Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Wszystko

Larry i Magic. Magic i Larry

mrpw

Przetłumaczyłem kolejną książkę.

ce9e92a7c657d30e32a294d6e2d7b250

Tłumaczyło się fajnie. Taki trochę powrót do czasów dzieciństwa i młodości. Kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych zakochiwałem się w NBA, Larry i Magic już koszykówką nie rządzili. To była już era Michaela. Tym niemniej książka Jackie MacMullan pozwala zrozumieć, że Michael mógłby wtedy odezwać się do Larry'ego i Magica cytatem z nowych Gwiezdnych Wojen: "I will finish what you've started" (idę na film jutro!).

To od nich zaczęła się na nowo wielka NBA. Choć na pierwszy rzut oka wszystko ich różni (i wcale nie chodzi mi tylko o kolor skóry), to po lekturze wiem też, jak wiele ich łączy. Jak bardzo są podobni. A tłumacząc kolejne rozdziały i widząc jak rok po roku, sezon po sezonie ich wielka rywalizacja powoli przeradza się w wielką przyjaźń, nawet się kilka razy wzruszyłem. 

Opisują, o co chodziło z tym zdjęciem

Larry-Bird-and-Magic-Johnso

Kulisy powstawania tej kampanii

83c4a079ce5591f6d0839453b4ee7816

Młodość

magic-johnson-larry-bird-young-sports-thesuiteworld

Studia

2df158098c2e86f43ecf5c6e4f030c4a

Wspólne finały NBA

nba_g_lbird_mjohnson_600

Igrzyska

1992-Magic-Bird-BTOA-670x377

No i jak ich relacja wygląda teraz

20090407_dn_g1bird07s

Notka jest trochę spóźniona, książka mogłaby być pewnie fajnym prezentem gwiazdkowym. Ale jak szybko zamówicie, to chyba jeszcze zdąży dojść przed Gwiazdką. Za to cena jest dość atrakcyjna i to tym razem bez konieczności wpisywania kodów rabatowych:

http://www.labotiga.pl/larry-vs-magic

Zazwyczaj staram się nie spoilerować, a trudno chyba o poważniejszy spoiler niż zacytowanie ostatnich akapitów książki, ale w tym przypadku chyba żadnej wielkiej tajemnicy nie zdradzam, więc zrobię wyjątek:

"Lata mijają a związek obu panów trwa nieprzerwanie. Kiedy rządzili koszykówką, łączyła ich bezwzględna i zaciekła rywalizacja. Teraz, gdy ich dziedzictwo i legenda są niezagrożone - a ich historie połączone ze sobą na zawsze - po wszystkich dawnych animozjach nie ma ani śladu.

Jedyne, co pozostało, to szacunek."

Miłej lektury!

Drogi Kobe

mrpw
Napisałem wiersz. Biały wiersz. Po raz pierwszy w życiu. 
Inspiracją był oczywiście wiersz Kobe Bryanta "Kochana koszykówko"
 
kobe-dear-basketball
 
Drogi Kobe,
 
2 grudnia 2015
 
Michał Rutkowski
Warszawa, Polska
 
Drogi Kobe,
 
Zainspirowałeś mnie
Nigdy w życiu nie napisałem wiersza
Ale zawsze musi być ten pierwszy raz
A Ty na to zasługujesz
Jak nikt inny
 
Często pisaliśmy o Tobie 
Fruwając pod koszem
W MVP
Na Supergigancie
Od roku Supergigant jest martwy
Dziś na chwilę zmartwychwstaje
Bo przecież nikt na to nie zasługuje
Tak jak Ty
 
To jest biały wiersz
Żaden tam wielki wiersz
Trochę obciachowy
Mocno grafomański
Ale ty też nie jesteś poetą
A przecież też napisałeś wiersz
Napisałeś
Jak bardzo kochasz koszykówkę
 
Nie, nie napiszę 
Że zawsze cię kochałem
Bo to bullshit
Mówiąc szczerze
Przez większość kariery
Szczerze Cię nie znosiłem
 
Śmiałem się z airballi w meczach z Utah
Wolałem Shaqa od Ciebie
Uważałem, że jesteś krnąbrny
Arogancki i samolubny
Że naśladujesz Michaela
Że nieudolnie
I nie cierpiałem Lakersów
 
Napisaliśmy kiedyś o Tobie felieton
Zły. Czarna Mamba. Lord Vader.
Pisaliśmy, że przeszedłeś 
Na Ciemną Stronę Mocy
Jak Anakin Skywalker.
 
Chciałeś być jak Michael
Masz pięć tytułów
On ma sześć
Był tylko jeden Michael
Ale też był, jest i będzie 
Tylko jeden Kobe
 
Siedem razy byłeś w Wielkim Finale
A ja nigdy Ci nie kibicowałem
Ani z Indianą
Ani z Philadelphią
Ani z New Jersey
Ani z Detroit
Ani z Bostonem
Ani znów z Bostonem
Ani z Orlando
 
Pięć pierścieni
Zawsze wolałem Shaqa
Ale to Ty okazałeś się większy
Wygrałeś pięć do czterech
I to Ty możesz dziś zaśpiewać
"Hej Shaq, jak smakuje mój tyłek?"
 
W sumie trochę żal
Że nigdy tego nie przeczytasz
Ale przeczyta kilku twoich fanów
Polskich fanów
I może choć trochę im się spodoba
A niektórzy może nawet
Się trochę wzruszą
 
Bo byłeś wielki
I zawsze będziesz wielki
81 punktów z Toronto
62 z Dallas w ciągu trzech kwart
9 razy z rzędu 40+
Dziesiątki buzzer beaterów
I game winnerów
 
Jak to zwykle bywa
Polubiłem cię i doceniłem
Pod koniec kariery
Tak samo było z Michaelem
Kiedy staruszek czas
Zaczął wygrywać wyścig 
Najpierw z nim, teraz z Tobą
 
Pamiętam jak dwa i pół roku temu
Zerwałeś Achillesa
To był kwiecień
Tuż przed playoffami
 
Zdążyłeś jeszcze
Wprowadzić Lakers do playoffów
Z ósmego miejsca
Wygrałeś 7 z 9 meczów
36, 31, 30, 19, 23, 24, 25, 30, 47, 34 punkty
Całkiem nieźle 
Jak na trzydziestopięciolatka
 
Schodziłeś powoli z parkietu
Owacja na stojąco
A najgłośniej klaskał 
Oczywiście Jack Nicholson
 
Napisałeś wtedy
Wybitny list
"Kiedy widzisz 
Że walczę z niedźwiedziem
Pomódl się za niedźwiedzia.
(...) Mentalność mamby
Nie poddajemy się
Nie kulimy się
Nie uciekamy
Trwamy i zwyciężamy"
 
Chciałem żebyś wrócił
Nie chciałem
Żebyś kończył karierę w taki sposób
Schodząc powoli z parkietu
Kulejąc
Krzywiąc się z bólu
Chciałem
Żebyś powalczył o szósty tytuł
Chciałem
Żebyś skończył jak Michael
 
Nie udało się
Ale przynajmniej
Odchodzisz na własnych warunkach
O własnych siłach
Zostało nam kilka miesięcy
I jeszcze jeden Mecz Gwiazd
Będziemy mogli
Godnie Cię pożegnać
 
I jednego jestem pewien
Że jeszcze nas czeka taki mecz
 
Pięć sekund do końca
Piłka w twoich rękach
5...4...3...2...1
 
Nigdy cię nie zapomnę
Michał
 
 

Hornets are back. MJ is back.

mrpw

Przetłumaczyłem biografię Michaela Jordana "Life". Cztery miesiące pracy wieczorami, weekendami i podczas wakacji. Ale było warto, czyta się fantastycznie, książka daje na pewno nową perspektywę i nowe spojrzenie na MJ'a. Geniusza, chorobliwie ambitnego, sadystę, pracoholika, samotnika. Więcej wrażeń opiszę przed samą premierą, pewnie jakoś w listopadzie.

Jedno co mi się porobiło po przeczytaniu książki, a zwłaszcza jej zakończenia, podczas tłumaczenia którego miałem łzy w oczach, to że chyba zacznę kibicować Bobcats, aka Hornets. Byłoby naprawdę fajnie, gdyby Jordan raz jeszcze udowodnił niedowiarkom, że "yes I can". Na razie przejął profile socialmediowe Szerszeni i wygląda na to, że dobrze się bawił.

mj.szersze

A'propos Hornets. Najciekawszym meczem dzisiejszej nocy był o dziwo pojedynek pomiędzy Charlotte (znów Hornets, wyglądali w tych strojach prawie jak za czasów Zo, Larry'ego Johnsona i Muggsy Boguesa) i Milwaukee Bucks. Były emocje, był największy comeback Bobcats / Hornets ever, były popisy Lance'a Stephensona, był godny MJ'a show Kemby Walkera na koniec, no i był wiwatujący Michael na trybunach.

A poza tym to będzie bardzo dziwny sezon. Po tytuł może sięgnąć prawie każdy. Spurs, Thunder, Clippers, Bulls, Mavs, może Cavs, może Rockets, może nawet Wizards. Hornets pewnie jeszcze nie. No i Sixers - na pewno nie.

Trafiła kosa na Kłosa

mrpw

Na początek anegdota: wracam sobie dzisiaj z pracy, godzina 19.30, już ciemno. Jadę tą samą drogą, co codziennie, mijając te same ulice i te same domy. Ale widzę coś dziwnego - ulicą maszerują sobie jacyś ludzie z transparentami, coś śpiewają, z drugiej strony nadchodzą następni, wszędzie wiszą flagi. Napisy na transparentach zauważyłem dwa: "Trafiła kosa na Kłosa" i "Witamy mistrza świata 2014". Szybki wpis w google, trafiam na parafia-powsin.pl, tam na "Wiadomości Powsińskie" i wywiad sprzed dwóch lat zatytułowany "Siatkarz rodem z Powsina".

635467568830813092

Wszystko się zgadza, okazuje się, że mamy całkiem zacnego sąsiada, mistrza świata. Zgarniam synów z domu i jedziemy witać mistrza. Pod domem Karola Kłosa kilkadziesiąt osób. Mniej niż 3 lata temu, kiedy na lotnisku witaliśmy ze starszym synem siatkarzy wracających po zajęciu drugiego miejsca w Pucharze Świata. Były śpiewy, było skandowanie, było podziwianie i dotykanie złotego medalu, był szampan, były fajerwerki. Było 100 lat dla rodziców pana Karola, było "dziękujemy dziękujemy", było "Karol Kłos Karol Kłos".

karol.kos1

Strasznie miły i skromny młody człowiek, kiedy powiedziałem: "Przepraszamy Panie Karolu, że Pana tak męczymy, ale proszę zrozumieć, tyle radości nam Pan dostarczył", odpowiedział: "Jaki tam Pan, Karol jestem". Trochę narzekał, że tyle się od dwóch dni uśmiecha, że aż go twarz od tego boli. I że przyjechał do domu tylko na 2 dni, a potem musi wracać do roboty.

Stali czytelnicy naszego blogaska, wiedzą, że kochamy siatkówkę. Supergigant powstał w 2006 roku, kiedy trwały siatkarskie Mistrzostwa Świata w Japonii, podobnie jak Wlazły, Zagumny i Winiarski byliśmy o 8 lat młodsi, mieliśmy więcej czasu. Notki pisałem (MR) prawie po każdym meczu, bo ten drugi, co ze mną bloguje aż tak się siatkówką nie jarał. To był zupełnie inny Mundial, ale wtedy też zaczęliśmy go wygrywając wszystkie mecze do zera. Też był mecz o wszystko z Rosją, też wygrany 3:2. I wtedy też był finał z Brazylią, tyle że przegraliśmy go do zera.

z3772039Q,Final-MS-2006--Polska---Brazylia-

W niedzielę wydarzyło się coś niebywałego, historycznego, porównywalnego pewnie tylko do kilku wydarzeń sportowych w całym naszym życiu. Zdobyliśmy złoty medal mistrzostw świata. W olimpijskiej dyscyplinie sportowej. W dyscyplinie nieniszowej, popularnej na całym świecie, nie tylko w Skandynawii, w Niemczech, czy Austrii. W dyscyplinie widowiskowej. W dyscyplinie, w której Polacy zakochali się dawno, dawno temu, kiedy jeszcze nie mieliśmy takiej fantastycznej drużyny (rację ma airborell, śmiejąc się z komentarzy, że teraz dopiero się zacznie siatkomania, ona trwa od kilkunastu lat). W dyscyplinie, w której stanowimy czołówkę światową od wielu lat.

 634323310188540000

To były niesamowite mistrzostwa. Złe miłego początki. Niedoświadczony trener zagadka, porozbijana drużyna, konflikt z największą gwiazdą, zakodowanie transmisji. Mecz z Serbią na Narodowym, przeżywany podczas długiego powrotu z wakacji w ostatnią sobotnią noc sierpnia. Z początku postanowiłem sobie, że nie zapłacę za odkodowanie. Złamałem się po udanej pierwszej rundzie. Potem w drugiej od razu przyszła porażka z USA, przegrany pierwszy set z Włochami i myśl, że będzie jak zawsze. Potem dreszczowiec z Iranem. Strach o Winiarskiego. Trochę towarzyski niedzielny mecz z Francją i losowanie około północy, po którym najpierw byłem załamany, a po chwili wpadłem w euforię, kiedy prezes Przedpełski powiedział w wywiadzie dla Polsatu, że do końca nie było wiadomo, gdzie i z kim i kiedy zagrają Polacy, więc bilety jeszcze są. Szybkie wejście na ticketpro i rzeczywiście - są na czwartek do Łodzi, tylko nie napisane, na jaki mecz. No ale mówili, że Polacy grają we wtorek i w czwartek i że zostają w Łodzi. No to kupujemy. Najpierw dla mojej rodziny. Potem jeszcze w drugiej transzy dla ojca. I ta chwila przerażenia, kiedy na Wikipedii pojawił się komunikat, że w czwartek odbędzie się mecz... Brazylia - Rosja. Potem to na szczęście zmienili. Dreszczowiec z Brazylią, jeden z najbardziej niesamowitych meczów siatkarskich jaki widziałem w życiu. Sędzia z Iranu i jego straszne oczy.

635469306789101133

SMSy na żywo prawie po każdej piłce tiebreaka do 70-kilkuletniej cioci, która uwielbia siatkówkę, ale transmisji w Polsacie nie wykupiła. Wyjazd do Łodzi. Niesamowita atmosfera w Atlas Arenie. Szalona radość i napięcie, które z nas zeszło, tak jak z siatkarzy, po tym wygranym drugim secie. Znowu transmisja SMSowa live dla tej samej cioci. Kapitalny piąty set. Wlazły bawiący z dzieckiem po meczu. Nerwowy półfinał z Niemcami, kapitalny comeback w pierwszym secie, cwaniactwo w drugim i czwartym.

635468924075995424

I wreszcie ta ostatnia niedziela. Brak wiary podczas pierwszego seta. Potem niedowierzanie. Potem rosnąca z każdą piłką drugiego i trzeciego seta nadzieja i wiara. I set czwarty. Radość po meczu, telefony i smsy do i od przyjaciół, do i od rodziny. Wrzaski i padanie sobie w ramiona. Z teściową, z ojcem. Łzy szczęścia. Myślę, że bardzo duża część Polski płakała w tę niedzielę, około 22.30 ze szczęścia.

635469855872006273

Tak, to był jeden z najpiękniejszych dni w historii polskiego sportu za mojego życia (zwłaszcza, że tego samego dnia mój starszy syn zdobył z kolegami koszykarski Białołęka Cup i został wybrany do pierwszej piątki turnieju!)

10448522_764124853626015_9199895534094369523_o

Przeczytałem dziś katastroficzny tekst Rafała Steca "Mistrzów już nie ma" - o tym, jakoby zmiany w kadrze, odejścia Wlazłego, Zagumnego, Ignaczaka, Winiarskiego, miały sprawić, że drużyny już nie ma, marzeń już nie ma, rozegrania już nie ma, ataku już nie ma, skrzydeł już nie ma, szans już nie ma, nawet Miki już nie ma (bo to przecież Zagumny go wylansował), niczego już nie ma (cytując pewnego białostockiego klasyka).

Złota drużyna polskich siatkarzy rozpadła się dzień po zwycięskim finale z Brazylią. Reprezentację trzeba budować właściwie od zera.

Cytując innego klasyka: ch..., dupa i kamieni kupa.

Terefere.

Po pierwsze - wielkie dzięki dla świeżo upieczonych emerytów i wielki szacunek. "Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym" - powiedział Winiarski. I rzeczywiście - ilu sportowców miało takie zakończenie kariery, jak Michael Jordan w 1998 roku? Decydujący przechwyt, decydujący rzut, mistrzostwo NBA.

635469432420465008

Wlazły? Powrót po tylu latach konfliktu ze związkiem, bezdyskusyjne przywództwo w drużynie, mistrzostwo świata i tytuł MVP.

Winiarski? 8 lat temu pisaliśmy: "Winiarski był jedynym, który wychodził po medal trochę markotny. Jemu marzyło się złoto. Kto wie - może następnym razem...?" Za drugim razem (2010) nie wyszło, ale do trzech razy sztuka.

Zagumny? Czy można sobie wyobrazić lepsze zakończenie tak pięknej kariery? Cały turniej, w którym pierwsze skrzypce grał młodszy Drzyzga i fenomenalna zmiana w finale, który okazał się jeszcze ponad siły młodszego, w którym sprawy w swoje ręce musiał wziąć znowu stary wilk przewodnik, co życie dobrze zna.

Zagrał tylko z Kamerunem ale na pewno był najlepszym duchem tej drużyny, emanował pozytywną energią, no i wszystko ładnie nagrywał smartfonem, dzięki czemu możemy się poczuć prawie, jakbyśmy tam byli :)

To nie jest tak, że mistrzów już nie ma. Mistrzowie są. Jest Kłos, Możdżonek i Nowakowski. Jest Mika, Buszek i Kubiak. Jest Drzyzga. Jest Konarski. Jest Zatorski. I jest Wrona.

0003J0SGRFRLPRP9-C209

Kilkanaście lat temu nie wyobrażaliśmy sobie pewnie tej kadry bez Dawida Murka. Bez Papkego. Bez Prusa. Bez Stelmacha. Wtedy i jeszcze długo potem bez Świderskiego. Albo bez Gruszki. A potem bez Kadziewicza. Bez Plińskiego. Albo bez Bąkiewicza. Kadry bez Wlazłego nie musieliśmy sobie wyobrażać, bo go w niej po prostu nie było kiedy zdobywaliśmy m.in. dwa medale Mistrzostw Europy, kiedy wygrywaliśmy Ligę Światową, kiedy zajmowaliśmy drugie miejsce w Pucharze Świata, albo kiedy byliśmy o jedną piłkę od półfinału w Pekinie. Kadra bez Ignaczaka sięgnęła po srebro MŚ w 2006 (tam był Gacek) i de facto po złoto w 2014 (tu był Zatorski). Czy jesteśmy sobie w stanie wyobrazić kadrę bez Winiarskiego? Jesteśmy - taka kadra wygrała w 2009 roku Mistrzostwa Europy (MVP był wtedy Piotr Gruszka). A kadra bez Zagumnego, który uczestniczył we wszystkich wielkich sukcesach kilkunastu lat? Ano uczestniczył, ale przy sukcesie największym, sukcesie ostatnich trzech tygodni, odgrywał jednak przez większość turnieju (nie licząc finału) rolę drugoplanową. Czy dwa lata temu ktoś wyobrażał sobie kadrę bez Bartmana? Czy miesiąc temu ktoś wyobrażał sobie kadrę bez Kurka? Ano właśnie.

635439042317860022

Nie tragizujmy więc, tylko się cieszmy. Jesteśmy mistrzami świata. Mistrzowie są i będą już mistrzami zawsze. Jedni odchodzą, przyjdą następni. Może przyszły sezon będzie trochę gorszy, może nie uda się odbudować drużyny na igrzyska w Rio. Ale reprezentacja Polski w siatkówce ma tę dziwną umiejętność odradzania się, niczym feniks z popiołów. Do mistrzów ze Spodka dołączą inni - Boćki, Wiśniewscy, Ferensowie, Hainowie i Wojtaszkowie. Może powrócą Kurki, Bartmany, Ruciaki i Jarosze. Może Winiarski albo Wlazły - jak Jordan - poczują w 2016 roku raz jeszcze charakterystyczne swędzenie. Na pewno dojdą nowi, których nazwisk jeszcze nie znamy, jak jeszcze nie tak dawno pewnie nie znaliśmy Mateusza Miki.

Najfajniejsza. Reprezentacja. Ever.

635469783625321058

I'm Coming Home!

mrpw

Siem wzruszyliśmy!!!

Niesamowite. Cztery lata temu odchodził w niesławie, kibice gwizdali, buczeli, palili jego koszulki, właściciel bluzgał i wyzywał go od zdrajców, hejterzy (w tym niżej podpisany) odsądzali od czci i wiary - że quitter, że poszedł na łatwiznę, że nigdy nie zdobędzie tytułu bez Wade'a i Bosha, że nigdy nie będzie Michaelem.

Jak fantastycznie historia zatoczyła dziś koło...

Jak dojrzał, jak wyciągnął wnioski z błędów PR-owych, które wtedy popełnił. Tym razem LeBron wykonał PR-owy majstersztyk. W Miami już i tak jest Bogiem - 4 razy wprowadził ich do finałów, dał 2 tytuły mistrzowskie. 

W Cleveland już mu wszystko wybaczono, będą go kochać jeszcze bardziej. Za to, że wrócił. Za to, że wrócił, pomimo tych wszystkich krzywd, które go po odejściu spotkały. Za to, że potrafił wznieść się ponad to. Tu też jest Bogiem. Znowu.

Tak, życzymy LeBronowi w Cleveland jak najlepiej. Tak - będziemy mu kibicować. Na Wschodzie na pewno :) Bo przecież jego Decyzja 2.0 uruchomi teraz kolejne domina - Carmelo (podobno Knicks ale coś zwleka), Bosh (odejdzie do Houston), itd. Tylko Pat Riley biedny ale coś za coś. Przynajmniej ma Danny'ego Grangera...

Dla legendy LeBrona, dla dziedzictwa, dla tworzenia się historii - to decyzja najlepsza z możliwych. Chyba po raz pierwszy w historii NBA mamy 4 numery 1 z draftu (LeBron, Irving, Bennett, Wiggins) w jednej drużynie. 

Respect, LeBron! List jest kapitalny.

Before anyone ever cared where I would play basketball, I was a kid from Northeast Ohio. It’s where I walked. It’s where I ran. It’s where I cried. It’s where I bled. It holds a special place in my heart. People there have seen me grow up. I sometimes feel like I’m their son. Their passion can be overwhelming. But it drives me. I want to give them hope when I can. I want to inspire them when I can. My relationship with Northeast Ohio is bigger than basketball. I didn’t realize that four years ago. I do now.

(...)

I’m doing this essay because I want an opportunity to explain myself uninterrupted. I don’t want anyone thinking: He and Erik Spoelstra didn’t get along. … He and Riles didn’t get along. … The Heat couldn’t put the right team together. That’s absolutely not true.

I’m not having a press conference or a party. After this, it’s time to get to work.

(...)

I always believed that I’d return to Cleveland and finish my career there. I just didn’t know when. After the season, free agency wasn’t even a thought. But I have two boys and my wife, Savannah, is pregnant with a girl. I started thinking about what it would be like to raise my family in my hometown. I looked at other teams, but I wasn’t going to leave Miami for anywhere except Cleveland. The more time passed, the more it felt right. This is what makes me happy.

To make the move I needed the support of my wife and my mom, who can be very tough. The letter from Dan Gilbert, the booing of the Cleveland fans, the jerseys being burned -- seeing all that was hard for them. My emotions were more mixed. It was easy to say, “OK, I don’t want to deal with these people ever again.” But then you think about the other side. What if I were a kid who looked up to an athlete, and that athlete made me want to do better in my own life, and then he left? How would I react? I’ve met with Dan, face-to-face, man-to-man. We’ve talked it out. Everybody makes mistakes. I’ve made mistakes as well. Who am I to hold a grudge? 

(...)

In Northeast Ohio, nothing is given. Everything is earned. You work for what you have.

I’m ready to accept the challenge. I’m coming home.

Kim jestem? Jestem zwycięzcą :)

mrpw

OK! Udało się!

Przebiegłem mój pierwszy maraton. Uściślając, to przebiegłem, ale i trochę przeszedłem, bo końcówkę miałem zdecydowanie bardziej w stylu Roberta Korzeniowskiego niż Bikili Abebe.

Czas: 4:44:15 - o kwadrans gorszy niz zakładałem przed.

Miejsce: 6491.

Powołanie do żadnej kadry (nawet oldbojów) jeszcze mi nie grozi.

Zapoznałem się dziś ze znaczeniem powiedzonka, że "prawdziwy maraton zaczyna się po trzydziestce". Mniej więcej do 28 km wszystko było OK (choć puls cały czas za wysoki), później jednak kompletnie mnie zatkało.  Nie wiem, czy to była ta słynna maratońska "ściana", przez ostatnie dni żarłem ogromne ilości cukrów i makaronów, żeby się przed utratą paliwa zabezpieczyć. Być może po prostu organizm nie wytrzymał działania na tak wysokich obrotach przez ponad 3h.

Do mety dotarłem takim truchto-chodem. Przy czym odcinki maszerowane nie były wiele wolniejsze od tych biegniętych :)

Jak to szło po kolei (wg oficjalnych punktów pomiaru):

5km - 00:32:27 (zgodnie z planem)
10km - 01:02:16 (czas odcinka 29:49, jest pięknie)
15km - 01:33:15 (czas odcinka 30:59, nadal jest pięknie)
20km - 02:05:11 (czas odcinka 31:56, ciut wolniej ale OK)
25km - 02:38:02 (czas odcinka 32:49, super doping w Wilanowie)
30km - 03:12:22 (czas odcinka 34:20 ale tu mega kryzys. Czy dam radę?!)
35km - 03:49:34 (czas odcinka 37:12, od 32 km na zmianę idę i biegnę. Smart choice)
40km - 04:27:45 (czas odcinka 38:11, dreptu dreptu)
Finisz - 04:44:15 

Tak szczerze mówiąc, to wszystko nieważne. Przebiegłem maraton, przeżyłem, coś sobie udowodniłem, mam najlepszą kondycję od 10 lat, mam za sobą niezwykłe doświadczenie i mam mega satysfakcję.

Czego i Wam życzę :)

Nowy reżim

mrpw

No więc tak: bardzo nas cieszy i wzrusza, że Supergigant - choć de facto porzucony przez jego twórców - ciągle żyje. Za sprawą Was: czytelników i komentatorów. Mnóstwo ciekawych rzeczy tu piszecie.

Ale też: każde miejsce niepielęgnowane dziczeje. Supergigant nie jest wyjątkiem, dobre wpisy giną w zalewie różnego rodzaju pyskówek.

Nasze dzieci rosną i już potrafią czytać. Chcielibyśmy, żeby mogły wchodzić na tego bloga :) 

Dlatego:

1. Wprowadzamy komentowanie tylko przez zalogowanych. Kolegę Przecinka i innych dyskutantów zapraszamy do założenia konta.

2. Za obelgi będziemy banować (ostrzeżenie: także za konstrukcje typu du pa, ch*j)

Tyle na razie. ESPN twierdzi, że w finale NBA 2014 Miami pokona Oklahomę. Vettel odjechał rywalom i chyba nikt go już nie dogoni. Lewy strzelił gola do właściwej bramki. MU Moyesa dziś gra z Chelsea Mourinho. I gdzie jest ta Legia?

LeMan

mrpw

Ten drugi, co ze mną bloguje, jest bardziej romantyczny, bardziej emocjonalny i barwniej pisze. Więc z reguły, nawet jeśli się z nim nie zgadzam, daję się uwieść temu co pisze.

Ale tym razem pozwolę sobie na wotum separatum.

Pisze ten drugi: "Heat doprowadzili do dogrywki, pomimo tradycyjnie fatalnie zachowującego się w końcówce LeBrona" oraz "sorry LeBron, triple double triple doublem ale nigdy nie będziesz ani MJem ani Kobem, w końcówce tradycyjnie wymiękłeś".

Jak to rozumieć? Ano chyba tak, jak jest napisane. Że Heat doprowadzili do dogrywki pomimo tradycyjnie fatalnie zachowującego się w końcówce LeBrona.

+ na dowód tego garść statystyk ("there are lies, goddamn lies and statistics" :) potwierdzających że w końcówce z zagrań LBJ nic dobrego nie wynikało. 

Więc ja oglądałem chyba inny mecz. Bo w tym moim Heat doprowadzili do dogrywki głównie dzięki fantastycznie zachowującemu się LeBronowi.

Gdyby nie siła, odwaga LeBrona, niesamowita energia i determinacja z którą - raz po razie - w czwartej kwarcie wchodził pod kosz Spurs, to nie byłoby żadnego comebacku. Nikt inny w Heat nie porwałby tej drużyny do walki. 

"We seen the championship board already out there, the yellow tape," James said. "You know, that's why you play the game to the final buzzer. And that's what we did tonight. We gave it everything we had, and more."

To banał, ale ta energia się udziela. Ray Allen:

"If he has great energy, we feel it, the rest of the team," Allen said. "So one thing I always try to make sure I do with him is to make sure he understands how his aura, his energy has an effect on the rest of the team. And we always need it to be great energy".

Kłopot z LeBronem polega na tym, że porównujemy go z wielkimi poprzednikami - MJ, Kobem - Którzy Byli Inni. Epickie pojedynki MJ'a nadawały się doskonale do filmowych scenariuszy - niezrównane zdobycze punktowe, niebywała zawadiackość, jedyna na świecie umiejętność decydowania o losach najważniejszych spotkań niemal w pojedynkę. I uśmiech zabójcy.

[Kobe - wiadomo. Był podobny do Jordana tylko duużo gorszy ;]

LeBron taki nie jest. Jak napisał trafnie ktoś w ESPN: "LeBron's storylines are never quite that simple, are they?" 

LeBron przegrywał w finałach. LeBronowi zdarzają się mecze przeciętne. I LeBron potrafi zgubić piłkę - i głowę - dwa razy w ostatniej minucie.

I co z tego? Okazał się wczoraj nierównym strzelcem, ale świetnym defensorem (Tony Parker 6/23), fantastycznym dyrygentem - i prawdziwym liderem.

Garść statystyk ("there are lies, goddamn lies and statistics" :)

- Michael Jordan nigdy nie miał triple double w finałach NBA. Dla LeBrona to czwarty t-d
- W historii meczów decydujących o mistrzostwie NBA, tylko sześciokrotnie udało się zawodnikom zdobyć triple-double. Ostatnim, który tego dokonał, był Magic Johnson w 1991.
- 30-10-10? LeBron jest zaledwie czwartym zawodnikiem, który w meczu finałowym miał takie statystyki.

Ten mecz będzie budować legendę LeBrona (nawet jeśli Heat przegrają Game 7... choć niestety raczej nie przegrają). Nie będziemy pamiętać dwóch strat w ostatniej minucie. Zapamiętamy rzuconą w kąt opaskę, pełen furii atak w IV kwarcie, triple-double. Punkty w dogrywce, które dały Heat prowadzenie na dobre. I przywództwo.

Będziemy pamiętać "No-Headband Game" tak jak "Flu Game".

Sorry.

 

 

Najlepszy mecz ever? Jednak nie

mrpw

Bardzo fajny tekst napisał o świcie Łukasz Cegliński. Duży szacun, zwłaszcza że musiał to pisać na żywo, bez uprzedniego researchu, w większości z głowy, no i na pewno jeszcze w megaemocjach (tekst został opublikowany na portalu jakieś dwie godziny po zakończeniu meczu). Tekst fajny, choć z tezą Łukasza się nie zgadzam: Szukam, chcę znaleźć w pamięci lepsze spotkanie finału NBA, ale go nie znajduję. W szóstym meczu Miami Heat z San Antonio Spurs było wszystko, czego tylko można chcieć. Ale pisał na gorąco, w afekcie, myślę że jak się z tym prześpi, to jednak zdanie trochę zmieni :-)

Mecz rzeczywiście był wybitny - było dramatycznie, była pogoń, była dogrywka, były rzuty za 3 w ostatnich sekundach, było triple double, było 30/17, było sprawdzanie zapisu video, były kontrowersje (faul na ManuGino?), były okresowe fantastyczne indywidualne popisy (pierwsze trzy kwarty Duncana, pierwsze dziesięć minut czwartej kwarty LeBrona, dwie akcje Parkera w końcówce regulaminowego czasu gry, zbiórki i bloki Bosha, niesamowita trójka Raya Allena z narożnika), no i była trójka Mike'a Millera rzucona na półboso (prawdopodobnie pierwsza i ostatnia taka trójka w historii finałów NBA). Wszystko prawda.

Ale jednego mi w tym kapitalnym meczu jednak zabrakło. W poprzednim akapicie napisałem "okresowe indywidualne popisy". Otóż zabrakło wybitnego meczu w wykonaniu jednego zawodnika. Wielkiego całego meczu - przez 48 minut.

Jak The Shrug Michaela z Portland w 1992.?

Jak siedem trójek Kenny'ego Smitha (w tym ta, która doprowadziła do dogrywki) w meczu nr 1 w finałach 1995

I jak 33 punkty i tip-in Hakeema w ostatniej sekundzie dogrywki tego samego meczu; niektórzy do dziś uważają, że gdyby Orlando wygrało mecz nr 1, to wszystko potoczyłoby się zupełnie inaczej.

Jak flu game Michaela Jordana w piątym meczu w 1997. ?

Jak layup, przechwyt na Karlu Malonie i The Final Shot Michaela w 1998.

Jak 33 punkty Kobego i trójka, która doprowadziła do dogrywki w pierwszym meczu finałów 2004.

Jak 21 punktów, 5 z 6 trójek i game winner Roberta Horry w piątym meczu finałów 2005.

Jak 42/13 Dwyane'a Wade'a i odrobienie trzynastu punktów straty na sześć minut przed końcem w trzecim meczu finałów 2006, meczu który zmienił momentum serii.

Jak "Willis Reed comeback" i 15 pkt. w trzeciej kwarcie Paula Pierce'a w pierwszym meczu finałów 2008.

Jak osiem trójek (Kenny Smith, anyone?) Raya Allena w drugim mecz finałów 2010.

Jak 20 punktów i zwycięska trójka Rona Artesta w meczu nr 7 tych samych finałów.

Jak 24 pkt. supercomeback, trójka i layup chorą ręką Dirka Nowitzkiego w drugim meczu finałów 2011.

Większość tych heroicznych wyczynów Łukasz wymienia ale umniejsza ich rangę, bo przecież dziś Heat naprawdę uciekli w ostatniej chwili grabarzowi spod łopaty. Ale nie zmienia to faktu, że do każdego można mieć jakieś spore ale...

Tim Duncan rzucił 30 punktów i zebrał 17 piłek? Ale totalnie zniknął po w czwartej kwarcie i dogrywce.

LeBron zaliczył triple double, zdjął opaskę i fenomenalnie poprowadził comeback Heat w czwartej kwarcie? Ale w ostatnich dwóch minutach i dogrywce zaczął niemiłosiernie ceglić - airballe, rzuty trafiające tylko w tablicę, głupie straty, nieudolne oddawanie piłki, typowy clutch LeBron.

Tony Parker trafił kluczową wyrównującą trójkę, zrobił przechwyt i trafił raz jeszcze za 2? Ale wcześniej gral totalny piach (w sumie trafił 6 z 23 rzutów).

Kawhi Leonard zaliczył 22/11? Ale tego najważniejszego wolnego w krótkiej karierze przestrzelił.

A dzisiejszy mecz poza niebywałą dramaturgią, kapitalnym comebackiem i trójką bez buta zapamiętamy również przez masę błędów w końcówce - nietrafione wolne Spurs, nigdy-nie-będziesz-clutch LeBrona, straty ManuGino, no i wątpliwe decyzje Gregga Popovicha.

Next year the maraton will be bigger and better

mrpw

Zastanawiałem się wczoraj, co można napisać po ataku na bostoński maraton. Nic mądrego nie wymyśliłem, bo i co mądrego można napisać. Kilka miesięcy temu byłem w Bostonie, w pobliżu miejsca tragedii też. Mam dwóch synów, 12 i 5 lat, staram się często chodzić z nimi na imprezy sportowe.

Doc Rivers, który znalazł się tuż obok eksplozji, powiedział: "It's just awful. It takes the joy out of sports -- because that's what sports is supposed to bring is joy. It took all the joy out of the event and out of the day. The city has responded. The city it was awesome, watching people help people. I'm driving and I can see people helping people walk; helping go to the right places. This city has an amazing amount of spirit and I think that showed last night. And today still."


"Next year, the marathon will be bigger and better, and you're not going to stop us and I thought, of all the messages, the police commissioners said that and I think that's a fact."

Przypomniałem sobie, jak dwanaście lat temu, po ataku na World Trade Center, który zbiegł się z decyzją Michaela Jordana o powrocie do NBA, wrzuciliśmy na nieodżałowaną grupę dyskusyjną pl.rec.sport.koszykowka artykuł Davida Aldridge'a "When sports and life collide". To były trochę inne czasy, bez facebooka, youtuba i twittera. A ponieważ takich tekstów wrzuciłem wtedy więcej, dostało mi się od modemowców, że marnuję im cenne kilobajty.

Dziś problemów z kilobajtami już nie ma, wróciłem do tamtego tekstu i myślę, żezyskał swoją nową aktualność, więc wrzucam go znowu. Sam bym tego na pewno lepiej nie napisał, choć przecież jestem dziś trochę starszy, niż Aldridge był dwanaście lat temu. Przeczytajcie, moim zdaniem bardzo warto:

When sports and life collide
By David Aldridge
Special to ESPN.com

I am 36 years old.

I was not born when John Kennedy was assassinated.

I was 11 days old when Malcolm X was assassinated.

An unaware toddler when Martin Luther King and Bobby Kennedy were assassinated.

Four years old when Neil Armstrong walked on the moon. I remember looking at the moon that July night, thinking that somehow, I could see him.

Seven when the Munich Olympics were shattered.

Eight when Hanafi Muslims took over three buildings in my hometown, Washington, D.C., and threatened to kill dozens of hostages in a standoffs that lasted several days.

Nine when Richard Nixon resigned. Cheering when he made the announcement, crying the next day, because he was crying, and you mimic what you see on TV.

Eleven when Jimmy Carter was elected president -- proud to say I was the Carter campaign manager at John Burroughs Elementary School, where he won the mock election with ease -- 14 when the hostages were first taken in Iran, 15 when Carter won six states, the first incumbent to be un-elected in more than 100 years. "Looks like a swimming pool," David
Brinkley said, referring to the electoral map of the United States, with Reagan Blue bleeding all over the pockets of Carter red.

Howard Cosell was the man who told me John Lennon died. The next day, I heard the song "Imagine" for the first time.

I was a freshman in college when the Marine Barracks in Lebanon were blown up. A sophomore when the Achille Lauro ship was taken over by terrorists. A junior when the Challenger took off from the Kennedy Space Center. I was home, watching distractedly, when it appeared that something had gone wrong. But I wasn't paying attention. Not until my
mother, who was upstairs, came downstairs.

"Did you see that?," she said.

Ten months later, in the morning hours after a ground ball went through Bill Buckner's legs, my mom died of liver cancer. Three months after that, I met the woman who would become my wife.

I had my first beat when the Berlin Wall fell. I was covering a Bullets exhibition game in Louisville when the ground shook and fell in San Francisco. I was in the Los Angeles Sports Arena at a Bullets-Clippers game (insert joke here, please) when the United States went to war with Iraq, in the newsroom at The Washington Post when I first heard the name
Bill Clinton (my good friend Amy, who was a Democratic Party operative at the time, dismissed his chances, saying he "had a problem keeping his zipper closed"). I was sitting in the press room at Redskin Park when I got the phone call telling me that my best friend had died. I was 30 years old, sitting in that same press room with a quarterback named Heath Shuler, when O.J. was acquitted. (Shuler, who was white and from Bryson City, N.C., thought O.J. didn't do it -- which proved to me that there was no monolithic point of view.

Two weeks later, I flew all night from Los Angeles, where I had covered a Redskins-Rams game (insert joke here, please) so I could attend the Million Man March in Washington the next morning -- and there were a million peaceful, soulful brothers out there, no matter what the U.S. Park Police estimate said.

I was about to cover a Pacers game in Indianapolis when my dad had a stroke. I was about to have lunch with Steve Francis when my gall bladder exploded.

Sports, politics and life. They have been intertwined as far back as I can remember. And so they were again, this week. Monday night, just as I was putting a sandwich to my lips, the phone rang. All hands on deck. Jordan is officially coming back. The next few hours are a blur of phone calls, studio shots, planning. I am up until 5:30 in the morning, trying to figure out what the next few weeks will be like. I am making tentative plans to fly to Chicago, to try and sniff MJ out.

Three and a half hours later, sleep deprived, my phone rings. My sister.

"They just flew a plane into the World Trade Center," she says. "It's on TV."

Amazing, how life works. My only goal in life 12 hours earlier is to find out where Michael Jordan is, and try to convince him to sit down for an interview. (The goal of the Wizards was to sell as many season tickets as humanly possible. They'd sold $750,000 worth between 10 p.m.
Monday and 2 a.m. Tuesday morning.) Now, my only goal in life is to get in touch with my wife, and my dad, and my family, and the people I love.

It is pointless, and selfish, to talk about perspective in the wake of such monstrous acts. We all know that sports do not matter in the larger context of terror and death. I would like to think that anyone with an ounce of empathy would not debate whether games should or should not be played, that no matter whether anyone goes out this week and this weekend in the pursuit of athletic competition, our nation needs time to reflect, to grieve, to come together and be with one another.

Do I get on a plane again? Not easily, and not for a while. Those of us who cover anything for a living, who follow the exploits of what other people do, have some hard thinking to do. Reflect, yes. But fundamentally change ourselves? We cannot.

But we can be humble. And grateful for whatever gifts God has given us. And contemplative.

Don't worry about Michael Jordan.

He'll be there when we get back.

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci