Menu

Supergigant

Założony w 2006. NBA, piłka nożna i inne błyskotliwe obserwacje sportowe. Obecnie aktualizowany od wielkiego dzwonu.

Uliczkę znam w Barcelonie...

mrpw

Do Barcelony pojechaliśmy za namową tego drugiego, co ze mną bloguje i który był w tejże Barcelonie dwa tygodnie wcześniej. Nawet mieszkał przy tej samej ulicy.

No, widziało się to i owo. Ramblas, Gaudi, Sagrada Familia, no. Tamtejszy Galmok - postawili go nad samym morzem, fajnie, co?

Ale przede wszystkim: byliśmy na meczu!

I to jakim. Starciu prawdziwych superpotęg: Barcelona-Levante.

[Levante zajmuje aktualnie ostatnie miejsce w Primera Division, ale to z pewnością wypadek przy pracy. Świetna drużyna, szybka, poukładana oraz mająca napastnika o imieniu Mustafa].

Trzeba Wam wiedzieć, że Supergigant - mimo proamerykańskiego zadęcia - jest blogaskiem prowincjonalnym. Chodzimy sobie na mecze, ale lokalnie. Nie dla nas służbowe delegacje na Ligi Mistrzów, VIP-owskie fotele na derbach Londynów i Mediolanów, i tym podobne atrakcje. Byliśmy w loży honorowej na Camp Nou... bo wydaliśmy 17 euro na wycieczkę po stadionie.

Więc taki mecz to wielkie przeżycie.

Camp Nou ma już ponad 50 lat i przed sobą poważny face-lifting, ale i tak jest kapitalny. I wszystko widać. Być może dlatego, że w przeciwieństwie do wynalazków typu Stadion Dziesięciolecia, budowano go raczej w pionie, niż w poziomie.

Biletów na szlagierowe mecze LM i Primera Division nie sposób kupić oficjalnie - choć po kilkukrotnie wyższych cenach sprzedają je nibyoficjalni pośrednicy - ale na część meczów ligowych są w normalnej sprzedaży, np. na stronie internetowej klubu. Te nasze, na trzecim piętrze trybuny otwartej, na wysokości pola karnego - kosztowały po 40 euro. Piętro nad nami - chyba dwukrotnie mniej. Na krytej - ok. 60 euro.

Spodziewaliśmy się, że na meczu z jakimśtakim Levante będzie pustawo, a tymczasem - tak na oko - było z 75 tysięcy ludzi. Tylko na krytej więcej luzów (snoby, pffff), wokół nas tłum.

Fajnie, wesoło, bezpiecznie. Przekrój społeczeństwa: za nami dwudziestoparolatek w płaszczu i lennonkach, obok kilku spracowanych czterdziestolatków w skórzanych kurtkach i szalikach Barcy, dalej jacyś turyści, przed nami rodzina z dziećmi, starszy pan trzymający na kolanach wielki kask motocyklowy, hardcore'owa fanka po 50.

Piwo po chyba 3 euro.

Ciasno. Teoretycznie kilkuletniego malucha można wprowadzić za darmo i posadzić na kolanach, ale wówczas:
a) nie można podskakiwać przy bramkach
b) maluch może niechcący skopać hardcorową fankę siedzącą rząd niżej.

Moment magiczny: gdy drużyna Barcy wychodzi z szatni. Flagi, flesze, wrzawa - a po chwili kilkadziesiąt tysięcy ludzi śpiewa wspólnie patetyczny hymn Barcy.

A potem zaczął się mecz, i wszystko trochę ucichło.

Oczywiście achy, ochy i radość powszechna przy każdej sztuczce Ronaldinho, sprincie Messiego, czy podaniu nadzwyczaj w niedzielę aktywnego Xaviego - ale poza tym: bez przesady.

Okazji do żywiołowego dopingu nie było zbyt wiele, bo Barca nawet na wpół przysypiając wygrałaby mecz bez wysiłku. Może więc dlatego gościnna widownia na Camp Nou długimi minutami dawała się wykrzyczeć kilkudziesięcioosobowej grupce kibiców Levante.

Kibicom, tak jak i całemu zespołowi gości, starczyło jednak sił tylko do 44 minuty.

Tutaj, jak świetnie widać, Xavi podaje piętą do Messiego, który zaraz strzeli bramkę dającą Barcy prowadzenie 2-1.

Tu Eto'o i 3-1.

Znów Eto'o, znów asysta Messiego i 4-1.

Eto'o strzelił jeszcze raz i skończyło się na leniwym, acz bardzo przyjemnym 5-1. 

 

Niestety były też momenty przykre.

Przez cały tydzień, chcąc zapobiec dramatycznym przeżyciom, które były udziałem kiedyś tego drugiego, co ze mną bloguje, prowadziliśmy wśród dzieciaków akcję informacyjno-edukacyjną, tłumaczącą, iż najlepsi zawodnicy to Ronaldinho i Messi.

Nie obyło się tu bez trudności leksykalnych (Messi czy Nestea?), terminologicznych (a co to znaczy okiwać?), oraz żarliwych sporów frakcyjnych (czy lepszy jest Ronaldinho, czy Messi?) - ale taktyka zadziałała.

Młode pokolenie wysiedziało, obserwowało, kibicowało, a oprócz meczu wymyśliło własną grę-w-znajdź-gdzie-jest-Ronaldinho.

O! Tu jest. Idzie sobie. Dlaczego ten pan za nim idzie?

Koniec końców, dzieciaki spisały się na medal.

Czego nie można powiedzieć o trenerze Rijkaardzie.

Ten zimny drań po godzinie zdjął z boiska Ronaldinho. A po następnym kwadransie Messiego.

Próbowaliśmy ratować sytuację, przeprowadzając PR-owy blitzkrieg na rzecz Samuela Eto'o. Zwracając uwagę na młodziutkiego Bojana. Przypominając, iż zawodnik Yaya Toure się bardzo śmiesznie nazywa.

Niby pomogło.

Ale żal pozostał.

Komentarze (29)

Dodaj komentarz
  • Gość: [MayK] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Polecam wizyte w Dortmundzie.
    Smiem twierdzic ze nic sie z tym nie moze rownac ;-)

  • Gość *.ghnet.pl

    Fajna notka, DZIE-KU-JE-MY! :)

  • Gość *.dynamic.dsl.as9105.com

    z gory przepraszam za tresc komenta w ogole nie zwiazana z tematem ale musialem - AHAHAHAHAHA JAK MOZNA ZDOBYC 5 PUNKTOW W JEDNEJ KWARCIE BEDAC MISTRZEM NBA HAHAHAAHHA KPINA PO PROSTU! SMIECH NA SALI :D

  • Gość: [ściemniacze] *.tvk.torun.pl

    Zrobili parę zdjęć z Fify i ściemniają że byli na Camp Nou.

  • Gość: [ko8e] 83.151.32.*

    super notka panowie, sam byłem na Cam Nou jako taki dzieciak i nie miałem zielonego pojęcia co to za panowie są, ale sugeruje zakup raczej koszulki np. Messiego :P. Za pare lat docenią.

  • Gość: [Emil] *.internetdsl.tpnet.pl

    Zazdroszczę;)

  • thethonator

    ja wam dam patetyczny!

  • Gość: [jaxa] 168.224.160.*

    Wspomnienia rewelacja. Ja bylem w zeszlym roku jak Barca grala z Athletico Madryt. Bylo 3-0. Hymn - poezja :D

  • Gość: [andw] 195.149.64.*

    Ja też tak chcę...

  • Gość: [zrz] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Fajna notka, dzieciaki na pewno docenią :)

    Hymn patetyczny jak diabli, ehh..

  • Gość: [dav] *.hanyang-molds.pl

    Re: Dynamic

    a jakie to ma znaczenie ile zdobyli punktów??? chłopaki nie wytrzeźwieli po poprzedniej nocy i na początku im nie szło.... suma sumarum wygrali mecz i niedługo pojadą wszystkich w play offs :) Go Spurs!!!

  • Gość: [demonek] *.euro-net.pl

    do: 88-104-24-0.dynamic.dsl.as9105.com
    zdobyc 5 pkt w kwarcie i przegrac - kpina z przegranych.
    zdobyc 5 pkt w kwarcie i wygrac +15 - kpina z przegranych.
    niby mala roznica, ale jednak..

  • azazel666

    najwyższa pora kształcić kadry które przejmą bloga :)

    P.s. Kiedy wycieczka do MSG?

  • Gość: [Aef.] *.cable.ubr11.croy.blueyonder.co.uk

    mila notka.
    .
    Azazel, ja wiem ze jestem z pokolenia, któremu skrót MGS kojarzy się z Metal Gear Solid. fakt. czy mógłbyś go wiec rozwinąć, żebym na przyszłość nie robił 'wioski'?
    (MSG to juz w ogole).
    .
    o. Madison Square Garden. google tak mowi. czyli prawdopodobnie to, bo New York Knicks. powiedz, ze dobrze kombinuje.

  • pelinh0

    nou camp jest super. w srodku troche ruina ale mecz oglada sie jak w teatrze. Byłem w poprzednim sezonie na LM z Werderem (bilet na 3 pietrze za bramką 60 u konia). Rewelka. Ale kibicowanie rzeczywiście troche na leniwca :-)

    Barca to ekstra miasto ale polecam Walencję (niestety nie oglądałem meczu na mestalla). Miasto jeszcze ładniejsze... no i ta pogoda :-))

  • Gość *.internetdsl.tpnet.pl

    ewentualnie New York Rangers. biorac pod uwage poziom sportowy chyba bym wolal zobaczyc hokeja

  • azazel666

    @ Aef~
    MGS a MSG dwie różne rzeczy, chodzi o Madison Square Garden.

  • rumaros

    Ja tez w czasie ferii bylem na fajnym meczu:

    img301.imageshack.us/my.php?image=dsc00986de1.jpg

  • Gość: [Jacol] *.internetdsl.tpnet.pl

    A te kartoniady...

  • Gość 83.2.223.*

    Ktokolwiek chciałby wystartować do Kobego musi być na WSZYSTKO gotowy.
    Ten pan już to przećwiczył na własnym zadku :)

    pl.youtube.com/watch?v=ypTBsacGOlw&feature=user

  • Gość: [Aef.] *.cable.ubr11.croy.blueyonder.co.uk

    Azazel -
    super, ze czytasz moje komentarze do konca.
    no ale.

  • Gość: [dzwiedz] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Panowie Autorzy, Wasz blog odwiedzam regularnie już od ponad roku, nierzadko dobrze się przy tym bawię i czuję się na nim coraz bardziej swojsko. Jednak czytając tę notkę poczułem, że wiąże nas więcej niż mogłem przypuszczać...
    2 tygodnie temu wróciłem z Hiszpanii, gdzie, korzystając z urlopu dziekańskiego, chłonąłem południowe słońce i próbowałem cośniecoś zarobić. Mieszkałem pod Madrytem, w Alcala de Henares. Mimo istnienia lokalnej drużyny (nie pamiętam, chyba 3 liga, może 4) hiszpańscy (inne narodowości były licznie reprezentowane) mieszkańcy Alcala zdawali się wszyscy dzielić na kibiców Realu i Atletico, z przewagą tych pierwszych. Obserwacji takich dokonywałem w każdy fin de semana w osiedlowych barach, w których zawsze można było liczyć na kilka transmisji La Ligi. Siedząc w tych barach, czytając sportowe wiadomości w gazetach (Marca przede wszystkim), przechadzając się ulicami Madrytu od czasu do czasu przechodząc obok kolosa Santiago Bernabeu, dojrzewało we mnie przekonanie - muszę przed powrotem do Polski obejrzeć Ten Spektakl! Ja, zapalony kibic piłkarski od 12 lat (EURO96 w Anglii), czyli przeszło połowy mojego marnego żywota, nigdy nie widziałem meczu na żywo, na stadionie. Choćby najniższej możliwej klasy rozgrywkowej w Polsce.
    Raz się żyje, carpe diem!
    1) Mój pierwszy mecz ale za to jaki!
    To było dla mnie wielkie przeżycie
    2) Bernabeu również zorientowane jest "pionowo", miejsce miałem, a jakże, na trzecim balkonie, za jedną z bramek, a bilet kosztował ni mniej ni więcej tylko 40Euro (wcześniej pod Vicente Calderon oferowano mi bilety na wielkie derby za 110Euro)
    3) Trafiem lepiej bo Real nie z Levante grał, a z trzecią siłą ligi Villarealem
    4) Nie spodziewałem się pustych miejsc (mecz pierwszej z trzecią ekipą) i nie zawiodłem się, a kibiców przyszło ni mniej ni więcej tylko 75000, uffff)
    5) A jakże, było wesoło i było bezpiecznie. Wokół nas sporo dzieci, sporo kobiet, ale najwięcej 50letnich mężczyzn z workami pestek słonecznika (po meczu całe trybuny w łupinach). No ale to ulubione przez Hiszpanów frutos secos.
    6) Ciasno, krzesełka wąskie.
    7) Moment magiczny. Do początku meczu jeszcze około 20 minut a przez cały stadion przetacza się radosna wrzawa. 50latek obok mnie przerywa skubanie pestek, wyjmuje z ucha słuchawkę i wyjaśnia mi:"Athletic wyrównał!" Nie muszę dodawać kogo podejmowali tego wieczoru gospodarze w Bilbao.
    8) Na hymn się szykowałem, jakieś zbiorowe odśpiewanie, próbowałem wcześniej nauczyć się słów. Niestety nie śpiewali, a szkoda bo hymn fantastyczny ("Hala Madrid").
    9) Też zawiodłem się flegmą madryckich fanów, wrzawa i podskoki były tylko przy strzałach. Na szczęście strzałów było sporo a Real strzelił 3 gole, za każdym razem zmieniając remis w prowadzenie.
    10) Ja zabrałem na mecz nie dzieci a dziewczynę. Nie miałem powodu obawiać się "dramatycznych przeżyć", przeprowadziłem jednak akcję inforamcyjną "kto jest kim w Realu". Na pewno zapamięta Robinho (2 gole), mam nadzieję że także mojego ulubionego Ramosa i kilku innych. Dudek siedział na ławce.

    Taką miałem przygodę i kiedy czytałem Waszą notkę stanęła mi ona przed oczyma.
    Dziękuję Wam za to.
    pozdrawiam
    dzwiedz

  • killy

    Notka genialna, czytam Was, MRPW, na tyle regularnie, ze pozwole sobie stwierdzic, iz to jedna z najbardziej uroczych na Waszych lamach... Ponadto, troszke zazdroszcze:) Anyway, i mi wrocily wspomnienia, sporo wspomnien, sporo usmiechajacych wspomnien usmiechajacych przy tem reszte dnia, i za to serdeczne dzienksy:) Nie zwazajac na hatersow (czego i tak nie robicie, wiem, wiem...), trwajcie na podobnym poziomie 4 eva':) Albo przynajmniej do wychowania nastepcow, heh.

  • Gość: [gonzzo] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Ja byłem w 83 na meczu PL-FIN na Stadionie Dziesięciolecia. I co ja mam powiedzieć tym dla których to zawsze był bazaar?
    Magiczna to była bramka stracona przez Polaków (o ile pamiętam: któryś z naszych obrońców przelobował bramkarza), no i może kibice Legii, którzy kibicowali tylko 'swoim', a w d.... mieli mecz reprezentacji. jak by ktoś chciał sprawdzić skład reprezentacji w tamtym meczu to może tutaj: sport.onet.pl/157014.7,1264200,32064,0,tabela.html?tab=4949.

    Było to rok po słynnej piosence Bohdana Łazuki o takim samym tytule jak ten felieton.

  • Gość: [Marzena Klata] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    Buziaczki:**

  • Gość: [saian] *.chello.pl

    Jednym słowem atmosfera na trybunach kiepawa, zarówno w Barcelonie, jak i w Madrycie. Jak w multiplexie.

  • Gość: [Frędzel] *.internetdsl.tpnet.pl

    Chłopaki, co u Shaqa? Martwie się:|

  • Gość: [ted360] *.neoplus.adsl.tpnet.pl

    no tak, z trzech najsilniejszych lig Europy najlepszy doping ma Serie A choć i ta nie ma się co równać z Turcją :] szkoda, że tak wspaniały stadion i drużyna grają w atmosferze teatralnego przedstawienia :/ a jeśli chodzi o doznania audio-wizualne mało co może się równać z San Siro gdzie wszystko jest zbite pod odbijającym śpiewy pięknym choć już leciwym dachem - stadion klasyk no i kibice jakby bardziej piłkarscy :) pozdrawiam

  • ucholife

    Hehe, a my jedziemy za tydzień akurat na "rewanż" z Celtikiem. Dlatego mimo oczywistego niebezpieczeństwa takiego posunięcia, myślę o wyposażeniu się w koszulkę Boruca. Hiszpanie to dziewczynki raczej nie zbliżą się do dzikiego polaka... A tak w ogóle jaką pogodę mieliście, bo nie wiem czy brać kąpielówki?...

Dodaj komentarz

© Supergigant
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci