ucieszyłbym się z brązowego.

To najgorsze zakończenie pięknego dla mnie sezonu. Sobota trochę stępiła mi tę całą radość. Smutny jestem jak diabli. (...) Czwarte miejsce to mój najlepszy wynik na MŚ w lotach, ale w ogóle mnie nie cieszy. Dekoracja była dla mnie męczarnią.

Przez myśl przemknęło mu nawet zakończenie kariery:

Czasem jestem wszystkim zmęczony. Najbardziej to wychodzi po porażkach, wtedy przychodzą zniechęcenie, rezygnacja i bezsilność. (...) Po tym sobotnim konkursie przeleciało mi przez głowę dużo różnych, głupich myśli. A może to już jest za dużo, może coś nie tak, może przekroczyłem swoją barierę...

Ale przecież gdyby przed rozpoczęciem sezonu - albo nawet w jego trakcie - po Turnieju Czterech Skoczni - ktoś powiedział nam, że Adam przywiezie z Vancouver 2 srebrne medale, że od końca stycznia (Klingenthal) nie zejdzie już z podium Pucharu Świata, że w Planicy od medalu będą go dzieliły centymetry - kupilibyśmy to w ciemno.

Sezon skończył się lekkim potknięciem - ale to był fantastyczny sezon. Najlepszy sezon od 3 lat, kiedy na zakończenie, w Planicy wygrywał z Jacobsenem. Adam Małysz wciąż jest wielki.

26 lutego 2011, sobota, skocznia normalna.

3 marca 2011, czwartek, skocznia duża.

I 5 marca 2011, sobota, konkurs drużynowy.

Do zobaczenia za 11 miesięcy, Adamie.

A potem - jeśli Ci się nie znudzi - to też.

Najbliższa szansa na medal Mistrzostw Świata w lotach - na przebudowanej skoczni w Vikersund, gdzie podobno będzie można skakać 250 m - już za 2 lata.

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci